wtorek, 17 marca 2020

Nasza planeta nie potrzebuje pieniędzy, tylko zmian behawioralnych: Sonam Wangchuk




Sonam Wangchuk przestał prasować swoje ubrania żelazkiem. Ten uznany innowator i zdobywca nagrody Magsaysay oraz ekolog, uważa, że fałdy w ubraniu są formą wyrozumiałości, bez której nie można pomóc planecie. Mówi, że energia zaoszczędzona na prasowaniu jego ubrań mogłaby zasilić cztery wiejskie gospodarstwa domowe.

Jest współzałożycielem Himalayan Institute of Alternatives, Ladakh. Uważa, że gdy jego ojczyzna wkracza w nową fazę jako terytorium Unii (z Indiami), będzie wymagała delikatnej obsługi, ponieważ rozwiązania opracowane w New Delhi często nie działają we wrażliwym ekosystemie trans-himalajskiej ziemi.

Poniżej fragment wywiadu:

Czy nie uważasz, że Ladakh musi się rozwijać i aby dorównać reszcie Indii?

Nie. Ladakh nie potrzebuje takiego samego rozwoju i uprzemysłowienia. Potrzebuje bardziej harmonijnego i zrównoważonego podejścia, które może trwać znacznie dłużej, bez eksploatowania środowiska.

Czy Himalajski Instytut Alternatyw podejmuje pewne proaktywne działania w tej sprawie?

Tak. Zdecydowaliśmy, że zamiast po prostu siedzieć i czekać na działania z Centrali, powinniśmy najpierw zrozumieć, co będzie dla nas działać, a co nie. Wysłaliśmy więc swoich członków do różnych części kraju - na terytoria związkowe, takie jak wyspy Andamany i Nicobary, czy do stanów plemiennych północno-wschodnich Indii - Bodoland i Sikkim, aby zobaczyć, jak tamtejsi mieszkańcy radzili sobie w ciągu ostatnich lat. Nasze grupy reprezentowały wszystkie części społeczeństwa Ladakh - mężczyzn, kobiety, polityków, przywódców religijnych.
Wrócili i teraz dzielą się swoją nauką na różnych spotkaniach - w ratuszach i zgromadzeniach wiejskich.

Czy wysiłki mieszkańców i armii na rzecz zielonego Ladakhu nie są ingerowaniem w naturę, która stworzyła Ladakh jako naturalną pustynię?

Po pierwsze, pozwolę sobie stwierdzić, że armia nie dokonała wiele zazieleniania. Dużo o tym mówili, ale przestali po gwałtownych powodziach w 2010 r. Większość nasadzeń dokonali miejscowi. Armia podjęła godne pochwały wysiłki, ale ponieważ ich jednostki przemieszczają się co dwa lata, większość tego, co posadzili, nie przetrwało. (…)
Kiedy mówimy o zazielenianiu, nie mamy na myśli sadzenia lasów. Chodzi o zwiększanie udziału lokalnej roślinności, a nie sadzenie gatunków inwazyjnych. Interwencja człowieka powinna mieć charakter pomocniczy, pomagając roślinom, które walczą o wzrost. Ta roślinność utrzymuje wodę w regionie, optymalizując jej dostęp. Takie starania są zgodne z naturą.

Wymyśliłeś ciekawy projekt pozyskiwania środków społecznych. Proszę wyjaśnij.

Jest to próba dla planety. To wyjątkowa inicjatywa crowd-sourcingowa, w której zobowiązujesz się do zmiany zachowania odpowiadającej określonej kwocie w dolarach. Na przykład możesz zobowiązać się do zaprzestania prasowania ubrań żelazkiem, rozpoczęcia jazdy na rowerze, jazdy autostopem, czy wybrania jazdy pociągiem zamiast lotu samolotem. Następnie oceniamy, na ile każda obietnica będzie wyrażona w dolarach i obliczamy, jaki będzie ogólny wkład na rzecz planety. Planeta nie potrzebuje pieniędzy, potrzebuje zmian behawioralnych. Rozpoczniemy ten projekt w grudniu (2019), mniej więcej w czasie,kiedy ludzie zaczną myśleć o postanowieniach na nowy rok.

Rekha Dixit
Autorka jest starszym specjalnym korespondentem. Specjalizuje się w pisaniu filmów fabularnych. Jej zainteresowania obejmują kobiety i kwestie społeczne, a także naukę i technologię.

Tytuł oryginalnego tekstu:

The planet doesn't need money, it needs behavioural change: Sonam Wangchuk

poniedziałek, 17 lutego 2020

Musimy stanąć w obronie naszych przyszłych pokoleń i ocalić siebie




Pochodzę z Cannon Ball w Północnej Dakocie i mieszkam tuż nad rzeką Cannonball, która łączy się z rzeką Missouri. Żyjemy u ujścia rzeki w miejscu zatopionym przez Korpus Inżynierów, kiedy zalali naszą ziemię. Musieliśmy się wtedy przenieść na wzgórza z naszych ziem na dnie doliny.

Rozumiemy, czym jest przetrwanie. W 2014 r. powiadomiono nas, że Korpus Inżynierów zamierza zbudować rurociąg na naszej ziemi do rzeki Missouri. Wciąż staramy się pozbierać po przeprowadzce z naszych domów na wyżej położone obszary. Straciliśmy nasze ogrody, nasze lasy, nasze drzewa. Popadliśmy w kryzys gospodarczy, ponieważ zamknęli wszystkie nasze firmy i nasze sklepy. Staramy się przetrwać, ponieważ wciąż jesteśmy ludem zbieracko-łowieckim. Wciąż zbieramy wszystkie nasze leki, wszystkie nasze rośliny. Wiemy, jak żyć na prerii. Wiemy, jak żyć w klimacie, w którym przez dziewięć miesięcy jest śnieg i zimno. Kiedy rząd wchodzi i robi jakieś działania w środowisku naturalnym, jest to katastrofalne nie tylko dla naszego ludu, ale i dla całej dzikiej przyrody.

Obozy istniały przez prawie 10 miesięcy, zanim władze, policja i wojsko weszły i usunęły ludzi siłą. W międzyczasie ludzie, którzy śpiewali, tańczyli i modlili się, byli atakowani, traktowani gazem łzawiącym, granatami perkusyjnymi. Mieli maszyny, które wyciągały nasze telefony. Otaczała nas cała jednostka wojskowa. Obserwowaliśmy naszą społeczność, gdy zabijali bawoły, zabijali orły, zabijali wszystkie zwierzęta na swojej drodze.

