wtorek, 7 lipca 2020

Wieś a miasto


Tradycyjna mazowiecka wieś pod Warszawą. Fot. Tomasz Nakonieczny

Jest takie porzekadło: „Pan Bóg stworzył wieś, a człowiek zbudował miasto”. To wiele mówi.
Na całym świecie funkcjonuje krzywdząca narracja, że na wsi zostają nieudacznicy, a ludzie przedsiębiorczy migrują do miast i tam pozostają. Jest to bardzo krzywdzące i przyczynia się do pogłębiania podziałów i polaryzacji między miastem, a wsią.
Jednak w różnych rejonach świata, jak np. w Indiach dla wielu osób, które straciły np. ziemię na skutek zadłużenia, albo ucierpiały od klęsk żywiołowych życie na wsi oznaczałoby śmierć głodową, a w slumsie indyjskiego megalopolis dałoby się jakoś przeżyć. Jednak na dłuższą metę jeden problem zamieniany jest na inny. Dzieje się tak na skutek polityki, która niedostatecznie wspiera życie na ziemi, albo wspiera w niewłaściwy sposób poprzez różnego rodzaju "zielone rewolucje" mające na celu maksymalizację zysków z uprzemysławiania rolnictwa, co jednak narusza tradycyjną harmonię ludzi i natury oraz więzi społeczne.

Miasta rozwijają się wówczas w ogromne monstra, jak Mumbaj, czy Delhi. W Rosji i na Białorusi wieś praktycznie wymiera (zamierają także małe i średnie prowincjonalne miasta), natomiast wielkie metropolie pękają w szwach. Zabudowywany jest każdy skrawek ziemi wielkimi blokami mieszkalnymi. W Polsce i krajach zachodnich z kolei obserwujemy zjawisko rozpełzywania się miast i suburbizacji wsi.
Takie miasta stają się co raz mniej przyjazne dla życia (tego ludzkiego i tego pozaludzkiego). Ludzie żyjąc w oderwaniu od przyrody, ziemi i tradycyjnej kultury zatracają swoją tożsamość. Miasto staje się tu częścią problemu.

Mumbaj. Indie. Fot. Tomasz Nakonieczny

Nie przypadkiem biblijny archetypowy zabójca i bratobójca Kain jest jednocześnie archetypowym założycielem miasta-cywilizacji. Archetypowy Kain posiada znamię, które otrzymał po zabiciu brata. Ma on w sobie mnóstwo lęku. Powodowany właśnie tym lękiem zakłada miasto o nazwie Henoch. Czyż nie z lęku przed innymi ludźmi i z lęku przed przyrodą i z potrzeby kontroli rzeczywistości na przestrzeni wieków zakładaliśmy miasta? Często warowne, sprawujące ekonomiczną kontrolę nad całą okolicą, szlakami handlowymi itp.

Jednak co raz częściej możemy zauważyć odwrotny trend, kiedy ludzie chcący stworzyć lepsze warunki życia dla siebie, swoich dzieci i zmniejszyć swój destrukcyjny wpływ na środowisko przenoszą się na wieś, by tam tworzyć już nową wieś, podwaliny, można by rzec nowej cywilizacji, a nie tylko na niej nocować, by do pracy w mieście dojeżdżać samochodem dokładając się do śladu węglowego.
Wieś taka staje się czymś w rodzaju nowego ośrodka kultury promieniującej na okolicę, miejscem innowacji i kreatywności przejmując tym samym funkcję miast. Taką rolę pełnią ekowioski i osady rodowe. Znana w Szkocji wioska Findhorn przyciąga prelegentów i nauczycieli z całego świata. Osady rodowe jak grzyby po deszczu wyrastają na Białorusi i w Rosji. Vlad Mishurny – mieszkaniec rodowej osady Zwon Gora na Białorusi powiedział: „Życie na ziemi to warunek zachowania kultury i prawdziwego postępu. Miasta sprzyjają rozmyciu kulturowemu.”

W podobnym tonie zdaje się nauczać bhutański lama i producent filmowy Dzongsar Jamyang Khyentse Rinpoche, znany także jako Czjentse Norbu. Warto dodać, że jest on ważnym tulku w klasztorze Dzongsar w chińskim Syczuanie.

„Świeże powietrze, ekologiczna żywność i warzywa za 30 lat staną się bezcenne.
Mieszkańcy wsi, którzy sprzedają swoje domy i ziemię, migrując do miast, w których wydają wszystkie swoje pieniądze, a na wsi nie mają już do czego wracać – to prawdziwa katastrofa. Bardzo ważne jest posiadać ziemię na wsi.
Nawet na wsi można podejmować m.in. takie czynności, jak pisanie książek, produkcję filmów, komponowanie piosenek. Można kultywować sztukę, muzykę, modę.
Dzięki łączności z internetem obecnie praca z każdego miejsca stała się już możliwa.
Teraz młodzi chcący ruszyć do miasta uważani są za niemodnych (w Bhutanie).
W rzeczy samej, dla naszych młodych stałoby się modne kończyć uczelnię na Harvardzie lub w Princeton, by potem wrócić na wieś, jak to zrobili Wamrong i Bartsham, by tam czytać i pisać książki, otwierać kluby, ćwiczyć łucznictwo, i zajmować się jakimś biznesem.
Modne miastowe życie i ekscytacja mogłyby zostać zamienione na wiejskie życie. Byłoby to nawet zdrowsze i bardziej interesujące.„
Dzongsar Jamyang Khyentse Rinpoche


W naszym kraju również co raz częściej pojawiają się inicjatywy budowania nowej przyjaznej i życzliwej rzeczywistości w oparciu o wieś i bliską relację z ziemią. Ruch ekowioskowy i rodowych osad, choć jeszcze w powijakach, również u nas zaczyna się powoli rozwijać.
Co raz liczniej organizowane są festiwale i warsztaty w takich wioskach, jak chociażby Brzozówka k. Rawy Mazowieckiej, czy Podlodówek k. Lubartowa.

