wtorek, 26 maja 2026

Żywność jako lek, czyli jak Ziemia może uzdrawiać. Rzecz o "dekolonizacji" żywności

 "Życie rodzinne musiało być inne w czasach gdy rodzina od sześciu pokoleń żywiła się tym co urodziło się obrębie tych kilku mil wokół wsi. I być może właśnie dlatego widzieli oni nimfy w fontannach i driady w lasach – nie były to zwidy, gdyż istnieją w pewnym sensie prawdziwe (a nie metaforyczne) powiązania między nimi a okolicą. To, co było ziemią, powietrzem, zebranym zbożem a później również chlebem, było w istocie w nich samych. Oczywiście my, którzy żyjemy na zestandaryzowanej, międzynarodowej diecie, jesteśmy sztucznymi istotami pozbawionymi połączenia (zachowanego w sentymencie) z jakimkolwiek fragmentem ziemi. Jesteśmy sztucznymi ludźmi, wykorzenionymi. Siła wzgórz nie należy do nas.
To co było większe, mniejszym się teraz staje, a świat cały matowieje czy spłyca się. Przeobraża się cały w jedno przeklęte, małe, prowincjonalne przedmieście.
Kiedy już amerykańska higiena, dziarskość, feminizm i produkcja masowa rozprzestrzeni się na cały Bliski Wschód, Daleki Wschód, Środkowy Wschód, ZSRR, Pampę, Gran Chaco, Nizinę Dunajską, Afrykę Równikową, Bliższy, Dalszy i Średni Mumboland, Gondwanę, Lhasę i najbardziej zapadłe wiochy Berkshire, jacyż wtedy będziemy szczęśliwi! W każdym razie powinno to położyć kres podróżom. Nie będzie dokąd pojechać. Płk. Knox powiada, że jedna ósma ludzkości mówi po „angielsku” i że jest to największa grupa językowa. Zgroza! jeśli to prawda ja na to. Niechby, jak przy wieży Babel, pokarało ich wszystkich pomieszaniem języków, aż by umieli powiedzieć tylko „ple, ple”. Byłoby to to samo. Zdaje się, że będę musiał mówić tylko po staromercjańsku. Ale poważnie: znajduję ten amerykanokosmopolityzm nader okropnym. Tak w umyśle jak w duszy."
J.R.R. Tolkien


Andrea Landry jest Indianką z kanadyjskiego plemienia Anishinaabe. Gdy urodziła się jej córka, postanowiła karmić ją piersią i dać jej możliwie tradycyjne wychowanie zgodne z wartościami jej plemienia i plemienia jej partnera. Niestety dziecko zachorowało na egzemę. Nie znała przyczyny. Myślała, że zrobiła wszystko, co trzeba. Niestety nie pomagało. Ale do tematu walki o zdrowie córki Andrea'y zaraz wrócimy. To temat ważny również z punktu widzenia nas, Słowian i Polaków - rdzennych ludzi znad Wisły, Odry i Warty. Niesie bowiem naukę dla nas, inspirację i nadzieję. Przypomina nam o naszych związkach z naszą ziemią i je płodami oraz o zależności naszego zdrowia od związków z Ziemią i zdrowiem środowiska. Tylko zdrowia ziemia rodzi zdrowe płody.


Jak pisze Andrea: "Ziemia opiekowała się naszymi ciałami od momentu, gdy pojawiliśmy się w łonach naszych matek. Ziemia nadal opiekowała się naszymi ciałami, gdy tylko opuściliśmy ten świat, a nasze ciała zostały ukołysane w łonie Ziemi.
To właśnie w tym czasie karmiliśmy siebie, nasze dzieci i starsze pokolenia, przekazując im wiedzę z pokolenia na pokolenie, opartą na naszej miłości do Ziemi i na miłości Ziemi do nas jako rdzennych mieszkańców."