Mój lud nie prosi o żadne specjalne prawa. Po prostu prosimy o życie. Mamy prawo do życia. Po zamknięciu obozów jedną z pierwszych rzeczy, które zrobiliśmy, było zejście do miejsca, w którym się znajdowały, i zrobienie masowego sprzątania. Jeździmy co dwa miesiące na ceremonię modlitewną. Pojawiły się rodzime kwiaty i rośliny, które nie rosły w okolicy przez długi czas, ponieważ było tam bydło. Ziemia zregenerowała się. Po raz pierwszy pomyślałem: „Ludzie mają prawo tu mieszkać, jeśli żyją z szacunkiem dla ziemi”. Wszędzie w miejscach, w których mieliśmy kompost, kabaczki i melony, zarosło. Przenieśliśmy bagaż z obozu, aby dostarczyć je do społeczności. Dzięki temu pomyśleliśmy: „Możemy to zrobić”.

Rozwinęliśmy ogrody społecznościowe. Dostarczyliśmy piece na drewno, aby ludzie przestali używać paliw kopalnych. Mówimy ludziom, aby uprawiali własne jedzenie. Zabieramy młodych ludzi na dwór, aby zebrali nasze tradycyjne pożywienie, nasze tradycyjne leki. Uczymy także młodych, jak suszyć jedzenie i jak je przygotowywać. Suszymy mięso, warzywa i nasze leki. 15 stycznia w społeczności w Cannon Ball, która znajdowała się tuż nad obozem, przełączyli zasilanie na farmę słoneczną, która została rozwinięta, a teraz tamtejsza społeczność będzie czerpała elektryczność z energii słonecznej. W Sacred Stone, który nadal się rozwija, opracowaliśmy przenośne przyczepy słoneczne, które mają systemy wiatrowe, słoneczne i do oczyszczania wody. Możemy je wciągnąć i podłączyć dom. Jest wiele osób w rezerwacie, których obecnie nie stać na elektryczność, więc my możemy dostarczyć im prąd. Pracujemy nad rozwojem przyjaznych środowisku domów z beli słomy. Wieje tu dużo wiatru i jest zimno, więc nasze tradycyjne domy są przystosowane do tego rodzaju pogody. Zachęcamy ludzi, aby powracali do swoich tradycyjnych domów, ponieważ stają wtedy zdrowsi i pracują ze środowiskiem naturalnym.

Zachęcam ludzi do życia z ziemią, zbierania śmieci z naszych cieków wodnych. Wykonaliśmy 140 akrów sprzątania śmieci wzdłuż linii brzegowej wzdłuż rzek. Przyprowadziliśmy wszystkie dzieci, by zbierać śmieci. To przykład „szklanki do połowy pełnej”. Jeśli po prostu zbierasz śmieci, łatwiej myśleć ci o zmianie świata. Zamierzamy przeprowadzić wielkie sadzenie drzew, ponieważ straciliśmy tak dużo drzew, kiedy nas zalali, gdy kiedy zbudowali tamy.

Jedną z rzeczy, których dowiedziałam się o tym, co wydarzyło się w Standing Rock jest to, że kto kontroluje media, kontroluje świat. Mamy całą grupę młodych ludzi, którzy nas uczą i uczą, jak produkować i edytować własne filmy wideo, a następnie umieszczać je tam, abyśmy mogli pokazać nasze życie ludziom z zewnątrz. Ludzie zapominają, że żyjemy. Stajemy się niewidzialni w pozostałej części świata. Kiedy nasi młodzi ludzie przejmują kontrolę nad mediami, inni ludzie widzą, że żyjemy. Jesteśmy żywymi istotami.

Drugą rzeczą, której się nauczyłam, było to, że nie ma oddzielenia i separacji ludzi. Kiedy cały lud przybył od czubka Argentyny po czubek Kanady, aby stanąć razem z nami, byłam zaszczycona i pobłogosławiona widząc na własne oczy modlitwy i obrzędy wszystkich plemion, ludzi przynoszących wodę do mojej rzeki, aby ją oczyścić. Spotkałam ludzi w jednym miejscu, z jednym umysłem i jednym sercem. Widziałam to. Wiem, że to może być rzeczywistość. Wiem, że możemy to zrobić. Widziałam także wszystkie te grupy religijne: muzułmanów, hinduistów, sikhów, katolików, protestantów, buddystów, stojących w jednej modlitwie. Dla mnie była to najbardziej niesamowita rzecz, pomimo wszystkich rzeczy, które zrobili Chroniącym Wodę. Widziałam niesamowite uzdrowienie. Widziałem, jak młodzi ludzie przychodzą z celem i zrozumieniem, kim są. Po raz pierwszy mogli śpiewać uroczyste pieśni. Pierwszy raz odmawiali modlitwę. Po raz pierwszy poczuli się, jakby przynależeli. Ponieważ czasami nasi młodzi ludzie, z powodu całej traumy historycznej żyją bardzo ciężko. Kiedy tam byli, mieli wrażenie, że mają cel.

Powiedzieliśmy wszystkim, którzy przybyli, pierwszą rzecz, którą mówiliśmy, gdy przechodzili przez ochronę: „Witaj w domu.” Kiedy byłam młoda, zwykłam mówić mojej babci: „Wszystko, czego chcę, to dom, to miejsce”. "O czym mówisz? Gdy tylko twoje stopy dotkną ziemi, korzenie wyrastają z twoich stóp. Jesteś w domu. Ta ziemia jest naszym domem. Zawsze byłaś w domu.” Powiedzieliśmy wszystkim, którzy przybyli do obozu: „Jesteś w domu”.
Znalezienie tego połączenia jest całym tym kluczem do tego, co robimy - przywracamy to połączenie z powrotem z ziemią, z powrotem do wodą, aby ludzie przestali nadużywać ziemi i wody.
Pierwszym aktem suwerenności jest uprawianie własnego pożywienia. Dbaj o siebie. Nie czekaj, aż ktoś przyjdzie cię uratować, bo tak się nie stanie. Musimy wstać i uratować się sami. Mamy prawo do życia.