Zapraszam także do przeczytania mojego artykułu, w którym szerzej opisałem to ciekawe zjawisko społeczne, jakim jest rodowa osada: "Rodowaosada Zwon Gora zaczątkiem zielonej cywilizacji?"


Tomasz Nakonieczny

czwartek, 2 lipca 2020

Natura jako osoba - czyli czego możemy się nauczyć od Ekwadorczyków i ludów rdzennych

Ekwador był pierwszym krajem, w którym nadano Naturze osobowość prawną, a stało się to w 2008 roku na wniosek Zgromadzenia Narodowego Ekwadoru.
Od tego czasu zapis w Konstytucji głosi, że Natura (Pachamama w jęz. Keczua), czyli po naszemu Matka Ziemia, jest podmiotem prawnym.
W artykule 10 oraz 71-74 Zgromadzenie Narodowe nadaje niezbywalne prawo ekosystemom, daje jednostkom prawo do petycji na ich rzecz i wymaga od rządu naprawiania naruszenia Jej praw.
Rok później Boliwia poszła w ślady Ekwadoru i ustanowiła Naturę podmiotem prawnym.

Staruszka i koliber. (Fot. Orsynia Węgrzyn)

Uznanie, że „osoby inne niż ludzkie” posiadają osobowość prawna, jest nakreśleniem innego, niż obowiązujący, paradygmatu, ale pojawiło się już w prawie rzymskim.
W latach 70-tych w USA zastanawiano się nad tym, czy drzewom nie należy nadać praw w sądach (Stone ”Czy drzewa maja podmiotowość „).

W 2014 roku nadano osobowość prawną Parkowi Narodowemu Te Urewerw w Nowej Zelandii.
W 2017 roku nadając prawa rzece Whanganui, zakończono 150 letni spór Maorysów z rządem Nowej Zelandii. Dla rdzennego ludu rzeka ta jest według ich wierzeń ich przodkiem, istotą nadprzyrodzoną: „Te Ava Tupa”. Powiadają nawet : „Ja jestem rzeką, a rzeka jest mną„.

W 2014 nadano prawa jezioru Erie w Ameryce Płn (jest to jedno z kompleksu Wielkich Jezior).
Osobowość prawną posiada również Ganges z dopływem Yamuna (święte rzeki w Indiach).
Rozważania na te tematy miała podjąć również ostatnimi czasy Organizacja Narodów Zjednoczonych.

Moje poszukiwania nadawania praw dla rzek, parków narodowych, jezior, Natury i innych bytów pozaludzkich naprowadziły mnie na pewien portal, teoretycznie chrześcijański, a w rzeczywistości chyba polityczny, bo w tych wywodach brak logiki i wiary.
Potraktowano tam te rzeczy, które wyczytałam o Ekwadorze i Nowej Zelandii, a z których jestem dumna, jako pogaństwo i znamiona "cywilizacji śmierci".

 
Las tropikalny w Ekwadorze (Fot. Orsynia Węgrzyn)

Nie mogę wyjść z zaskoczenia, że odmawia się podmiotowości rzekom czy górom, jednak co by nie mówić - pełnym innych bytów, narodzin, śmierci, walk, pożądań, emocji, cierpienia i tego wszystkiego, co powoduje, że możemy uznać je za identyczne z nami w byciu żywymi Istotami, a toleruje i nie widzi niczego zdrożnego w nadawaniu osobowości prawnej spółkom jawnym, spółkom kapitałowym, korporacjom, i innym sztucznym tworom, nie widząc tym pogaństwa.
A przecież to jest dopiero pogaństwo! I to niezależnie czy ktoś wierzy w Boga, czy nie.

A gdyby tak u nas w Polsce nadać osobowość prawną Puszczy Białowieskiej?
Gdyby dać prawną moc i siłę innym bytom, aby mogły się bronić, aby przestać je traktować jako rzeczy mało ważne, aby ludzie wierzący w Boga zobaczyli wszystkie Jego dzieła, a nie tylko jeden obraz z Homo sapiens?
Czy to, że kochamy Mona Lisę ma znaczyć, że resztę dzieł Leonarda należy spalić i zadeptać?
Nie widzę logiki wśród wierzących, kpiących i niszczących byty pozaludzkie.
Brakuje im naturalnego indiańskiego szacunku do Pachamamy - Matki Ziemi w innych krajach, a zwłaszcza we własnym kraju.

Orsynia Węgrzyn

Orsynia Węgrzyn - aktywistka związana z organizacją ekologiczną Stowarzyszenie "Pracownia na rzecz Wszystkich Istot". Niniejszy artykuł jest relacją autorki z Ekwadoru, gdzie gościła na początku 2019 r. z wizytą u syna, który na jednej z palcówek naukowo-badawczych związanych z biologią lasów tropikalnych robi pracę doktorską.

poniedziałek, 25 maja 2020

Lekcje zrównoważonego życia od leśnego ludu Baiga

Ponieważ koronawirus wstrząsnął całym światem, w Indiach zaczęto bardziej zwracać uwagę na podatność rdzennych społeczności na obce choroby. Zaczęły się też pojawiać głosy wzywające do spowolnienia tempa i przyjrzenia się stylowi życia tubylczych mieszkańców naszego kraju (Indii). Z jednej strony portretowani jako przeszkoda dla rozwoju przemysłowego, z drugiej strony jako naturalna ochrona dla dzikiej przyrody, rdzenni mieszkańcy mają do przekazania wiele lekcji dla mieszkańców miast Indii.

