wtorek, 26 maja 2026

Żywność jako lek, czyli jak Ziemia może uzdrawiać. Rzecz o "dekolonizacji" żywności

 "Życie rodzinne musiało być inne w czasach gdy rodzina od sześciu pokoleń żywiła się tym co urodziło się obrębie tych kilku mil wokół wsi. I być może właśnie dlatego widzieli oni nimfy w fontannach i driady w lasach – nie były to zwidy, gdyż istnieją w pewnym sensie prawdziwe (a nie metaforyczne) powiązania między nimi a okolicą. To, co było ziemią, powietrzem, zebranym zbożem a później również chlebem, było w istocie w nich samych. Oczywiście my, którzy żyjemy na zestandaryzowanej, międzynarodowej diecie, jesteśmy sztucznymi istotami pozbawionymi połączenia (zachowanego w sentymencie) z jakimkolwiek fragmentem ziemi. Jesteśmy sztucznymi ludźmi, wykorzenionymi. Siła wzgórz nie należy do nas.
To co było większe, mniejszym się teraz staje, a świat cały matowieje czy spłyca się. Przeobraża się cały w jedno przeklęte, małe, prowincjonalne przedmieście.
Kiedy już amerykańska higiena, dziarskość, feminizm i produkcja masowa rozprzestrzeni się na cały Bliski Wschód, Daleki Wschód, Środkowy Wschód, ZSRR, Pampę, Gran Chaco, Nizinę Dunajską, Afrykę Równikową, Bliższy, Dalszy i Średni Mumboland, Gondwanę, Lhasę i najbardziej zapadłe wiochy Berkshire, jacyż wtedy będziemy szczęśliwi! W każdym razie powinno to położyć kres podróżom. Nie będzie dokąd pojechać. Płk. Knox powiada, że jedna ósma ludzkości mówi po „angielsku” i że jest to największa grupa językowa. Zgroza! jeśli to prawda ja na to. Niechby, jak przy wieży Babel, pokarało ich wszystkich pomieszaniem języków, aż by umieli powiedzieć tylko „ple, ple”. Byłoby to to samo. Zdaje się, że będę musiał mówić tylko po staromercjańsku. Ale poważnie: znajduję ten amerykanokosmopolityzm nader okropnym. Tak w umyśle jak w duszy."
J.R.R. Tolkien


Andrea Landry jest Indianką z kanadyjskiego plemienia Anishinaabe. Gdy urodziła się jej córka, postanowiła karmić ją piersią i dać jej możliwie tradycyjne wychowanie zgodne z wartościami jej plemienia i plemienia jej partnera. Niestety dziecko zachorowało na egzemę. Nie znała przyczyny. Myślała, że zrobiła wszystko, co trzeba. Niestety nie pomagało. Ale do tematu walki o zdrowie córki Andrea'y zaraz wrócimy. To temat ważny również z punktu widzenia nas, Słowian i Polaków - rdzennych ludzi znad Wisły, Odry i Warty. Niesie bowiem naukę dla nas, inspirację i nadzieję. Przypomina nam o naszych związkach z naszą ziemią i je płodami oraz o zależności naszego zdrowia od związków z Ziemią i zdrowiem środowiska. Tylko zdrowia ziemia rodzi zdrowe płody.


Jak pisze Andrea: "Ziemia opiekowała się naszymi ciałami od momentu, gdy pojawiliśmy się w łonach naszych matek. Ziemia nadal opiekowała się naszymi ciałami, gdy tylko opuściliśmy ten świat, a nasze ciała zostały ukołysane w łonie Ziemi.
To właśnie w tym czasie karmiliśmy siebie, nasze dzieci i starsze pokolenia, przekazując im wiedzę z pokolenia na pokolenie, opartą na naszej miłości do Ziemi i na miłości Ziemi do nas jako rdzennych mieszkańców."