Kanadyjska preria. (Fot. Mykola Swarnyk. Wikimedia coomons)

Niestety przyszedł kolonializm europejski, który wszystko zmienił. Przyniósł bowiem Indianom wymuszoną, inwazyjną zmianę w sposobie dbania o ich ciała oraz zmianę w ich naturalnej relacji z pożywieniem pochodzącym z ziemi. To, jak i co jedli, uległo drastycznej zmianie.
Cree mieszkają na terenach objętych Traktatem 6; na preriach. A konkretnie w plemieniu Poundmaker Cree. To ojczyzna jej partnera i jego systemu pokrewieństwa. To ojczyzna także ich córki. Ludzie, którzy tu żyli, prosperowali i przetrwali na tych ziemiach i nadal to robią, w dużej mierze polegali na bizonach i dzikiej zwierzynie jako źródle pożywienia.
Jednak wraz z kolonizacją nastąpiło ekobójstwo na bizonach, jako sposób na popełnienie pośredniego ludobójstwa na rdzennej ludności tych ziem. Doprowadziło to do głodu, niedożywienia, problemów zdrowotnych i katastrofalnej niesprawiedliwości społecznej, która nadal występuje. Doprowadziło to w końcu to do walki i chaosu. Ostatecznie jednak prowadzi to do oporu rdzennej ludności prerii, wzrostu odporności i przetrwania, które są widoczne do dziś.



Wraz z masowym ubojem bizonów, przymusowymi przesiedleniami, systemem przepustek i taktyką kolonializmu osadniczego, pojawił się głód jako narzędzie władzy i kontroli ze strony kolonizatora. Żywność została odcięta, a kobiety często były zmuszane do wykorzystywania swoich ciał, aby otrzymać racje żywnościowe od kolonizatora.

Tak więc Indianie zostali z żywnością kolonialną, która na dodatek sama w sobie odcinała ich od Ziemi i zaczęła niszczyć ich zdrowie. Pojawiły się mąka, cukier i problematyczne źródła pożywienia, które radykalnie zmieniły to, co jedli jako ludność rdzenna. Kolonialna żywność zmieniła także stosunek Indian do jedzenia. Ponieważ wielu z nich głodowało, nie było innego wyjścia, jak jeść żywność przywiezioną przez kolonizatora, często zepsutą. Ta zmiana doprowadziła ich do stanu, w jakim są obecnie.


Wiele z ich doświadczeń i nauk dotyczących suwerenności żywnościowej i tradycyjnych diet, opartych o lokalne środowisko, drastycznie podupadło. Duża zależność od cukru i mąki zaczyna przeważać nad zależnością od dziczyzny i tradycyjnych diet, które niegdyś były nieodłącznie związane z ich systemami pokrewieństwa, społecznościami i plemionami.

Pojawiły się cukrzyca, choroby serca, problemy z tarczycą i schorzenia skóry.


Obserwuje się jednak również początki pewnego odrodzenia. To odrodzenie wiedzy o tym, jak dbać o ciało poprzez pożywienie i praktyki oparte na relacji z ziemią. To odrodzenie międzypokoleniowej wiedzy, która istnieje w rdzennych ludziach - wiedzy od tych, którzy żyli przed nimi. To odrodzenie ich pierwotnych źródeł pożywienia. To nigdy nie zniknęło. Każda społeczność ma trapera, myśliwego, rybaka, poławiacza ryb, kogoś, kto zna nauki, wartości i cnoty dotyczące tego, jak dbać o Ziemię, troszczyć się o nią i kochać ją.


Nasz naród także boryka się kolonializmem, choć może nie w tak radykalnej i otwartej formie, jak Indianie, czy Aborygeni. Jeszcze jedno pokolenie temu większość naszej żywności pochodziła od lokalnych rolników, często krewnych, a także z własnych ogródków nawet w miastach. Krowy pasły się licznie na łąkach utrzymując zróżnicowane bogate przyrodniczo ekosystemy trawiaste. Krowy nierzadko poiło się je w rzekach. Sianokosy i żniwa angażowały znaczną ilość Polaków i włączone były w tradycyjną obrzędowość, która przybliżała ludzi do ziemi i naturalnych cykli na poziomie kultury i ducha, nieświadomie łącząc ich ze słowiańskimi przodkami, od których wiele z tej obrzędowości przeszło w obręb Kościoła.