Młode kobiety z plemienia Baiga. (Fot. Simon Williams / Ekta Parishad. Źródło: Wikimedia)


Spośród ponad 650 rdzennych grup, które zamieszkują indyjskie lasy lub od nich zależą, niewiele z nich pasuje do prostego stylu życia ludu Baiga ze środkowych Indii.
Wyśmiewani za ich kulty religijne i rotacyjną gospodarkę rolną, jednocześnie znani ze swoich starożytnych zwyczajów medycznych, umiejętności polowania i zdolności do opowiadania historii, Baiga oferują wiele lekcji, które można dostosować do świata po pandemii.

Baiga mają bardzo niski ślad ekologiczny1. Kawałek tkaniny służy im jako turban, a ciemna koszula sprawia, że są łatwo rozpoznawalni. Używają liści jako talerzy, glinianych garnków do przechowywania wody, kilku aluminiowych przyborów i sieci rybackich do łowienia. Mocno wierzą w filozofię „mniej znaczy więcej”.

W raporcie opublikowanym przez Międzyrządową Platformę Naukowo-Polityczną ds. Różnorodności Biologicznej i Ekosystemów w 2019 r. stwierdzono, że spadek różnorodności biologicznej na ziemiach tubylczych nie jest tak szybki, jak na innych obszarach i zachęcano decydentów do wyciągania wniosków z zarządzania gruntami przez takie społeczności.

Baiga utrzymują trwający tysiąclecia związek ze swoją ziemią, w wyniku czego ich wiedza etnobotaniczna jest ogromna i zróżnicowana. Tradycyjnie zbierali rośliny zgodnie z harmonogramem zaprojektowanym tak, aby zminimalizować szkody w leśnej florze. Żadne produkty nie są nadmiernie eksploatowane. Nic więc dziwnego, że ziemie chronione przez Baiga są często bardziej różnorodne biologicznie w porównaniu z ziemiami sąsiednimi, szczególnie w miejscach, gdzie ich wzajemne relacje z naturą są nadal nienaruszone.

Baiga mogą nas także nauczyć o złożonej współzależności życia. Lasy oznaczają wiele rzeczy dla wielu ludzi: źródło pożywienia, źródło roślin leczniczych oraz cenne zasoby gospodarcze dla wielu. Wszystko to są tradycyjne wymagania, które lasy spełniają od tysiącleci. Dla Baiga las jest wszechobecnym altruistą, zawsze gotowym do dawania. W zamian Baiga zwracają się do leśnych bogów o pozwolenie na pozyskiwanie roślin i zawsze upewniają się, czy nie zabiorą więcej niż potrzebują.

Baiga potrafią również bez trudu wskazać liczne zioła stosowane w leczeniu zranień od dzikich zwierząt, chorób wenerycznych, jak również ochrony przed złymi wróżbami, jednocześnie chroniąc bogaty krajobraz wzgórz Maikal.

Jeśli chodzi o żywność: rolnictwo Baiga jest przeciwne zaorywaniu ziemi, ponieważ wierzą, że jest to podobne do zranienia Matki Ziemi i oderwania jej piersi. Zamiast tego wolą siać różne rośliny strączkowe, gruboziarniste, warzywa i nasiona oleiste, a swoją dietę uzupełniają rybami, upolowanymi zwierzętami oraz szeregiem liści i bulw z lasu. Baiga rzadko bywają niedożywieni, ponieważ członkowie plemienia mają dostęp do niektórych grubych ziaren, takich jak kodo i kutki, dzikich bulw lub pożywnego płynnego peju (zrobionego z prosa) nawet podczas kryzysów środowiskowych.

W końcu Baiga mogą nauczyć współczesny świat - obecnie zamknięty - o życiu we wspólnocie i w społeczności. Bóstwa Baiga żyją w lasach, a ich społeczności pielęgnują duże połacie ziemi jako święte gaje. Zasady użytkowania takich lasów są ściśle regulowane przez społeczność.
Zioła używane do przygotowania leków nigdy nie są nadmiernie eksploatowane, aby zapewnić ich zrównoważone stosowanie. Świętują święta związane z pozyskiwaniem zasobów leśnych i ochroną nasion oraz dzielą się swoimi darami ze wszystkimi członkami społeczności.

Jednak pomimo wszystkich swoich zalet Baiga znajdują się dziś w niefortunnym położeniu. Zamiast być szanowanymi jako opiekunowie lasów, często obwinia się ich o degradację zasobów lasu, a członkowie plemienia nie są pewni swojej przyszłości. Ich ubóstwo materialne nie jest tajemnicą, ale wielu jego członków często ślepo podąża drogą dominujących, często bogatszych społeczności w sąsiednich regionach, co ma niestety negatywny wpływ na ich kulturę, żywność i oczywiście na styl życia.

Utrata praw własności do lasów, a następnie utrata bezpieczeństwa żywnościowego i wysoka zależność od pracy najemnej doprowadziły do załamania w ich systemach zarządzania społecznościami oraz do zwiększenia zadłużenia wobec lichwiarzy. W efekcie nadwątlone związki z lasem gwałtownie stają się jeszcze słabsze, nawet gdy nie czują się oni swobodnie w uprzemysłowionym świecie.

Ustawa o prawach leśnych z 2006 r., obejmująca wspólnotowe prawa leśne i prawa do siedlisk, została ogłoszona jako krok we właściwym kierunku poprzez przywrócenie ludziom Baiga ich siedlisk i uznanie ich za opiekunów zasobów leśnych. Podczas gdy wdrażanie praw do lasów i związanych z nimi praw zarządzania lasami jest dalekie od ideału, my możemy jedynie mieć nadzieję, że Baiga zdołają utrzymać swój styl życia, który jeśli zostanie powielony przez główny nurt kulturowy, będzie przyczyniać się do ochrony zasobów naturalnych i powodowania mniejszych szkód w środowisku. Świat, aby się uratować, musi stworzyć przestrzeń by docenić ich wiedzę.