LaDonna “Good Earth Woman” Brave Bull Allard
(Plemię Standing Rock Sioux)


Tłumaczenie: Tomasz Nakonieczny

Tytuł oryginału:

We Must Stand Up for Our Future Generations and to Save Ourselves

 

Zobacz też:  Światło rozświetla Dakotę

 


czwartek, 5 grudnia 2019

Przedstawiciel Arhuaco opowiada o tradycyjnej wiedzy oraz o zagrożeniach i ochronie środowiska gór Sierra Nevada de Santa Marta



Indianie Arhuaco wraz z plemionami Wiwa, Kogi i Kankuamo z górskiego masywu Sierra Nevada de Santa Marta w północnej Kolumbii są bezpośrednimi spadkobiercami tajemniczej prekolumbijskiej cywilizacji Tairona, która pozostawiła w górach kamienne miasta i świątynie doskonale wkomponowane w lokalne środowisko przyrodnicze. 
Te cztery plemiona przechowują głęboką duchową wiedzę o miejscu człowieka na Ziemi. Zamieszkiwany przez nich masyw górski wraz z karaibskim wybrzeżem, do którego przylega, jest dla nich miniaturą całego świata z niemal wszystkimi strefami klimatycznymi - od górskich lodowców po tropikalne wybrzeże. Uważają więc swój dom za Serce Ziemi, którego kondycja ekologiczna jest bardzo ważna dla zachowania równowagi całej planety, ponieważ dostrzegają oni związki nie tylko fizyczne, ale  i duchowe tego bioregionu z resztą świata. 
Strażnikami tradycji, kapłanami i uzdrowicielami są u nich mędrcy zwani Mamos.
Członkowie tych plemion obserwując, co wyczyniają Matce Ziemi (zwanej przez nich Aluna) ludzie z nowoczesnego świata, odnoszą wrażenie, że ludzie społeczeństw technokratycznych muszą być bardzo pogubieni. Dlatego nazywają ich "młodszymi braćmi", a siebie nazywają "starszymi braćmi".

Zapraszam do relacji jednego z przedstawicieli tamtejszych rdzennych społeczności członka plemienia Arhuaco Moisésa Alberta Villafaña Izquierdo.


Należę do społeczności Arhuaco z gór Sierra Nevada de Santa Marta w północnej Kolumbii. Żyją tam też trzy inne grupy etniczne: Wiwa, Kogi i Kankuamo. Mieszkamy na wysokości 5800 metrów nad poziomem morza.
Istnieją tam u nas problemy dotyczące jurysdykcji, ponieważ nie należymy do żadnego z departamentów. Istnieją tu trzy tubylcze środki strażnicze, które borykają się z problemem wydobycia surowców w Sierra Nevada. Ludność tubylcza z Sierra w 1973 r. wraz z Mamos, którzy są duchowymi przywódcami naszych plemion, opowiedzieli się za uznaniem terytoriów przodków, co zakończyło się zwycięstwem i ustanowiło święte miejsca w czterech głównych punktach.

W naszym miasteczku żyje sumie 57 000 osób, ale w miejscu, w którym pracujemy zamieszkuje 12 000 mieszkańców. Forum to mała organizacja tubylcza działająca w sektorze Arhuaco. Pracuję i doradzam w jej części poświęconej tradycyjnej odbudowie na bazie praw i zasad, które podlegają specjalnej jurysdykcji dla rdzennych mieszkańców Sierra Nevada, w szczególności Arhuaco. Poruszane sprawy prawne, które zauważam najbardziej, obejmują prośby o ochronę przywódców,
którym grożono. Pozostałe mają do czynienia z nielegalnymi działaniami przemysłu wydobywczego na naszych ziemiach, a którego aktywność zgodnie z prawem wymaga uzyskania uprzedniej zgody naszych plemion.

Obecnie, kiedy centra miejskie wkraczają na nasze terytoria, walczymy o uznanie świętych miejsc przez władze regionalne. Płynie tędy 36 rzek, które mają początek w górach Sierra Nevada i które biegną przez całe to refugium i terytorium przodków. Zapory wodne oddziałują na nas. Mówimy głośne „NIE” firmom na terytorium naszych przodków. Ziemie przodków nie powinny służyć górnictwu ani kamieniołomom, a jednak firmy nie przeprowadzają wcześniejszych konsultacji i naruszają podstawowe prawa ludności rdzennej.

Zmiany klimatu dotykają nas na całym świecie. Widzimy to także tutaj. Sierra Nevada ma cztery poziomy termiczne. Produkty, które uprawiamy są podzielone według stref klimatycznych. W dolnej części znajdują się trzcina cukrowa, babka, maniok, fasola, kukurydza, awokado, kakao i kawa. W środkowej części mamy także kawę, kakao, trzcinę, fasolę i guandu. W na wyżej położonych terenach – to wszystko, co ma związek z warzywami, ziemniakami, szczypiorkiem i pasterstwem małych owiec. Uprawy są bardzo słabe i gniją. Dzisiaj juka, banany i kukurydza rosną tam, gdzie ich wcześniej nie było, drzewa umierają, a w ich miejsce rodzą się inne drzewa pochodzące z klimatu tropikalnego.

O ile zmiany klimatyczne wpływają na tereny wyżynne, to na nizinach również są wyraźnie zauważalne, gdzie obserwujemy, jak wpływają na spadek poziomu wody w rzekach.
Mędrcy Mama mówią, że musimy kontynuować sadzenie drzew, których gatunki są zgodne ze swoim środowiskiem. W ten sposób rzucamy wyzwanie zmianom klimatu, które mają ogromny wpływ na nasze uprawy.
Widzimy nowe choroby na naszych drzewach. Znane nam rośliny lecznicze, umierają. Rodzą się inne rośliny, które są różne. Pojawiają się nowe zwierzęta, a stare zanikają.
Poziom wody w rzekach spada, a Sierra Nevada topnieje.

Mędrcy Mamos przekazują tradycyjną wiedzę. Mamy kilka linii przekazu. Jedna troszczy się o krew, czerwień. Inna dba o białe nasiona. Jeszcze inna odpowiada za żółtawe owoce – to linia, która dba o wszystko, co dzieje się pod ziemią, jak np. bulwy. Każda linia jest odpowiedzialna za opiekę nad swoją misją, ponieważ jest to zespół, który jest świadomy swoich poszczególnych zadań. Mamy tu u nas świątynię, w której Mamos uczą się przez dziewięć lat. Uczą się wiedzy przodków, aby zagwarantować, że ta wiedza będzie kontynuowana.
Nasz problem polega na tym, że jesteśmy mniejszością. Nikt nie popiera tej części kultury i tylko od nas zależy, czy będziemy kontynuować nasze wysiłki.

Tradycyjna wiedza to nie tylko kawałek kulturowej mistyki lub mitologii, ale jest to zbiór całego dziedzictwa kulturowego, które ma związek z językami, tradycjami, ubraniem, sposobami myślenia, zachowaniem się wobec świata, które rzutują na jego przyszłość. Cały ten kontekst stanowi centralną wiedzę związaną ze świętością, terytorium, rzekami lub środowiskiem, ponieważ stanowi część integralnej całości tego, co nazywamy „ekozofią życia”.