Kanadyjska preria. (Fot. Mykola Swarnyk. Wikimedia coomons)

Niestety przyszedł kolonializm europejski, który wszystko zmienił. Przyniósł bowiem Indianom wymuszoną, inwazyjną zmianę w sposobie dbania o ich ciała oraz zmianę w ich naturalnej relacji z pożywieniem pochodzącym z ziemi. To, jak i co jedli, uległo drastycznej zmianie.
Cree mieszkają na terenach objętych Traktatem 6; na preriach. A konkretnie w plemieniu Poundmaker Cree. To ojczyzna jej partnera i jego systemu pokrewieństwa. To ojczyzna także ich córki. Ludzie, którzy tu żyli, prosperowali i przetrwali na tych ziemiach i nadal to robią, w dużej mierze polegali na bizonach i dzikiej zwierzynie jako źródle pożywienia.
Jednak wraz z kolonizacją nastąpiło ekobójstwo na bizonach, jako sposób na popełnienie pośredniego ludobójstwa na rdzennej ludności tych ziem. Doprowadziło to do głodu, niedożywienia, problemów zdrowotnych i katastrofalnej niesprawiedliwości społecznej, która nadal występuje. Doprowadziło to w końcu to do walki i chaosu. Ostatecznie jednak prowadzi to do oporu rdzennej ludności prerii, wzrostu odporności i przetrwania, które są widoczne do dziś.



Wraz z masowym ubojem bizonów, przymusowymi przesiedleniami, systemem przepustek i taktyką kolonializmu osadniczego, pojawił się głód jako narzędzie władzy i kontroli ze strony kolonizatora. Żywność została odcięta, a kobiety często były zmuszane do wykorzystywania swoich ciał, aby otrzymać racje żywnościowe od kolonizatora.

Tak więc Indianie zostali z żywnością kolonialną, która na dodatek sama w sobie odcinała ich od Ziemi i zaczęła niszczyć ich zdrowie. Pojawiły się mąka, cukier i problematyczne źródła pożywienia, które radykalnie zmieniły to, co jedli jako ludność rdzenna. Kolonialna żywność zmieniła także stosunek Indian do jedzenia. Ponieważ wielu z nich głodowało, nie było innego wyjścia, jak jeść żywność przywiezioną przez kolonizatora, często zepsutą. Ta zmiana doprowadziła ich do stanu, w jakim są obecnie.


Wiele z ich doświadczeń i nauk dotyczących suwerenności żywnościowej i tradycyjnych diet, opartych o lokalne środowisko, drastycznie podupadło. Duża zależność od cukru i mąki zaczyna przeważać nad zależnością od dziczyzny i tradycyjnych diet, które niegdyś były nieodłącznie związane z ich systemami pokrewieństwa, społecznościami i plemionami.

Pojawiły się cukrzyca, choroby serca, problemy z tarczycą i schorzenia skóry.


Obserwuje się jednak również początki pewnego odrodzenia. To odrodzenie wiedzy o tym, jak dbać o ciało poprzez pożywienie i praktyki oparte na relacji z ziemią. To odrodzenie międzypokoleniowej wiedzy, która istnieje w rdzennych ludziach - wiedzy od tych, którzy żyli przed nimi. To odrodzenie ich pierwotnych źródeł pożywienia. To nigdy nie zniknęło. Każda społeczność ma trapera, myśliwego, rybaka, poławiacza ryb, kogoś, kto zna nauki, wartości i cnoty dotyczące tego, jak dbać o Ziemię, troszczyć się o nią i kochać ją.


Nasz naród także boryka się kolonializmem, choć może nie w tak radykalnej i otwartej formie, jak Indianie, czy Aborygeni. Jeszcze jedno pokolenie temu większość naszej żywności pochodziła od lokalnych rolników, często krewnych, a także z własnych ogródków nawet w miastach. Krowy pasły się licznie na łąkach utrzymując zróżnicowane bogate przyrodniczo ekosystemy trawiaste. Krowy nierzadko poiło się je w rzekach. Sianokosy i żniwa angażowały znaczną ilość Polaków i włączone były w tradycyjną obrzędowość, która przybliżała ludzi do ziemi i naturalnych cykli na poziomie kultury i ducha, nieświadomie łącząc ich ze słowiańskimi przodkami, od których wiele z tej obrzędowości przeszło w obręb Kościoła.