Samita Vasudevan i Kunal Sharma

(Tłumaczenie: Tomasz Nakonieczny)

Samita Vasudevan jest praktykiem rozwoju.
Kunal Sharma jest pracownikiem naukowym na Uniwersytecie Azim Premji i zajmuje się kwestiami zrównoważonego rozwoju i ochrony przyrody w południowych i środkowych Indiach.



Baiga to grupa etniczna żyjąca w środkowych Indiach przede wszystkim w stanie Madhya Pradesh, a w mniejszej liczbie w okolicznych stanach Uttar Pradesh, Chhattisgarh i Jharkhand. Największa liczba Baiga znajduje się w Baiga-chuk w okręgu Mandla i okręgu Balaghat w Madhya Pradesh. (Za Wikipedia)






1Ślad ekologiczny to miara zapotrzebowania na zasoby naturalne biosfery w hektarach powierzchni lądu i morza, które są potrzebne do wytworzenia zużywanych produktów, ale także do absorpcji odpadów. Innymi słowy to próba oszacowania potrzeb ludzkości w porównaniu z produktywnością naszej planety (więcej TUTAJ). 


Zobacz też:

Ludy rdzenne - strażnicy tradycyjnej mądrości dla współczesności

Chomski: Ludy rdzenne z całego świata jedyną nadzieją dla przetrwania ludzkości

Raport ONZ wskazuje na doniosłą rolę ludów rdzennych w ocaleniu świata 

Osiem faktów dowodzących skuteczności ochrony przyrody przez ludy plemienne

 

wtorek, 17 marca 2020

Nasza planeta nie potrzebuje pieniędzy, tylko zmian behawioralnych: Sonam Wangchuk




Sonam Wangchuk przestał prasować swoje ubrania żelazkiem. Ten uznany innowator i zdobywca nagrody Magsaysay oraz ekolog, uważa, że fałdy w ubraniu są formą wyrozumiałości, bez której nie można pomóc planecie. Mówi, że energia zaoszczędzona na prasowaniu jego ubrań mogłaby zasilić cztery wiejskie gospodarstwa domowe.

Jest współzałożycielem Himalayan Institute of Alternatives, Ladakh. Uważa, że gdy jego ojczyzna wkracza w nową fazę jako terytorium Unii (z Indiami), będzie wymagała delikatnej obsługi, ponieważ rozwiązania opracowane w New Delhi często nie działają we wrażliwym ekosystemie trans-himalajskiej ziemi.

Poniżej fragment wywiadu:

Czy nie uważasz, że Ladakh musi się rozwijać i aby dorównać reszcie Indii?

Nie. Ladakh nie potrzebuje takiego samego rozwoju i uprzemysłowienia. Potrzebuje bardziej harmonijnego i zrównoważonego podejścia, które może trwać znacznie dłużej, bez eksploatowania środowiska.

Czy Himalajski Instytut Alternatyw podejmuje pewne proaktywne działania w tej sprawie?

Tak. Zdecydowaliśmy, że zamiast po prostu siedzieć i czekać na działania z Centrali, powinniśmy najpierw zrozumieć, co będzie dla nas działać, a co nie. Wysłaliśmy więc swoich członków do różnych części kraju - na terytoria związkowe, takie jak wyspy Andamany i Nicobary, czy do stanów plemiennych północno-wschodnich Indii - Bodoland i Sikkim, aby zobaczyć, jak tamtejsi mieszkańcy radzili sobie w ciągu ostatnich lat. Nasze grupy reprezentowały wszystkie części społeczeństwa Ladakh - mężczyzn, kobiety, polityków, przywódców religijnych.
Wrócili i teraz dzielą się swoją nauką na różnych spotkaniach - w ratuszach i zgromadzeniach wiejskich.

Czy wysiłki mieszkańców i armii na rzecz zielonego Ladakhu nie są ingerowaniem w naturę, która stworzyła Ladakh jako naturalną pustynię?

Po pierwsze, pozwolę sobie stwierdzić, że armia nie dokonała wiele zazieleniania. Dużo o tym mówili, ale przestali po gwałtownych powodziach w 2010 r. Większość nasadzeń dokonali miejscowi. Armia podjęła godne pochwały wysiłki, ale ponieważ ich jednostki przemieszczają się co dwa lata, większość tego, co posadzili, nie przetrwało. (…)
Kiedy mówimy o zazielenianiu, nie mamy na myśli sadzenia lasów. Chodzi o zwiększanie udziału lokalnej roślinności, a nie sadzenie gatunków inwazyjnych. Interwencja człowieka powinna mieć charakter pomocniczy, pomagając roślinom, które walczą o wzrost. Ta roślinność utrzymuje wodę w regionie, optymalizując jej dostęp. Takie starania są zgodne z naturą.

Wymyśliłeś ciekawy projekt pozyskiwania środków społecznych. Proszę wyjaśnij.

Jest to próba dla planety. To wyjątkowa inicjatywa crowd-sourcingowa, w której zobowiązujesz się do zmiany zachowania odpowiadającej określonej kwocie w dolarach. Na przykład możesz zobowiązać się do zaprzestania prasowania ubrań żelazkiem, rozpoczęcia jazdy na rowerze, jazdy autostopem, czy wybrania jazdy pociągiem zamiast lotu samolotem. Następnie oceniamy, na ile każda obietnica będzie wyrażona w dolarach i obliczamy, jaki będzie ogólny wkład na rzecz planety. Planeta nie potrzebuje pieniędzy, potrzebuje zmian behawioralnych. Rozpoczniemy ten projekt w grudniu (2019), mniej więcej w czasie,kiedy ludzie zaczną myśleć o postanowieniach na nowy rok.