Moisés Alberto Villafaña Izquierdo (Arhuaco)


Tłumaczenie: Tomasz Nakonieczny

Źródło oryginalnego tekstu:

"NO” to the Companies Within our Ancestral Territory"

czwartek, 11 lipca 2019

Świat Iivi i Inuitów wobec nowoczesności. Wywiad z Robertem Peroni, autorem książki ‘Tam, gdzie wiatr krzyczy najgłośniej {Dove il vento grida piu forte}’



Z Robertem Peroni rozmawia Ismena Gallagher
 
Ismena Gallagher : Panie Roberti, urodził się Pan we Włoszech, które słyną z łagodnego klimatu; więc dlaczego przeniósł się Pan do Wschodniej Grenlandii, gdzie panują ekstremalne warunki pogodowe?
Robert Peroni: Istnieją dwa rodzaje temperatury. Jedną można mierzyć termometrem, a druga, to temperatura serca. Tutaj znalazłem ciepło wśród przyjaciół.
I.G. : Czy w czasie pierwszych spotkań z narodem Inuitów doświadczył Pan wrogości lub pogardy z ich strony?
R.P.: W żadnym razie. Miejscowi ludzie wiele razy zachęcali mnie do odpoczynku i osiedlenia się tutaj. Niezwykłe jest to, że od pierwszej chwili czułem się tutaj jak w domu, a to również związane jest z mieszkańcami.
I.G. : Jak Pan myśli, dlaczego rdzenni mieszkańcy Grenlandii przyjęli Pana do swojej społeczności?
R.P.: To można łatwo zrozumieć. Ja przyjąłem ich sztukę życia, a oni zaakceptowali mój sposób bycia. Problem polega na tym, że większość przybyszów nie akceptuje prostoty ‘prymitywnej’ ludności. O to chodzi. Szacunek przede wszystkim.
I.G.: Czy sądzi Pan, że żyjąc w tradycyjny sposób, rdzenni mieszkańcy terenu , o którym mówimy, mogą wpływać negatywnie na lokalny ekosystem?
R.P.: W żadnym razie; 300 osób zamieszkuje wybrzeże długości 15 000 kilometrów! 
 
Fot. Franz Josef Fjord. (Źródło Wikimedia commons)
I.G.: Jak zakaz polowań na foki wpłynął na życie Iivi i Inuitów?
R.P.: Dramatycznie, zabójczo, miał trudne do uwierzenia konsekwencje. Rdzenni mieszkańcy w 95% utrzymywali się z polowań na foki. Obecnie ten rynek nie istnieje. Jest całkowicie zniszczony. Ludzie mogą iść na polowanie, ale potem nie udaje im się nic z tego sprzedać.
I.G.: Czy nie sądzi Pan, że osoby, które twierdzą, że nie mogłyby zabić zwierzęcia, ale pomimo tego, jedzą mięso z rzeźni, są pełne hipokryzji?
R.P.: Tak jest. Bo, czy zwierzę o miłych oczach, zasługuje na ochronę bardziej, niż to, które ma oczy mniej miłe? Nikt specjalnie nie przejmuje się odławianiem ryb, no bo ryba jest tylko ‘rybą’, chociaż wiemy, że one podobnie jak my odczuwają ból! Nikogo specjalnie nie wzrusza przemysłowa hodowla kurczaków, świń, albo zabijanie krów. To jest więcej, niż hipokryzja.
I.G.: Z jakiego powodu rdzenni mieszkańcy Grenlandii popełniają samobójstwa i jakie znaczenie ma dla nich The Red House {Czerwony Dom}, który Pan ustanowił w Tasiilaq?
R.P.: Samobójstwo w Arktyce, tak jak we Wschodniej Grenlandii jest powodowane przez kilka rzeczy. Pierwsza, główna przyczyna bierze się z historii tych ludzi. Kiedy ktoś się zestarzał i nie był już w stanie wspierać swojej rodziny, to odchodził, aby ułatwić przetrwanie innym członkom klanu. Inne przyczyny, to alkohol i romantyczność. Poza tym zagubienie i utracenie swojej wartości. Lokalna społeczność musi się odrodzić. To są wspaniali, niezwykli, a także silni ludzie, którzy potrafią przetrwać w niezwykle srogim środowisku.
The Red House pojawił się z niczego, po to, aby dać sygnał, aby pokazać, że przy pomocy rąk i dobrze myślącej głowy, można się nauczyć postawy, która umożliwia przetrwanie i rozwój.
I.G.: Czy uważa Pan, że propaganda organizacji Greenpeace związana z ochroną środowiska, jest częściowo odpowiedzialna za degenerację rdzennej ludności Grenlandii?
R.P.: Z pewnością. Działalność Greenpeace jest jedną z głównych przyczyn dylematu z powodu którego nasza społeczność cierpi !!! Powtórzę: jedną z głównych przyczyn!
I.G.: Czy nie sądzi Pan, że osoby pochodzące z kraju, gdzie nie szanuje się rodzimej, związanej z rdzenną ziemią tradycji, nie są w stanie uczyć innych prawdziwego szacunku do ziemi?
R.P.: Z pewnością. Dopiero kiedy posprzątam swój dom, mogę mówić innym, jak się to robi …
I.G.: Czy myśli Pan, że w nowoczesnym świecie, rdzenni mieszkańcy Grenlandii ciągle są w stanie zachować tradycję swoich przodków?
R.P.: Tutaj trudno jest dokładnie określić, czym była kultura przodków. Iivi {Wschodni Grenlandczyk} i Inuita są półnomadami, gotowymi do skorzystania z każdej sposobności, która daje przetrwanie. Kiedyś to było życie, według zasady teraz, albo nigdy. To oznacza nie dającą się przewidzieć, improwizację JEDNEJ CHWILI, złapanie w ręce jedynej szansy. Niemniej jednak, mamy w swoim kraju trochę ludzi, którzy polują w tradycyjny sposób, ale jedną nogą gotowi są do życia w nowoczesnym społeczeństwie.
Osada Naajaat w północno-zachodniej Grenlandii. Fot. Kim Hansen (Źródło: Wikimedia commons)
I.G.: Czego chciałby Pan życzyć swoim przyjaciołom z Tasiilaq i innych miejsc na Grenlandii?
R.P.: Oto życzenia dla moich przyjaciół: bądźcie sobą, bądźcie dumni i pamiętajcie, gdzie jesteście.