Teraz rolnictwo staje się co raz bardziej nowoczesne, schemizowane, szkodliwe dla środowiska i dla konsumentów. Krowy zostały zamknięte w oborach. Pojawiają się bardzo niebezpieczne dla środowiska przemysłowe hodowle drobiu i świń karmionych paszą na bazie soi sprowadzanej z Ameryki Południowej z wyciętych tam lasów i zaoranej pampy. Na rynku pojawia się także zboże z Ukrainy i innych państw, pełne pozostałości po chemicznych środkach ochrony, nierzadko zakazanych na terenie Unii Europejskiej. Do tego umowy typu MERCOSUR i polityka unijna doprowadzają do upadku wielu gospodarstw. Już nawet żywność jest co raz liczniej importowana. Warzywa z Hiszpanii i Holandii. Borówki z Argentyny. Na półkach sklepów co raz więcej co raz mocniej przetworzonej żywności. Rodzinne ogródki działkowe zarastają i są pochłaniane przez zabudowę. Deweloperka nie oszczędza także podmiejskich terenów rolniczych, które do nie dawna służyły pod uprawy zbóż, warzyw i wypas krów. Degraduje się przyroda, degraduje się żywność, degraduje się też człowiek, który zmuszony jest ją spożywać i żyć w pogłębiającym się oderwaniu od ziemi.


Słowo żywność zawiera rdzeń "żyw" który wspólny jest dla takich słów, jak odżywiać, żywić, staropolskiego słowa żywot, czyli brzuch, dokąd żywność trafia, czy też Żywia - słowiańska bogini ogrodów i wiosny. Być może "żywia" to też siła życiowa, jak prana w naukach Indii, czy qi w naukach Chin, której żyw-ność jest nośnikiem - od Ziemi i Słońca do naszych żywotów-brzuchów, skąd po strawieniu roznoszona jest po ciele przez krew od-żywia-jącą wszystkie komórki.

Tym czasem to, co zalega na półkach marketów to raczej mar-ność, coś co niesie śmierć, co morzy, a nie żywi. Nie przypadkiem słowiańska bogini Mara patronowała śmierci. Tak więc stajemy się po jedzeniu (bo na pewno już nie spożywaniu) marności jakby na wpół martwi, nie tylko cieleśnie, ale i na duszy. Ileż to u nas depresji. Nauka wskazuje także na złe jedzenie jako jeden z wielu skutków tej choroby duszy. Dusza bowiem z ciałem ściśle jest powiązana, ciało zaś z Ziemią, która naszym zbiorowym kolektywnym zewnętrznym jest "ciałem".

Na lubelskiej wsi (Fot. Tomasz Nakonieczny)


Teraz powróćmy do przypadku córki Andrea. Iver-Jaxsen Tootoosis, bo tak ma na imię, urodziła się w wilgotny letni dzień, 28 czerwca 2016 roku. Ledwo przeżyła poród.

Karmiona piersią przez swoją mamę przybierała na wadze i rozwijała się tak, jak powinna.

Andrea była bardzo wdzięczna za czas spędzony razem z córką. To były momenty niezwykle ważne dla ich wspólnego dobrostanu.

Jednak po trzech miesiącach u córki pojawiły się na skórze bardzo suche plamy. Początkowo były małe i zdawały się jej nie przeszkadzać. Jednak po kilku dniach suche plamy się nasiliły, skóra zaczęła przybierać różowoczerwony kolor, a ona zaczęła się drapać.

Pewnej nocy po kąpieli Andrea namydliła ją balsamem, owinęła w lekki kocyk i położyłam do snu. Tej nocy prawie nie spały. Jej skóra zrobiła się czerwona od stóp do głów. Płakała, płakała i płakała, próbując drapać swędzenie. Matka mogła tylko ją karmić, trzymać na rękach i płakać razem z nią, kojąc balsamami i kremami, które miała. Okrywała jej małe rączki rękawiczkami, trzymała je w dłoniach lub owijała w lekki kocyk, gdy spała.


Następnego dnia trafiły na pediatryczny oddział ratunkowy, dwie godziny drogi od miejsca zamieszkania. Tam powiedziano im:

„To egzema. Dajcie jej ten krem ​​sterydowy i ten krem ​​nawilżający. Do tego jakieś leki na alergię, żeby złagodzić swędzenie”.