Teraz rolnictwo staje się co raz bardziej nowoczesne, schemizowane, szkodliwe dla środowiska i dla konsumentów. Krowy zostały zamknięte w oborach. Pojawiają się bardzo niebezpieczne dla środowiska przemysłowe hodowle drobiu i świń karmionych paszą na bazie soi sprowadzanej z Ameryki Południowej z wyciętych tam lasów i zaoranej pampy. Na rynku pojawia się także zboże z Ukrainy i innych państw, pełne pozostałości po chemicznych środkach ochrony, nierzadko zakazanych na terenie Unii Europejskiej. Do tego umowy typu MERCOSUR i polityka unijna doprowadzają do upadku wielu gospodarstw. Już nawet żywność jest co raz liczniej importowana. Warzywa z Hiszpanii i Holandii. Borówki z Argentyny. Na półkach sklepów co raz więcej co raz mocniej przetworzonej żywności. Rodzinne ogródki działkowe zarastają i są pochłaniane przez zabudowę. Deweloperka nie oszczędza także podmiejskich terenów rolniczych, które do nie dawna służyły pod uprawy zbóż, warzyw i wypas krów. Degraduje się przyroda, degraduje się żywność, degraduje się też człowiek, który zmuszony jest ją spożywać i żyć w pogłębiającym się oderwaniu od ziemi.


Słowo żywność zawiera rdzeń "żyw" który wspólny jest dla takich słów, jak odżywiać, żywić, staropolskiego słowa żywot, czyli brzuch, dokąd żywność trafia, czy też Żywia - słowiańska bogini ogrodów i wiosny. Być może "żywia" to też siła życiowa, jak prana w naukach Indii, czy qi w naukach Chin, której żyw-ność jest nośnikiem - od Ziemi i Słońca do naszych żywotów-brzuchów, skąd po strawieniu roznoszona jest po ciele przez krew od-żywia-jącą wszystkie komórki.

Tym czasem to, co zalega na półkach marketów to raczej mar-ność, coś co niesie śmierć, co morzy, a nie żywi. Nie przypadkiem słowiańska bogini Mara patronowała śmierci. Tak więc stajemy się po jedzeniu (bo na pewno już nie spożywaniu) marności jakby na wpół martwi, nie tylko cieleśnie, ale i na duszy. Ileż to u nas depresji. Nauka wskazuje także na złe jedzenie jako jeden z wielu skutków tej choroby duszy. Dusza bowiem z ciałem ściśle jest powiązana, ciało zaś z Ziemią, która naszym zbiorowym kolektywnym zewnętrznym jest "ciałem".

Na lubelskiej wsi (Fot. Tomasz Nakonieczny)


Teraz powróćmy do przypadku córki Andrea. Iver-Jaxsen Tootoosis, bo tak ma na imię, urodziła się w wilgotny letni dzień, 28 czerwca 2016 roku. Ledwo przeżyła poród.

Karmiona piersią przez swoją mamę przybierała na wadze i rozwijała się tak, jak powinna.

Andrea była bardzo wdzięczna za czas spędzony razem z córką. To były momenty niezwykle ważne dla ich wspólnego dobrostanu.

Jednak po trzech miesiącach u córki pojawiły się na skórze bardzo suche plamy. Początkowo były małe i zdawały się jej nie przeszkadzać. Jednak po kilku dniach suche plamy się nasiliły, skóra zaczęła przybierać różowoczerwony kolor, a ona zaczęła się drapać.

Pewnej nocy po kąpieli Andrea namydliła ją balsamem, owinęła w lekki kocyk i położyłam do snu. Tej nocy prawie nie spały. Jej skóra zrobiła się czerwona od stóp do głów. Płakała, płakała i płakała, próbując drapać swędzenie. Matka mogła tylko ją karmić, trzymać na rękach i płakać razem z nią, kojąc balsamami i kremami, które miała. Okrywała jej małe rączki rękawiczkami, trzymała je w dłoniach lub owijała w lekki kocyk, gdy spała.


Następnego dnia trafiły na pediatryczny oddział ratunkowy, dwie godziny drogi od miejsca zamieszkania. Tam powiedziano im:

„To egzema. Dajcie jej ten krem ​​sterydowy i ten krem ​​nawilżający. Do tego jakieś leki na alergię, żeby złagodzić swędzenie”.