Rekha Dixit
Autorka jest starszym specjalnym korespondentem. Specjalizuje się w pisaniu filmów fabularnych. Jej zainteresowania obejmują kobiety i kwestie społeczne, a także naukę i technologię.

Tytuł oryginalnego tekstu:

The planet doesn't need money, it needs behavioural change: Sonam Wangchuk

poniedziałek, 17 lutego 2020

Musimy stanąć w obronie naszych przyszłych pokoleń i ocalić siebie




Pochodzę z Cannon Ball w Północnej Dakocie i mieszkam tuż nad rzeką Cannonball, która łączy się z rzeką Missouri. Żyjemy u ujścia rzeki w miejscu zatopionym przez Korpus Inżynierów, kiedy zalali naszą ziemię. Musieliśmy się wtedy przenieść na wzgórza z naszych ziem na dnie doliny.

Rozumiemy, czym jest przetrwanie. W 2014 r. powiadomiono nas, że Korpus Inżynierów zamierza zbudować rurociąg na naszej ziemi do rzeki Missouri. Wciąż staramy się pozbierać po przeprowadzce z naszych domów na wyżej położone obszary. Straciliśmy nasze ogrody, nasze lasy, nasze drzewa. Popadliśmy w kryzys gospodarczy, ponieważ zamknęli wszystkie nasze firmy i nasze sklepy. Staramy się przetrwać, ponieważ wciąż jesteśmy ludem zbieracko-łowieckim. Wciąż zbieramy wszystkie nasze leki, wszystkie nasze rośliny. Wiemy, jak żyć na prerii. Wiemy, jak żyć w klimacie, w którym przez dziewięć miesięcy jest śnieg i zimno. Kiedy rząd wchodzi i robi jakieś działania w środowisku naturalnym, jest to katastrofalne nie tylko dla naszego ludu, ale i dla całej dzikiej przyrody.

Obozy istniały przez prawie 10 miesięcy, zanim władze, policja i wojsko weszły i usunęły ludzi siłą. W międzyczasie ludzie, którzy śpiewali, tańczyli i modlili się, byli atakowani, traktowani gazem łzawiącym, granatami perkusyjnymi. Mieli maszyny, które wyciągały nasze telefony. Otaczała nas cała jednostka wojskowa. Obserwowaliśmy naszą społeczność, gdy zabijali bawoły, zabijali orły, zabijali wszystkie zwierzęta na swojej drodze.

Mój lud nie prosi o żadne specjalne prawa. Po prostu prosimy o życie. Mamy prawo do życia. Po zamknięciu obozów jedną z pierwszych rzeczy, które zrobiliśmy, było zejście do miejsca, w którym się znajdowały, i zrobienie masowego sprzątania. Jeździmy co dwa miesiące na ceremonię modlitewną. Pojawiły się rodzime kwiaty i rośliny, które nie rosły w okolicy przez długi czas, ponieważ było tam bydło. Ziemia zregenerowała się. Po raz pierwszy pomyślałem: „Ludzie mają prawo tu mieszkać, jeśli żyją z szacunkiem dla ziemi”. Wszędzie w miejscach, w których mieliśmy kompost, kabaczki i melony, zarosło. Przenieśliśmy bagaż z obozu, aby dostarczyć je do społeczności. Dzięki temu pomyśleliśmy: „Możemy to zrobić”.

Rozwinęliśmy ogrody społecznościowe. Dostarczyliśmy piece na drewno, aby ludzie przestali używać paliw kopalnych. Mówimy ludziom, aby uprawiali własne jedzenie. Zabieramy młodych ludzi na dwór, aby zebrali nasze tradycyjne pożywienie, nasze tradycyjne leki. Uczymy także młodych, jak suszyć jedzenie i jak je przygotowywać. Suszymy mięso, warzywa i nasze leki. 15 stycznia w społeczności w Cannon Ball, która znajdowała się tuż nad obozem, przełączyli zasilanie na farmę słoneczną, która została rozwinięta, a teraz tamtejsza społeczność będzie czerpała elektryczność z energii słonecznej. W Sacred Stone, który nadal się rozwija, opracowaliśmy przenośne przyczepy słoneczne, które mają systemy wiatrowe, słoneczne i do oczyszczania wody. Możemy je wciągnąć i podłączyć dom. Jest wiele osób w rezerwacie, których obecnie nie stać na elektryczność, więc my możemy dostarczyć im prąd. Pracujemy nad rozwojem przyjaznych środowisku domów z beli słomy. Wieje tu dużo wiatru i jest zimno, więc nasze tradycyjne domy są przystosowane do tego rodzaju pogody. Zachęcamy ludzi, aby powracali do swoich tradycyjnych domów, ponieważ stają wtedy zdrowsi i pracują ze środowiskiem naturalnym.

Zachęcam ludzi do życia z ziemią, zbierania śmieci z naszych cieków wodnych. Wykonaliśmy 140 akrów sprzątania śmieci wzdłuż linii brzegowej wzdłuż rzek. Przyprowadziliśmy wszystkie dzieci, by zbierać śmieci. To przykład „szklanki do połowy pełnej”. Jeśli po prostu zbierasz śmieci, łatwiej myśleć ci o zmianie świata. Zamierzamy przeprowadzić wielkie sadzenie drzew, ponieważ straciliśmy tak dużo drzew, kiedy nas zalali, gdy kiedy zbudowali tamy.