Robert Peroni pochodzi z Górnej Adygi we Włoszech. Był wspinaczem i podróżnikiem. W wieku czterdziestu lat porzucił wszystko i przeniósł się na Grenlandię, gdzie założył Casa Rossa, ekologiczny ośrodek turystyczny, w którym zatrudnia Inuitów znajdujących się w trudnym położeniu.

wtorek, 4 czerwca 2019

Raport ONZ wskazuje na doniosłą rolę ludów rdzennych w ocaleniu świata

Nowy raport ONZ, który ukazał się w maju 2019 r. będący efektem trzyletniej pracy 145 naukowców z 50 krajów roztoczył złowrogie widmo o stanie biosfery naszej planety. Od ostatnich 50 lat, kiedy populacja ludzka się podwoiła, a globalny rozwój gospodarczy wręcz eksplodował pociągając za sobą ogromny popyt na żywność, paliwo, drewno i inne surowce naturalne, wpływ ludzkości na zasoby i globalny ekosystem osiągnął tak potężny rozmiar, że dalsze istnienie ponad miliona gatunków zwierząt, roślin i grzybów stanęło pod znakiem zapytania. Skażenie środowiska, utrata siedlisk, przełowienie oraz postępujące globalne ocieplenie zaczęły mocno przyspieszać zagrażając nie tylko dzikiej przyrodzie, ale też biologicznym podstawom egzystencji ludzi grożąc falami uchodźców ekologicznych z miejsc, które przestały nadawać się do życia wskutek powodzi, pustynnienia, czy też zalania przez podnoszące się morze.

 
Carlos Sandi, prezydent rdzennych społeczności z dorzecza Corrientes protestuje przeciwko zanieczyszczeniom peruwiańskiej Amazonii, 2017. (Reuters / Guadalupe Pardo)

Jednak obok tak pesymistycznego obrazu uczeni pozostawili światełko nadziei. Wiele z tych negatywnych zjawisk można jeszcze powstrzymać, choć czasu mamy niewiele. Autorzy raportu wskazują na rozwiązania, które można odnaleźć w tradycyjnej wiedzy i mądrości ludów tubylczych. Mówią wprost, że tradycyjna wiedza, innowacje, praktyki, instytucje i wartości tych społeczności przyczyniają się do ochrony przyrody. W rzeczy samej rdzenna ludność ma potencjał, aby wnieść wielki wkład dla wysiłków na rzecz zrównoważonego rozwoju, jeśli tylko dostarczyć jej prawnych i politycznych narzędzi do spokojnego korzystania i zarządzania ziemiami, które tak dobrze zna i rozumie.

„Dowody zachodniej nauki mówią teraz to, co nasi rdzenni mieszkańcy przekazywali od dawna: życie, jakie znamy, jest w niebezpieczeństwie. Ludy tubylcze od dawna wskazują na drogę wiodącą do ochrony naszych zasobów naturalnych.”
- „Nasza dalsza rodzina obejmuje Matkę Ziemię, Ojca Niebo, naszych braci i siostry, zwierzęta, ptaki, ryby i rośliny”. „Utrata gatunków wpływa negatywnie na nasze przetrwanie, zarówno kulturowe, jak i i duchowe”. - Powiedział Tom Goldtooth, dyrektor wykonawczy indiańskiej organizacji ekologicznej Indigenous Environmental Network (IEN).

Nie jest przypadkiem, że 5 procent ludności świata, która stanowi społeczności rdzenne, zamieszkując 20% powierzchni lądów, odpowiada za zachowanie 80 procent różnorodności biologicznej na Ziemi. Podsumowanie raportu mówi to samo. W całym dokumencie są odniesienia do znaczenia rdzennych „paradygmatów, celów i wartości” oraz przykładów „szerokich i zróżnicowanych praktyk”, które pomagają pielęgnować różnorodność biologiczną. Autorzy piszą, że nie da się zaprzeczyć, iż niszczące trendy wymierania, tak widoczne na całej planecie, „były znacznie mniej dotkliwe lub nawet udawało się ich uniknąć na obszarach utrzymywanych lub zarządzanych przez ludy tubylcze i społeczności lokalne”.

Jakkolwiek obszary naturalne zarządzane przez ludy tubylcze i społeczności lokalne znajdują się pod rosnącą presją przemysłu wydobywczego, drzewnego, rolno-spożywczego oraz spółek hydroenergetycznych stawiających zapory wodne na rzekach niszcząc tym samym ich ekosystemy, to i tak różnorodność biologiczna na tych terenach spada wolniej w porównaniu z obszarami znajdującymi się poza terytoriami społeczności rdzennych.

To właśnie tubylcy i rdzenni aktywiści bardzo często znajdują się na pierwszej linii oporu wobec szkodliwych dla środowiska programów rozwojowych i wydobywczych, zarówno w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, jak i na całym świecie. Spotykają się też z powszechnymi represjami, szczególnie w krajach Ameryki Łacińskiej i południowo-wschodniej Azji.
W zeszłym roku Global Witness doniosło, że w samym tylko 2017 r. co najmniej 207 działaczy na rzecz ziemi i środowiska zostało zamordowanych za obronę swoich lasów, wód, dzikiej przyrody i domów przed niszczycielskim przemysłem, a prawie połowa z nich była tubylcami.

Chociaż wysiłki na rzecz wspierania suwerenności ludów rdzennych powinny być częścią programu ochrony ekosystemów odpowiedzialnych za podtrzymywanie życia na planecie, to na ten moment w wielu miejscach rządy państw mogą nie być na tyle jeszcze gotowe politycznie, aby przekazać władzę lokalnym społecznościom. Nie mniej jednak czas nagli. Tak więc, jak sugeruje raport, walcząc o suwerenność narodów rdzennych w bliższej lub dalszej przyszłości możemy już teraz powracać do brania na poważnie tubylczego światopoglądu, jeśli chodzi zrównoważone życie.

Sugerowany w raporcie tzw. inny sposób życia na ziemi nie ma nic wspólnego z większym poleganiem na nauce czy technologii, ale na zrozumieniu naszego miejsca w świecie. Bez względu na to, jaką możemy mieć różnorodność religii, kultur i przekonań, choć taka różnorodność jest potrzebna, to niezbędny jest podstawowy światopogląd obecny u wielu ludów tubylczych, który widzi nasze wzajemne powiązania z Naturą. Szanując prawa rdzennych mieszkańców i wspierając ich suwerenność, wszyscy możemy zacząć uczyć się na nowo włączać taki światopogląd do naszych jakże odmiennych perspektyw. Musimy jedynie wprowadzić refleksję światopoglądową do naszych domów i szkół, a ostatecznie do naszych rządów i szerszego społeczeństwa, wykorzystując dostępną literaturę, która porównuje i wskazuje na różnice obecne w dominującym i rdzennych światopoglądach.

Jak powiedział Audrey Azoulay, dyrektor generalny UNESCO, w oświadczeniu dotyczącym raportu, sprawozdanie ONZ przypomina każdemu z nas o oczywistej prawdzie: obecne pokolenia mają obowiązek przekazać przyszłym pokoleniom planetę, która nie zostanie zniszczona w sposób nieodwracalny przez działalność człowieka. Nasza lokalna, rdzenna i naukowa wiedza udowadniają, że mamy w posiadaniu rozwiązania, a więc nie ma wymówek, musimy żyć na ziemi inaczej.