Ponieważ Andrea dopiero zaczynała walkę z egzemą, jadła tak jak zwykle: cukier, gluten, nabiał. I tak karmiła córkę piersią.
Kremy działały przez jakiś czas, podobnie jak leki na alergię. Czasami jej wypryski córeczki były silniejsze niż w inne dni, a walka z tym wszystkim była sama w sobie zajęciem na pełen etat. Ciągle się drapała. Kilka tygodni później jej skóra znów się zaogniła, a krem ​​i leki przestały działać.


Andrea stosowała również tradycyjne leki łagodzące swędzenie, które działały przez jakiś czas, a potem przestawały działać po kilku tygodniach.

Po kilku kolejnych tygodniach uczucie bezradności powróciło.

„Idź do naturopaty” – powiedziała jej teściowa.

Szybko się zgodziła i przyprowadzili córkę ją do gabinetu.

„Karmiona piersią?” – zapytała naturopatka zaraz po wejściu do gabinetu. Była Indianką, dużo wiedziała i mówiła szczerze.


Tak” – odpowiedziała Andrea.

„To twoja dieta”.

„Jej skóra, ta egzema, to przez twoją dietę. Musisz przejść na specjalną dietę”.

„Cóż, odżywiam się całkiem zdrowo”. Wstyd zabrzmiał jak projekcja i postawa obronna wobec niej.

„Prawdopodobnie tak. Ale musisz ograniczyć gluten, nabiał, cukier, soję i drożdże”.

„Patrz, szybko się wygoi”.

„Ale dlaczego?” – zapytała.

„To przerost drożdżaków w waszych organizmach. Candida. Zniszcz Candida, a jej skóra się poprawi”.


Przez kilka następnych dni Andrea ograniczyła produkty, które wymieniła terapeutka. Postępowała zgodnie z tabelą, którą jej dała, z tym, co może jeść.

„Dziczyzna, zielenina i warzywa, owoce o niskiej zawartości cukru (na początek maliny, borówki i jabłka), trochę zbóż i kilka rodzajów orzechów”.

Andrea wspomina:
"Pamiętam, że czułam się, jakbym ciągle umierała z głodu. Pamiętam, jak karmiłam córkę piersią i modliłam się, żeby moje mleko stało się lekarstwem, którego potrzebowała."

Minęły dwa dni i jej skóra się oczyściła. Trzeciego dnia była w 100% czysta.

Jej szwagier i jej partner dopiero rok wcześniej poszli na polowanie, dlatego wciąż mieli w zamrażarce mięso bizonów. Mieli też trochę łosi i jeleni, zwierząt znanych z prerii. To właśnie dziczyzna żywiła ich, jako rdzenne narody od pokoleń. Była wdzięczna, że ​​miała do niej dostęp. Przyrządzała dania z dziczyzny, dodając warzywa. Jagody i owsianka były jej ulubionym śniadaniem. Orzechy na przekąskę, ciągle z jagodami. Jej ciało stało się bardziej jędrne. Oczywiście najpierw nastąpiło załamanie, które towarzyszy oczyszczaniu. Grypopodobne dolegliwości były okropne. Ale minęły.

A skóra jej córki pozostała wyleczona.


Postanowili z partnerem ponownie zasadzić ich ogród. Sadząc, córka obserwowała w swoim tikinaganie, jak mama dba o ziemię, lub pomagała jej w drobnych sprawach, na jakie ją było stać. Andrea modliła się, aby jedzenie wspierało ich ciała i dawało im pożywienie, którego potrzebowały. Ogród stał się miejscem wdzięczności i miłości.


Mała Iver-Jaxsen Tootoosis w ogrodzie (Fot. Andrea Landry)

Dzięki dostępowi do dziczyzny i warzyw, które uprawiali w ogrodzie, zależność od żywności kolonialnej stała się minimalna.

Wyzwaniem były wyjazdy na wydarzenia kulturalne, jak np. Pow Wow. Często żywność kolonialna była podstawowym pożywieniem dla rdzennych ludzi. Andrea ciągle gotowała i pakowała dla nich jedzenie, aby mogli jeść rzeczy, które odżywią ich ciała i utrzymają skórę córki w zdrowiu.
Andrea czuła siłę, wiedząc, że robi wszystko, co w jej mocy, aby zapewnić jej córce najlepsze pożywienie, wspierając jej wzrost i rozwój.