Jedną z rzeczy, których dowiedziałam się o tym, co wydarzyło się w Standing Rock jest to, że kto kontroluje media, kontroluje świat. Mamy całą grupę młodych ludzi, którzy nas uczą i uczą, jak produkować i edytować własne filmy wideo, a następnie umieszczać je tam, abyśmy mogli pokazać nasze życie ludziom z zewnątrz. Ludzie zapominają, że żyjemy. Stajemy się niewidzialni w pozostałej części świata. Kiedy nasi młodzi ludzie przejmują kontrolę nad mediami, inni ludzie widzą, że żyjemy. Jesteśmy żywymi istotami.

Drugą rzeczą, której się nauczyłam, było to, że nie ma oddzielenia i separacji ludzi. Kiedy cały lud przybył od czubka Argentyny po czubek Kanady, aby stanąć razem z nami, byłam zaszczycona i pobłogosławiona widząc na własne oczy modlitwy i obrzędy wszystkich plemion, ludzi przynoszących wodę do mojej rzeki, aby ją oczyścić. Spotkałam ludzi w jednym miejscu, z jednym umysłem i jednym sercem. Widziałam to. Wiem, że to może być rzeczywistość. Wiem, że możemy to zrobić. Widziałam także wszystkie te grupy religijne: muzułmanów, hinduistów, sikhów, katolików, protestantów, buddystów, stojących w jednej modlitwie. Dla mnie była to najbardziej niesamowita rzecz, pomimo wszystkich rzeczy, które zrobili Chroniącym Wodę. Widziałam niesamowite uzdrowienie. Widziałem, jak młodzi ludzie przychodzą z celem i zrozumieniem, kim są. Po raz pierwszy mogli śpiewać uroczyste pieśni. Pierwszy raz odmawiali modlitwę. Po raz pierwszy poczuli się, jakby przynależeli. Ponieważ czasami nasi młodzi ludzie, z powodu całej traumy historycznej żyją bardzo ciężko. Kiedy tam byli, mieli wrażenie, że mają cel.

Powiedzieliśmy wszystkim, którzy przybyli, pierwszą rzecz, którą mówiliśmy, gdy przechodzili przez ochronę: „Witaj w domu.” Kiedy byłam młoda, zwykłam mówić mojej babci: „Wszystko, czego chcę, to dom, to miejsce”. "O czym mówisz? Gdy tylko twoje stopy dotkną ziemi, korzenie wyrastają z twoich stóp. Jesteś w domu. Ta ziemia jest naszym domem. Zawsze byłaś w domu.” Powiedzieliśmy wszystkim, którzy przybyli do obozu: „Jesteś w domu”.
Znalezienie tego połączenia jest całym tym kluczem do tego, co robimy - przywracamy to połączenie z powrotem z ziemią, z powrotem do wodą, aby ludzie przestali nadużywać ziemi i wody.
Pierwszym aktem suwerenności jest uprawianie własnego pożywienia. Dbaj o siebie. Nie czekaj, aż ktoś przyjdzie cię uratować, bo tak się nie stanie. Musimy wstać i uratować się sami. Mamy prawo do życia.

LaDonna “Good Earth Woman” Brave Bull Allard
(Plemię Standing Rock Sioux)


Tłumaczenie: Tomasz Nakonieczny

Tytuł oryginału:

We Must Stand Up for Our Future Generations and to Save Ourselves

 

Zobacz też:  Światło rozświetla Dakotę

 


czwartek, 5 grudnia 2019

Przedstawiciel Arhuaco opowiada o tradycyjnej wiedzy oraz o zagrożeniach i ochronie środowiska gór Sierra Nevada de Santa Marta



Indianie Arhuaco wraz z plemionami Wiwa, Kogi i Kankuamo z górskiego masywu Sierra Nevada de Santa Marta w północnej Kolumbii są bezpośrednimi spadkobiercami tajemniczej prekolumbijskiej cywilizacji Tairona, która pozostawiła w górach kamienne miasta i świątynie doskonale wkomponowane w lokalne środowisko przyrodnicze. 
Te cztery plemiona przechowują głęboką duchową wiedzę o miejscu człowieka na Ziemi. Zamieszkiwany przez nich masyw górski wraz z karaibskim wybrzeżem, do którego przylega, jest dla nich miniaturą całego świata z niemal wszystkimi strefami klimatycznymi - od górskich lodowców po tropikalne wybrzeże. Uważają więc swój dom za Serce Ziemi, którego kondycja ekologiczna jest bardzo ważna dla zachowania równowagi całej planety, ponieważ dostrzegają oni związki nie tylko fizyczne, ale  i duchowe tego bioregionu z resztą świata. 
Strażnikami tradycji, kapłanami i uzdrowicielami są u nich mędrcy zwani Mamos.
Członkowie tych plemion obserwując, co wyczyniają Matce Ziemi (zwanej przez nich Aluna) ludzie z nowoczesnego świata, odnoszą wrażenie, że ludzie społeczeństw technokratycznych muszą być bardzo pogubieni. Dlatego nazywają ich "młodszymi braćmi", a siebie nazywają "starszymi braćmi".

Zapraszam do relacji jednego z przedstawicieli tamtejszych rdzennych społeczności członka plemienia Arhuaco Moisésa Alberta Villafaña Izquierdo.


Należę do społeczności Arhuaco z gór Sierra Nevada de Santa Marta w północnej Kolumbii. Żyją tam też trzy inne grupy etniczne: Wiwa, Kogi i Kankuamo. Mieszkamy na wysokości 5800 metrów nad poziomem morza.
Istnieją tam u nas problemy dotyczące jurysdykcji, ponieważ nie należymy do żadnego z departamentów. Istnieją tu trzy tubylcze środki strażnicze, które borykają się z problemem wydobycia surowców w Sierra Nevada. Ludność tubylcza z Sierra w 1973 r. wraz z Mamos, którzy są duchowymi przywódcami naszych plemion, opowiedzieli się za uznaniem terytoriów przodków, co zakończyło się zwycięstwem i ustanowiło święte miejsca w czterech głównych punktach.