Dla przykładu historia sukcesu kolumbijskich Indian Misak dodatkowo dowodzi mądrości raportu ONZ w odniesieniu do przemian, które są zgodne z rdzenną wiedzą i światopoglądem.
W kwietniu 2019 roku nauczyciel z ludu Misak Gerardo Tununbalá, współzałożyciel Uniwersytetu Misak w Kolumbii, przedstawił grupie studentów Nawaho – Indian ze Stanów Zjednoczonych starających się o uzyskanie stopnia doktora na Fielding Graduate University, drogę do uzdrowienia własnej kultury. Studenci Nawaho chcą wykorzystać swój tytuł naukowy do poruszania się po obu światach w sposób, który może pomóc utrzymać i pielęgnować ich zagrożony tradycyjny styl życia i język.
W przypadku Misaków po utracie tradycyjnej wiedzy i języka 11 000 członków tego narodu na początku lat 80-tych zaczęło „dekolonizować” swój system edukacyjny. Dziś większość z nich mówi we własnym języku ojczystym i praktykuje swój tradycyjny sposób bycia. Ludzie ci są nie tylko szczęśliwsi i zdrowsi, ale także ich lokalna gospodarka rolna i ekosystemy zostały znacznie ulepszone.

Przyjęcie rdzennego paradygmatu oczywiście nie oznacza konieczności opanowywania języków plemion, które zamieszkiwały dane miejsce oraz ich pełnej wiedzy na jego temat, gdyż nawet może to nie być możliwe. Nie mniej jednak wiąże się ono z czynieniem wszystkiego, co w naszej mocy, aby powstrzymać ludobójstwo i etnobójstwo rdzennych społeczności oraz ze wspieraniem ich suwerenności, a także z przywracaniem tego specyficznego i uniwersalnego światopoglądu charakterystycznego dla tych ludów, a który towarzyszył nam przez większą część historii ludzkości. Możemy nauczyć się żyć z wystarczającą, a nie nadmierną ilością nowoczesnych udogodnień technicznych i strukturalnych, tworząc jednocześnie systemy egalitaryzmu i zrównoważonego życia oparte zarówno na zachodniej, jak i rdzennej nauce.
Razem z nową intencją, duchową świadomością, uczeniem się opartym na transie (co nie musi wcale wiązać się z przyjmowaniem substancji zmieniających świadomość stosowanych w niektórych kulturach, ale np. z uzyskiwaniem wglądów dzięki głębokiej relaksacji i medytacji, które są znane zarówno w kulturach rdzennych jak i starych systemach religijno-filozoficznych), wsparciem wspólnoty i odważnym poszukiwaniem prawdy możemy tego dokonać, zanim będzie za późno.

Zainspirowani istotnym przesłaniem ukrytym w tak otrzeźwiającym raporcie ONZ, że odmienny, zrównoważony sposób życia na naszej planecie zawiera w sobie nowe partnerstwo z pierwotnym światopoglądem tubylczym oraz z tymi, którzy wciąż go w pełni rozumieją, możemy mieć nadzieję dla przyszłych pokoleń. Oczywiście, troska o przyszłe pokolenia może zależeć od tego, które wskazania światopoglądowe wybierzemy.


Opracowanie: Tomasz Nakonieczny

Źródła:

UN Report Says Indigenous Sovereignty Could Save the Planet

The Media Have Missed a Crucial Message of the UN’s Biodiversity Report

  

Zobacz też: 

Osiem faktów dowodzących skuteczności ochrony przyrody przez ludy plemienne

Chomski: Ludy rdzenne z całego świata jedyną nadzieją dla przetrwania ludzkości

Starożytna mądrość dla uzdrowienia Ziemi


czwartek, 9 maja 2019

Starożytna mądrość dla uzdrowienia Ziemi

W jaki sposób ludzkość może odnaleźć równowagę z naturą, równowagę prowadzącą do uzdrowienia Ziemi?
Niniejszy artykuł inspirowany jest webinarem poprowadzonym przez znanego na Zachodzie tybetańskiego nauczyciela starej tybetańskiej tradycji duchowej Bon - Tenzina Wangyala Rinpoche.
W rozmowie wzięli udział Lorenzo Ccapa i Zenobia Cruz z Peru reprezentujący tradycje żyjącego wysoko w Andach ludu Quero, bezpośrednich spadkobierców Inków, Mindahi Crescencio Bastida Muñoz z Meksyku z ludu Otomi-Toltek oraz Colin Campbell z Afryki, z pochodzenia Szkot, który wychował się wśród tradycyjnych społeczności w Bostwanie.

Według Tenzina Rinpoche w starożytnej tradycji tybetańskiej Bon, w której był wychowany, bardzo ważną rolę odgrywało utrzymywanie równowagi pomiędzy potrzebami ludzi i przyrody. Według tej tradycji zewnętrzny świat przyrody oraz wewnętrzny świat człowieka, w tym jego organizm zbudowany jest z pięciu elementów – ziemi, wody, ognia, powietrza i przestrzeni. Świat zewnętrzny, jak i sam człowiek funkcjonują dzięki wzajemnej relacji pomiędzy tymi pięcioma elementami. W tradycji tybetańskiej istnieje bardzo wiele nauk o uzdrawianiu, które dążą do odnajdowania nierównowagi tych elementów leżącej u podstaw choroby, aby móc ją uzdrowić poprzez przywrócenie równowagi tychże pięciu elementów.

Colin Campbell wychował się w wiosce w Bostwanie pośród ludzi utrzymujących silny związek z dziką przyrodą. Wiele tamtejszych zakątków postrzeganych jest przez miejscową ludność jako święte miejsca należące do natury, a góry i rzeki mają swoją symbolikę i osobowość.
Według mądrości tradycyjnych kultur tej części Afryki zdrowie nie jest jedynie stanem fizycznym związanym jedynie z funkcjonowaniem ciała, ale utrzymywaniem relacji pomiędzy poszczególnymi częściami i narządami ciała. W zachodnim myśleniu próbujemy separować rzeczy od siebie, np. umysł od ciała, ciało od natury. Tymczasem zdrowie to przede wszystkim utrzymywanie relacji ze społecznością i z naturą. Bardzo ważne jest utrzymywanie tych relacji. Taki rodzaj interkomunikacji powinien istnieć na różnych poziomach. Tradycyjny afrykański uzdrowiciel zajmował się nie tylko leczeniem ciała i umysłu, ale uzdrawianiem relacji wszystkich komponentów – człowieka wobec społecznosci i wobec natury. Choroba ciała jednostki była przez niego rozumiana w kontekście całości – relacji człowieka ze wspólnotą i wspólnoty z naturą.
Campbell zwrócił też uwagę na to, że relacja przepływa i porusza się, jest więc żywa.
Globalizacja zaburzając relację między ludźmi, a dziką przyrodą uderzyła bardzo mocno w dziką przyrodę Afryki Południowej. Zwrócił też uwagę, że zdrowie kultury (plemienia, narodu) przenosi się na zdrowie środowiska naturalnego. Utrata różnorodności, czy to biologicznej, czy to kulturowej rozumianej jako bogactwo języków, tradycyjnych obrzędów i mądrości, a także różnorodności źródeł pożywienia, wiąże się z utratą odporności zarówno środowiska przyrodniczego, jak i społeczności, czy też samego organizmu człowieka, ponieważ wszystkie elementy natury, w tym człowiek i budowane przez niego wspólnoty, tworzą jedną odporną całość. Wraz ze zniszczeniem środowiska przyrodniczego lokalne kultury z ich bogactwem również ulegają zniszczeniu.
Zatem poszukując sposobów uzdrawiania (ludzi i przyrody), należy najpierw zwrócić uwagę na wzajemne relacje, czy one nie wymagają uzdrowienia. 
 