Córka dożyła wieku, w którym przyszła jej kolej na jedzenie. Oczywiście nadal była karmiona piersią. Zaczęła jednak jeść warzywa, które rodzice uprawiali w ogrodzie, zmiksowaną dziczyznę i jagody. Uwielbiała to. A jej skóra zachowała zdrowie.


Andrea była głęboko wdzięczna Ziemi za to, że zapewniła im wszystko, czego potrzebowali. To była ciężka praca. Pielęgnacja ogrodu, a kiedy skończyło się im mięso z dziczyzny, wybór zdrowego mięsa w sklepie spożywczym stał się ograniczony, chyba że trzeba było dużo zapłacić.

Jednak nawet gdy skończył się ich zapas w zamrażarce, zawsze otrzymywali gdzieś w prezencie mięso. A kiedy się skończyło, robiła, co mogła i modliła się nad mięsem z supermarketu, kiedy je gotowała.

Z czasem jej córka zainteresowała się innymi produktami spożywczymi, chciała testować małe płatki zbożowe i inne owoce o wyższej zawartości cukru. Rodzice robili co w ich mocy, aby wspierać jej proces eksploracji, i w końcu mogła jeść to, na co miała ochotę. Uważali również na to, co jej dają.

Zimą Andrea zabiera córkę sprawdzać pułapki na króliki. Wie, że służą do zupy. Ma też więź z Ziemią, taką jak większość dzieci rdzennych mieszkańców. Rozumie, co to znaczy jeść żywność, którą uprawiają jej rodzice, i jak dziękować Ziemi za uprawę żywności, którą ona spożywa. Wie, jak modlić się o żywność, zanim zostanie zjedzona, a nawet jak modlić się za Ziemię, zanim po niej pójdą aby zebrać potrzebną żywność.


Sam proces był w pewnym sensie dekolonialny. Nauczył Andrea, jak trudno i jak wielkim wyzwaniem może być zapewnienie bytu rodzinie opartego na Ziemi. Ciężko sobie wyobrazić, jak to było przed kolonizacją, ani kiedy kolonializm jawnie dopuszczał się ludobójstwa na indiańskich narodach. Codziennie Andrea dziękuję tym, którzy szli przed nimi za podtrzymywanie tych tradycyjnych systemów żywnościowych, aby wspierać ich ciała i ciała ich dzieci i niemowląt w miarę ich wzrostu.

To dzięki ich zaangażowaniu w Ziemię i ich zaangażowaniu w nauczanie dzieci o znaczeniu relacji z Ziemią, wielu z ich współczesnych współplemieńców rozumie i stosuje praktyki oparte na Ziemi, które nadal podtrzymują ich systemy pokrewieństwa.

Tradycyjne diety rdzennych mieszkańców nie dotyczą tylko Ziemi, ale także ich systemów pokrewieństwa. Kiedy bowiem polują, zastawiają pułapki, sidła, łowią ryby i zbierają, zawsze pamiętają o rodzinach, które będą karmić pożywieniem, które otrzymują w darze od Ziemi.

Tradycyjne diety zawsze opierają się na pokrewieństwie.
Chodzi również o przypominanie dzieciom i sobie o rdzennych systemach opartych na Ziemi i praktykowanie ich na co dzień. Chodzi o odzyskiwanie pokrewieństwa rozumianego przez rdzennych ludzi, praktykowanego poprzez pielęgnację i gotowanie, posiłki pełne miłości, pocieszenia i oporu, dla dzieci i młodzieży, od teraz i w przyszłości, abyśmy mogli się nadal rozwijać.
Bo, jak mówi Andrea, bez miłości, cierpliwości i darów, które daje Ziemia, jesteśmy niczym.