Ponieważ Andrea dopiero zaczynała walkę z egzemą, jadła tak jak zwykle: cukier, gluten, nabiał. I tak karmiła córkę piersią.
Kremy działały przez jakiś czas, podobnie jak leki na alergię. Czasami jej wypryski córeczki były silniejsze niż w inne dni, a walka z tym wszystkim była sama w sobie zajęciem na pełen etat. Ciągle się drapała. Kilka tygodni później jej skóra znów się zaogniła, a krem ​​i leki przestały działać.


Andrea stosowała również tradycyjne leki łagodzące swędzenie, które działały przez jakiś czas, a potem przestawały działać po kilku tygodniach.

Po kilku kolejnych tygodniach uczucie bezradności powróciło.

„Idź do naturopaty” – powiedziała jej teściowa.

Szybko się zgodziła i przyprowadzili córkę ją do gabinetu.

„Karmiona piersią?” – zapytała naturopatka zaraz po wejściu do gabinetu. Była Indianką, dużo wiedziała i mówiła szczerze.


Tak” – odpowiedziała Andrea.

„To twoja dieta”.

„Jej skóra, ta egzema, to przez twoją dietę. Musisz przejść na specjalną dietę”.

„Cóż, odżywiam się całkiem zdrowo”. Wstyd zabrzmiał jak projekcja i postawa obronna wobec niej.

„Prawdopodobnie tak. Ale musisz ograniczyć gluten, nabiał, cukier, soję i drożdże”.

„Patrz, szybko się wygoi”.

„Ale dlaczego?” – zapytała.

„To przerost drożdżaków w waszych organizmach. Candida. Zniszcz Candida, a jej skóra się poprawi”.


Przez kilka następnych dni Andrea ograniczyła produkty, które wymieniła terapeutka. Postępowała zgodnie z tabelą, którą jej dała, z tym, co może jeść.

„Dziczyzna, zielenina i warzywa, owoce o niskiej zawartości cukru (na początek maliny, borówki i jabłka), trochę zbóż i kilka rodzajów orzechów”.

Andrea wspomina:
"Pamiętam, że czułam się, jakbym ciągle umierała z głodu. Pamiętam, jak karmiłam córkę piersią i modliłam się, żeby moje mleko stało się lekarstwem, którego potrzebowała."

Minęły dwa dni i jej skóra się oczyściła. Trzeciego dnia była w 100% czysta.

Jej szwagier i jej partner dopiero rok wcześniej poszli na polowanie, dlatego wciąż mieli w zamrażarce mięso bizonów. Mieli też trochę łosi i jeleni, zwierząt znanych z prerii. To właśnie dziczyzna żywiła ich, jako rdzenne narody od pokoleń. Była wdzięczna, że ​​miała do niej dostęp. Przyrządzała dania z dziczyzny, dodając warzywa. Jagody i owsianka były jej ulubionym śniadaniem. Orzechy na przekąskę, ciągle z jagodami. Jej ciało stało się bardziej jędrne. Oczywiście najpierw nastąpiło załamanie, które towarzyszy oczyszczaniu. Grypopodobne dolegliwości były okropne. Ale minęły.

A skóra jej córki pozostała wyleczona.


Postanowili z partnerem ponownie zasadzić ich ogród. Sadząc, córka obserwowała w swoim tikinaganie, jak mama dba o ziemię, lub pomagała jej w drobnych sprawach, na jakie ją było stać. Andrea modliła się, aby jedzenie wspierało ich ciała i dawało im pożywienie, którego potrzebowały. Ogród stał się miejscem wdzięczności i miłości.


Mała Iver-Jaxsen Tootoosis w ogrodzie (Fot. Andrea Landry)

Dzięki dostępowi do dziczyzny i warzyw, które uprawiali w ogrodzie, zależność od żywności kolonialnej stała się minimalna.

Wyzwaniem były wyjazdy na wydarzenia kulturalne, jak np. Pow Wow. Często żywność kolonialna była podstawowym pożywieniem dla rdzennych ludzi. Andrea ciągle gotowała i pakowała dla nich jedzenie, aby mogli jeść rzeczy, które odżywią ich ciała i utrzymają skórę córki w zdrowiu.
Andrea czuła siłę, wiedząc, że robi wszystko, co w jej mocy, aby zapewnić jej córce najlepsze pożywienie, wspierając jej wzrost i rozwój.