Kobiety z Bostwany (Źródło: http://www.botswana.co.za/Cultural_Issues-travel/cultural-people-botswana.html)












Lorenzo Ccapa i Zenobia Cruz z Peru są uzdrowicielami ludzi i zwierząt. W swojej pracy komunikują się z duchami gór i ziemi. Lud Quero, który reprezentują, przed 500 laty umknął wysoko w góry, aby uniknąć prześladowań ze strony Hiszpanów. Tam otrzymali opiekę od duchów gór. Dla Quero, podobnie, jak dla wspomnianych wyżej ludów Południowej Afryki góry i rzeki mają swoją osobowość. Lorenzo i Zenobia starają się podtrzymywać harmonię w swojej wspólnocie utrzymując dobre relacje z duchami gór i ziemi ofiarując im swoje modlitwy i podarki. W ten sposób utrzymują jakże ważną dla tego ludu wzajemność z Ziemią. Lorenzo mówił, że gdyby zabrakło tej wzajemności, to ludzie by umarli. Obecnie wysoko w Andach na skutek zmian klimatycznych i spowodowanego nimi topnienia lodowców zaczyna brakować wody. Dla Lorenzo i Zenobii to znak, że należy pracować z jeszcze głębszym połączeniem z Ziemią.
Czyż zmiany klimatyczne spowodowane niszczeniem lasów, bagien i spalaniem paliw kopalnych oraz intensywnym rolnictwem nie są fizycznym objawem kolektywnego oddalenia całej ludzkości od duchowych więzi z Naturą?

Lorenzo Ccapa (Źródło: https://www.ushai.it/assets/img/newsletter-201602/newsletter-marzo.html)


Mindahi Crescencio Bastida ze starego indiańskiego ludu Otomi-Toltek z Meksyku zwrócił uwagę, że liczne w Meksyku wulkany mają w sobie potężną energię.
Nawiązując do starożytnych nauk starych ludów środkowego Meksyku – Olmeków, Chichimeków oraz Otomi-Tolteków Mindahi wskazał, że od początku wszystko było ze sobą połączone. W tych kulturach czczone są święte żywioły (ogień, ziemia, powietrze i woda), które są traktowane jako źródła, a nie jako surowce (ang. sources not resources). Matka Ziemia jako jednostka posiada w sobie żeńskie i męskie jakości.
Lud Otomi-Toltek, podobnie jak Majowie i Aztekowie posiadają swój specjalny kalendarz oparty na 20 dniach symbolizujących 20 typów osobowości (archetypów) przeplecionych 13 poziomami świadomości. Bardzo ważną rolę w tej kulturze odgrywa kukurydza. Czci on Matkę Ziemię i ciała niebieskie, ponieważ wg Otomi-Toletek zależymy zarówno od Ziemi, jak i od Kosmosu. Oceany i woda są spokrewnione z Księżycem. Ojciec Słońce pozwala wzrastać licznym roślinom dookoła dającym pożywienie zwierzętom. To wszystko to krewni ludzi – nasza rodzina.
Dla tego ludu ważnym warunkiem dobrego życia jest życie w relacji z Matką Ziemią i ciałami niebieskimi. Według Mindahi kryzys cywilizacji wynika z oddalenia się ludzi od pierwotnych nauk zalecających troskę o życie.


Tula - starożytny ośrodek Tolteków (Źródło: http://www.wikiwand.com/en/Toltec_Empire)

Rady dla nas wszystkich, jak uzdrowić Ziemię

Colin wskazuje na budowanie relacji z naturą. W wielkim mieście np. mogą pomóc nam w tym pewne reprezentacje przyrody, jak drzewa, albo staw, gdzie możemy przychodzić i praktykować obecność. Wbrew pozorom jest to bardzo silna praktyka.

Mindahi zachęca do wzbudzenia w sobie wdzięczności Słońcu. Mówi o modlitwie łączności ze słońcem trzy razy dziennie – o wschodzie, w południe i o zachodzie. Mówi też o kultywowaniu związków z Matką Ziemią i ciałami niebieskimi.

Lorenzo Ccapa powiedział o znaczeniu tzw. obszaru serca w jego tradycji i o tym, jak ważne jest łączenie serca z różnymi elementami natury – zwierzętami, z roślinami.

Podsumowując to spotkanie Tenzin Wangyal Rinpoche wyraził je słowem „Więź” - więź z samym sobą, z rodziną, z sąsiadami, z naturą, z całością. Zerwane więzi objawiają się globalnym ociepleniem, nowymi chorobami, niedoborem wody. Zatem więź z naturą jest kluczem do uzdrowienia Ziemi. Więź jest tym samym źródłem (nie surowcem) naszego własnego uzdrowienia.
Pomóc w tym może chociażby pobyt w przyrodzie z zachowaniem ciszy przez min 5 minut.

Na koniec warto przytoczyć słowa Mindahi z Meksyku, który wypowiedział je pod koniec spotkania:
Powodem, dla którego jesteśmy ludźmi, dla którego istniejemy na świecie jest troska o życie.”

Opracowanie: Tomasz Nakonieczny

Link do webinaru:


czwartek, 7 marca 2019

Języki rdzennych ludów kuturowym skarbem ludzkości

Języki są podstawowym elementem praw człowieka i podstawowych wolności. Odgrywają kluczową rolę w codziennym życiu ludzi na całym świecie, pozwalając im zachować ich historię, obyczaje i tradycje, pamięć, unikalne sposoby myślenia, znaczenia i ekspresji, a także budować swoją przyszłość. Niezwykła różnorodność językowa na świecie zasadniczo przyczynia się do dialogu międzykulturowego i różnorodności kulturowej, ponieważ każdy język jest głęboko nasycony kulturą ludzi, którzy nimi się posługują.
Języki ponadto zawierają głęboką kulturową wiedzę i wglądy. Zatem utrata tych języków może mieć zubażający wpływ dla naszego zrozumienia świata.
Pomimo ogromnej wartości języki na całym świecie zanikają w alarmującym tempie. Większość z ginących języków używana jest przez rdzenne grupy etniczne. 