W naszym miasteczku żyje sumie 57 000 osób, ale w miejscu, w którym pracujemy zamieszkuje 12 000 mieszkańców. Forum to mała organizacja tubylcza działająca w sektorze Arhuaco. Pracuję i doradzam w jej części poświęconej tradycyjnej odbudowie na bazie praw i zasad, które podlegają specjalnej jurysdykcji dla rdzennych mieszkańców Sierra Nevada, w szczególności Arhuaco. Poruszane sprawy prawne, które zauważam najbardziej, obejmują prośby o ochronę przywódców,
którym grożono. Pozostałe mają do czynienia z nielegalnymi działaniami przemysłu wydobywczego na naszych ziemiach, a którego aktywność zgodnie z prawem wymaga uzyskania uprzedniej zgody naszych plemion.

Obecnie, kiedy centra miejskie wkraczają na nasze terytoria, walczymy o uznanie świętych miejsc przez władze regionalne. Płynie tędy 36 rzek, które mają początek w górach Sierra Nevada i które biegną przez całe to refugium i terytorium przodków. Zapory wodne oddziałują na nas. Mówimy głośne „NIE” firmom na terytorium naszych przodków. Ziemie przodków nie powinny służyć górnictwu ani kamieniołomom, a jednak firmy nie przeprowadzają wcześniejszych konsultacji i naruszają podstawowe prawa ludności rdzennej.

Zmiany klimatu dotykają nas na całym świecie. Widzimy to także tutaj. Sierra Nevada ma cztery poziomy termiczne. Produkty, które uprawiamy są podzielone według stref klimatycznych. W dolnej części znajdują się trzcina cukrowa, babka, maniok, fasola, kukurydza, awokado, kakao i kawa. W środkowej części mamy także kawę, kakao, trzcinę, fasolę i guandu. W na wyżej położonych terenach – to wszystko, co ma związek z warzywami, ziemniakami, szczypiorkiem i pasterstwem małych owiec. Uprawy są bardzo słabe i gniją. Dzisiaj juka, banany i kukurydza rosną tam, gdzie ich wcześniej nie było, drzewa umierają, a w ich miejsce rodzą się inne drzewa pochodzące z klimatu tropikalnego.

O ile zmiany klimatyczne wpływają na tereny wyżynne, to na nizinach również są wyraźnie zauważalne, gdzie obserwujemy, jak wpływają na spadek poziomu wody w rzekach.
Mędrcy Mama mówią, że musimy kontynuować sadzenie drzew, których gatunki są zgodne ze swoim środowiskiem. W ten sposób rzucamy wyzwanie zmianom klimatu, które mają ogromny wpływ na nasze uprawy.
Widzimy nowe choroby na naszych drzewach. Znane nam rośliny lecznicze, umierają. Rodzą się inne rośliny, które są różne. Pojawiają się nowe zwierzęta, a stare zanikają.
Poziom wody w rzekach spada, a Sierra Nevada topnieje.

Mędrcy Mamos przekazują tradycyjną wiedzę. Mamy kilka linii przekazu. Jedna troszczy się o krew, czerwień. Inna dba o białe nasiona. Jeszcze inna odpowiada za żółtawe owoce – to linia, która dba o wszystko, co dzieje się pod ziemią, jak np. bulwy. Każda linia jest odpowiedzialna za opiekę nad swoją misją, ponieważ jest to zespół, który jest świadomy swoich poszczególnych zadań. Mamy tu u nas świątynię, w której Mamos uczą się przez dziewięć lat. Uczą się wiedzy przodków, aby zagwarantować, że ta wiedza będzie kontynuowana.
Nasz problem polega na tym, że jesteśmy mniejszością. Nikt nie popiera tej części kultury i tylko od nas zależy, czy będziemy kontynuować nasze wysiłki.

Tradycyjna wiedza to nie tylko kawałek kulturowej mistyki lub mitologii, ale jest to zbiór całego dziedzictwa kulturowego, które ma związek z językami, tradycjami, ubraniem, sposobami myślenia, zachowaniem się wobec świata, które rzutują na jego przyszłość. Cały ten kontekst stanowi centralną wiedzę związaną ze świętością, terytorium, rzekami lub środowiskiem, ponieważ stanowi część integralnej całości tego, co nazywamy „ekozofią życia”.

Moisés Alberto Villafaña Izquierdo (Arhuaco)


Tłumaczenie: Tomasz Nakonieczny

Źródło oryginalnego tekstu:

"NO” to the Companies Within our Ancestral Territory"

czwartek, 11 lipca 2019

Świat Iivi i Inuitów wobec nowoczesności. Wywiad z Robertem Peroni, autorem książki ‘Tam, gdzie wiatr krzyczy najgłośniej {Dove il vento grida piu forte}’