Córka dożyła wieku, w którym przyszła jej kolej na jedzenie. Oczywiście nadal była karmiona piersią. Zaczęła jednak jeść warzywa, które rodzice uprawiali w ogrodzie, zmiksowaną dziczyznę i jagody. Uwielbiała to. A jej skóra zachowała zdrowie.


Andrea była głęboko wdzięczna Ziemi za to, że zapewniła im wszystko, czego potrzebowali. To była ciężka praca. Pielęgnacja ogrodu, a kiedy skończyło się im mięso z dziczyzny, wybór zdrowego mięsa w sklepie spożywczym stał się ograniczony, chyba że trzeba było dużo zapłacić.

Jednak nawet gdy skończył się ich zapas w zamrażarce, zawsze otrzymywali gdzieś w prezencie mięso. A kiedy się skończyło, robiła, co mogła i modliła się nad mięsem z supermarketu, kiedy je gotowała.

Z czasem jej córka zainteresowała się innymi produktami spożywczymi, chciała testować małe płatki zbożowe i inne owoce o wyższej zawartości cukru. Rodzice robili co w ich mocy, aby wspierać jej proces eksploracji, i w końcu mogła jeść to, na co miała ochotę. Uważali również na to, co jej dają.

Zimą Andrea zabiera córkę sprawdzać pułapki na króliki. Wie, że służą do zupy. Ma też więź z Ziemią, taką jak większość dzieci rdzennych mieszkańców. Rozumie, co to znaczy jeść żywność, którą uprawiają jej rodzice, i jak dziękować Ziemi za uprawę żywności, którą ona spożywa. Wie, jak modlić się o żywność, zanim zostanie zjedzona, a nawet jak modlić się za Ziemię, zanim po niej pójdą aby zebrać potrzebną żywność.


Sam proces był w pewnym sensie dekolonialny. Nauczył Andrea, jak trudno i jak wielkim wyzwaniem może być zapewnienie bytu rodzinie opartego na Ziemi. Ciężko sobie wyobrazić, jak to było przed kolonizacją, ani kiedy kolonializm jawnie dopuszczał się ludobójstwa na indiańskich narodach. Codziennie Andrea dziękuję tym, którzy szli przed nimi za podtrzymywanie tych tradycyjnych systemów żywnościowych, aby wspierać ich ciała i ciała ich dzieci i niemowląt w miarę ich wzrostu.

To dzięki ich zaangażowaniu w Ziemię i ich zaangażowaniu w nauczanie dzieci o znaczeniu relacji z Ziemią, wielu z ich współczesnych współplemieńców rozumie i stosuje praktyki oparte na Ziemi, które nadal podtrzymują ich systemy pokrewieństwa.

Tradycyjne diety rdzennych mieszkańców nie dotyczą tylko Ziemi, ale także ich systemów pokrewieństwa. Kiedy bowiem polują, zastawiają pułapki, sidła, łowią ryby i zbierają, zawsze pamiętają o rodzinach, które będą karmić pożywieniem, które otrzymują w darze od Ziemi.

Tradycyjne diety zawsze opierają się na pokrewieństwie.
Chodzi również o przypominanie dzieciom i sobie o rdzennych systemach opartych na Ziemi i praktykowanie ich na co dzień. Chodzi o odzyskiwanie pokrewieństwa rozumianego przez rdzennych ludzi, praktykowanego poprzez pielęgnację i gotowanie, posiłki pełne miłości, pocieszenia i oporu, dla dzieci i młodzieży, od teraz i w przyszłości, abyśmy mogli się nadal rozwijać.
Bo, jak mówi Andrea, bez miłości, cierpliwości i darów, które daje Ziemia, jesteśmy niczym.




Tekst przygotowany na podstawie relacji Andrea Landry z plemienia Anishinaabe zatytułowanej How the Land Cured my Daughter’s Egzema



Tomasz Nakonieczny



Zobacz też:

1. Dieta rdzennych ludów na odsiecz w walce z chorobami cywilizacyjnymi