Zagrożony skarb 
 
Przyczyny zagrożenia języków różnią się w zależności od społeczności i lokalizacji. Ludność tubylcza, która mówi w większości z 7 000 używanych na świecie języków, boryka się z wyzwaniami, które należy powiązać z migracją, brakiem dostępu do edukacji, analfabetyzmem, asymilacją, wymuszonymi przesiedleniami na skutek grabieży ziem pod plantacje, kopalnie, kurorty, zbiorniki zaporowe, i innego rodzaju dyskryminacją, a ponadto z narastającymi konfliktami międzypokoleniowymi podsycanymi przez rosnący dostęp tubylczej młodzieży do internetu i smartfonów. Na Alasce 20 spośród używanych przez tubylców języków może zniknąć do końca wieku, jeśli władze stanowe nie podejmą żadnych kroków.

Dlatego Organizacja Narodów Zjednoczonych ogłosiła rok 2019 Rokiem Języków Rdzennych, aby podnieść świadomość języków rdzennych jako "złożonych systemów wiedzy" i zachęcać państwa narodowe do działań na rzecz ich rewitalizacji. Byłoby to z wielką korzyścią nie tylko dla osób posługujących się nimi, ale także dla całej ludzkości, ponieważ wszyscy korzystamy z dobrodziejstwa różnorodności kulturowej na Ziemi. 




W językach zakodowana jest głęboka mądrość dotycząca przyrody, duchowości, psychologii i relacji międzyludzkich. W szczególności w językach rdzennych jest ukrytych wiele informacji dotyczących ekosystemów, sposobów ochrony przyrody, a także na temat życia roślin, zachowania zwierząt i wielu innych cech świata natury.
Na przykład w hawajskich tradycjach i systemach wierzeń ślimaki zostały powiązane z "królestwem bogów". Hawajscy członkowie rodziny królewskiej szanowali je, co chroniło je przed nadmiernym pozyskiwaniem.
W języku lapońskich Saamów oraz u Inuitów istnieje kilkadziesiąt nazw na różnego rodzaju śnieg i lód, a w języku żyjących w Andach Indian Qechua jest używanych bardzo wiele określeń na opisanie światła.
Istnieje też anegdota, że kiedy Albert Einstein podczas swojej podróży na Amerykański Zachód zetknął się z badaniami lingwistów zajmujących się językami żyjących tam Indian Hopi i innych tamtejszych plemion, miał stwierdzić, że do opisania jego Teorii Względności najlepiej nadają się właśnie języki jutoazteckie, którymi posługują się m.in. Hopi, Paiute, Ute, Huichol i potomkowie Azteków w Meksyku. W językach tych bowiem zupełnie inaczej, niż we współczesnych językach europejskich, wyraża się percepcję czasu, który u Indian nie jest liniowy.


 
Tracy Arm Fjord, Alaska. Fot. Ian D. Keating / flickr


"Narzędzie dla lekarzy"

Słowa w językach rdzennych ludów zawierają głębokie kulturowe znaczenia, które gubione są podczas tłumaczenia na inne języki. Zrozumienie tych subtelnych różnic ukrytych w języku często pozwala zmienić perspektywę patrzenia na to, jak rdzenni ludzie myślą o świecie przyrody.
Na przykład angielskie słowo „herb” (zioło) używane dla wielu okazów roślin w muzeach ma zupełnie inne znaczenie w języku Indian z plemienia Czarnych Stóp. W języku angielskim słowo „herb” (zioło) może mieć wiele znaczeń, w tym przyprawa do żywności. Najbliższym angielskiemu słowu na zioło u Czarnych Stóp jest "aapíínima'tsis". Starsi wyjaśnili, że to słowo oznacza "narzędzie używane przez lekarzy".

Ochrona zanikających języków

Wiele rdzennych społeczności w Stanach Zjednoczonych pracuje obecnie, aby ocalić te kulturowe znaczenia i ożywić ich języki.

W stanie Wisconsin, szkoła językowa Indian Ojibwa o nazwie "Waadookodaading" przetłumaczona dosłownie jako "miejsce, w którym ludzie sobie pomagają", zanurza swoich uczniów w wiedzy o środowisku naturalnym osadzonej w ich języku.

Indianie Ojibwa wierzą, że ich język jest językiem działania. Najlepszym sposobem nauki dla dzieci jest aktywność i obserwowanie naturalnego świata. Dla przykładu każdej wiosny uczniowie udają się do lasu, aby zebrać sok z klonu, który przetwarza się na syrop klonowy i cukier. Uczniowie zapoznają się też z lokalną wiedzą o roślinach, ich siedliskach i zastosowaniach.

Utrata języka jest czymś tak krańcowym, jak wyginięcie gatunku rośliny lub zwierzęcia. Gdy język znika, tradycyjna wiedza, którą przenosi, zostaje usunięta ze społeczeństwa.
Obecnie trwają wysiłki na całym świecie, aby przypomnieć ludziom o tej rzeczywistości.


Na koniec przytoczmy słowa pewnego brazylijskiego Indianina z plemienia Kuikuro z Mato Grosso, które zmaga się presją ze strony rozrastających się plantacji i pastwisk pochłaniających lasy na tubylczych terytoriach:

Kiedy tracimy nasz język, nie mamy już żadnej wartości, nie mamy już żadnej tożsamości. Język jest tożsamością rdzennej ludności.”





My Polacy i Słowianie w ogólności jesteśmy rdzenną ludnością Środkowej i Wschodniej Europy.
Nasze języki wywodzą się od starożytnych ludów zwanych Ariami (lub wg. niektórych źródeł Wedrusami).
Pomyślmy więc o naszym pięknym polskim języku, którego melodia przypomina grę świerszczy i koników polnych na rozgrzanej słońcem leśnej polanie lub skraju lasu.
W naszym języku ukrytych jest tak wiele znaczeń. Szanujmy więc go i bądźmy z niego dumni, bo to jest nasz depozyt który służy nie tylko nam, ale stanowi wkład do kulturowej skarbnicy ludzkości.

Opracowanie: Tomasz Nakonieczny

Materiały źródłowe:

How the Loss of Native American Languages Affects Our Understanding of the Natural World

Indigenus Languages

Call for Research Papers within the context of the 2019 International Year of Indigenous Languages

Brazil project aims to save endangered indigenous languages