Z Robertem Peroni rozmawia Ismena Gallagher
 
Ismena Gallagher : Panie Roberti, urodził się Pan we Włoszech, które słyną z łagodnego klimatu; więc dlaczego przeniósł się Pan do Wschodniej Grenlandii, gdzie panują ekstremalne warunki pogodowe?
Robert Peroni: Istnieją dwa rodzaje temperatury. Jedną można mierzyć termometrem, a druga, to temperatura serca. Tutaj znalazłem ciepło wśród przyjaciół.
I.G. : Czy w czasie pierwszych spotkań z narodem Inuitów doświadczył Pan wrogości lub pogardy z ich strony?
R.P.: W żadnym razie. Miejscowi ludzie wiele razy zachęcali mnie do odpoczynku i osiedlenia się tutaj. Niezwykłe jest to, że od pierwszej chwili czułem się tutaj jak w domu, a to również związane jest z mieszkańcami.
I.G. : Jak Pan myśli, dlaczego rdzenni mieszkańcy Grenlandii przyjęli Pana do swojej społeczności?
R.P.: To można łatwo zrozumieć. Ja przyjąłem ich sztukę życia, a oni zaakceptowali mój sposób bycia. Problem polega na tym, że większość przybyszów nie akceptuje prostoty ‘prymitywnej’ ludności. O to chodzi. Szacunek przede wszystkim.
I.G.: Czy sądzi Pan, że żyjąc w tradycyjny sposób, rdzenni mieszkańcy terenu , o którym mówimy, mogą wpływać negatywnie na lokalny ekosystem?
R.P.: W żadnym razie; 300 osób zamieszkuje wybrzeże długości 15 000 kilometrów! 
 
Fot. Franz Josef Fjord. (Źródło Wikimedia commons)
I.G.: Jak zakaz polowań na foki wpłynął na życie Iivi i Inuitów?
R.P.: Dramatycznie, zabójczo, miał trudne do uwierzenia konsekwencje. Rdzenni mieszkańcy w 95% utrzymywali się z polowań na foki. Obecnie ten rynek nie istnieje. Jest całkowicie zniszczony. Ludzie mogą iść na polowanie, ale potem nie udaje im się nic z tego sprzedać.
I.G.: Czy nie sądzi Pan, że osoby, które twierdzą, że nie mogłyby zabić zwierzęcia, ale pomimo tego, jedzą mięso z rzeźni, są pełne hipokryzji?
R.P.: Tak jest. Bo, czy zwierzę o miłych oczach, zasługuje na ochronę bardziej, niż to, które ma oczy mniej miłe? Nikt specjalnie nie przejmuje się odławianiem ryb, no bo ryba jest tylko ‘rybą’, chociaż wiemy, że one podobnie jak my odczuwają ból! Nikogo specjalnie nie wzrusza przemysłowa hodowla kurczaków, świń, albo zabijanie krów. To jest więcej, niż hipokryzja.
I.G.: Z jakiego powodu rdzenni mieszkańcy Grenlandii popełniają samobójstwa i jakie znaczenie ma dla nich The Red House {Czerwony Dom}, który Pan ustanowił w Tasiilaq?
R.P.: Samobójstwo w Arktyce, tak jak we Wschodniej Grenlandii jest powodowane przez kilka rzeczy. Pierwsza, główna przyczyna bierze się z historii tych ludzi. Kiedy ktoś się zestarzał i nie był już w stanie wspierać swojej rodziny, to odchodził, aby ułatwić przetrwanie innym członkom klanu. Inne przyczyny, to alkohol i romantyczność. Poza tym zagubienie i utracenie swojej wartości. Lokalna społeczność musi się odrodzić. To są wspaniali, niezwykli, a także silni ludzie, którzy potrafią przetrwać w niezwykle srogim środowisku.
The Red House pojawił się z niczego, po to, aby dać sygnał, aby pokazać, że przy pomocy rąk i dobrze myślącej głowy, można się nauczyć postawy, która umożliwia przetrwanie i rozwój.
I.G.: Czy uważa Pan, że propaganda organizacji Greenpeace związana z ochroną środowiska, jest częściowo odpowiedzialna za degenerację rdzennej ludności Grenlandii?
R.P.: Z pewnością. Działalność Greenpeace jest jedną z głównych przyczyn dylematu z powodu którego nasza społeczność cierpi !!! Powtórzę: jedną z głównych przyczyn!
I.G.: Czy nie sądzi Pan, że osoby pochodzące z kraju, gdzie nie szanuje się rodzimej, związanej z rdzenną ziemią tradycji, nie są w stanie uczyć innych prawdziwego szacunku do ziemi?
R.P.: Z pewnością. Dopiero kiedy posprzątam swój dom, mogę mówić innym, jak się to robi …
I.G.: Czy myśli Pan, że w nowoczesnym świecie, rdzenni mieszkańcy Grenlandii ciągle są w stanie zachować tradycję swoich przodków?
R.P.: Tutaj trudno jest dokładnie określić, czym była kultura przodków. Iivi {Wschodni Grenlandczyk} i Inuita są półnomadami, gotowymi do skorzystania z każdej sposobności, która daje przetrwanie. Kiedyś to było życie, według zasady teraz, albo nigdy. To oznacza nie dającą się przewidzieć, improwizację JEDNEJ CHWILI, złapanie w ręce jedynej szansy. Niemniej jednak, mamy w swoim kraju trochę ludzi, którzy polują w tradycyjny sposób, ale jedną nogą gotowi są do życia w nowoczesnym społeczeństwie.
Osada Naajaat w północno-zachodniej Grenlandii. Fot. Kim Hansen (Źródło: Wikimedia commons)
I.G.: Czego chciałby Pan życzyć swoim przyjaciołom z Tasiilaq i innych miejsc na Grenlandii?
R.P.: Oto życzenia dla moich przyjaciół: bądźcie sobą, bądźcie dumni i pamiętajcie, gdzie jesteście.

Robert Peroni pochodzi z Górnej Adygi we Włoszech. Był wspinaczem i podróżnikiem. W wieku czterdziestu lat porzucił wszystko i przeniósł się na Grenlandię, gdzie założył Casa Rossa, ekologiczny ośrodek turystyczny, w którym zatrudnia Inuitów znajdujących się w trudnym położeniu.