Tekst przygotowany na podstawie relacji Andrea Landry z plemienia Anishinaabe zatytułowanej How the Land Cured my Daughter’s Egzema



Tomasz Nakonieczny



Zobacz też:

1. Dieta rdzennych ludów na odsiecz w walce z chorobami cywilizacyjnymi






środa, 8 kwietnia 2026

Choroba naszej cywilizacji ma na imię Windigo

Mądrość ludów rdzennych stawia diagnozę tego, co trapi nasz świat. Zrozumienie tej choroby to pierwszy krok do znalezienia lekarstwa.


Coś pożera nasz świat. Lasy wymierają. Gatunki znikają. Miliardy ludzi żyje w skrajnej nędzy, podczas gdy kilkaset osób gromadzi bogactwo przekraczające wszelkie wyobrażenia. Ludzie przypisują to złej polityce, skorumpowanym politykom lub indywidualnej chciwości. Ale co, jeśli problem leży głębiej. Tkwi nie w konkretnych decyzjach, ale w samej istocie naszej cywilizacji?

W rozdziale mojej nowej książki „Ecocivilization” zgłębiam to pytanie poprzez potężny mit rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej: Windigo.

Windigo (znany również jako Wetiko) to nazwa nadana przez Odżibwejów kanibalistycznemu potworowi napędzanemu nienasyconym głodem. Im więcej konsumuje, tym bardziej jest wygłodniały. Nigdy nie może być zaspokojony, ponieważ jego apetyt nie jest ukierunkowany na pożywienie, lecz na pożeranie dla samego [perania. Dla Odżibwejów europejscy najeźdźcy, którzy przybyli na ich ziemie, wydawali się być ożywieni właśnie taką siłą. W obliczu najeźdźców, którzy zabijali, brali w niewolę i zdradzali w pogoni za złotem, rozpoznali u nich pewien rodzaj duchowego szaleństwa - głód, który zamieniał wszystko, co napotkał, w przedmiot eksploatacji.

Potwór Windigo

Potwór jest systemem

Ta metafora oferuje mrożącą krew w żyłach trafną diagnozę dominującego systemu, który ogarnął świat. W jego centrum leży sposób postrzegania, który uprzedmiotawia zarówno ludzi, jak i zwierzęta. Lasy stają się rezerwami drewna. Zwierzęta stają się hodowlą. Oceany stają się łowiskami. Ludzie stają się nakładami pracy lub zasobami ludzkimi. Gdy świat żywy zostanie zredukowany do zapasów aktywów nadających się do eksploatacji, granice moralne ulegają rozpuszczeniu.

Rozważmy strukturalną logikę naszej gospodarki. Korporacja, która stawia dobrostan swoich pracowników ponad kwartalne zyski, zostanie pokonana i ostatecznie wyeliminowana przez rywali, którzy tego nie robią. Inwestor, który przedkłada troskę o środowisko nad maksymalizację zysku, przegra z tym, który tego nie robi. Przywódca polityczny, który proponuje rzeczywiste ograniczenia wzrostu, zostanie przelicytowany i pokonany przez interesy czerpiące zyski ze status quo. Jednostki się zmieniają, a zachowanie trwa. To jest cecha charakterystyczna patologii systemowej – nie aberracyjni aktorzy, ale struktura, która przynosi te same destrukcyjne skutki, niezależnie od tego, kto pełni w niej rolę.

To właśnie nazywam Windigo Inc.: instytucjonalizacją nienasyconego głodu jako zasady organizującej naszą cywilizację. To nie spisek. Nie wymaga złoczyńców (choć ich tworzy). To samonapędzający się system, który nagradza wydobycie i karze za wstrzemięźliwość, który przekształca wszystko, co żyje – lasy, warstwy wodonośne, relacje międzyludzkie, samą Ziemię – w zasoby, które należy konsumować w pogoni za niekończącym się wzrostem.


Wylęgarnia Windigo

Ta mentalność nie wzięła się znikąd. Mój rozdział przedstawia dłuższą historię tego, jak hierarchiczne społeczeństwa, własność prywatna, imperia i zmilitaryzowany system eksploatacji stopniowo ukształtowały liczącą pięć tysięcy lat „pompę bogactwa”, przelewając nadwyżki od mas do nielicznych. Praktycznie wszystkie starożytne państwa, wczesne imperia i arystokratyczne porządki organizowały społeczeństwo wokół tego wzorca. Jednak współczesny kapitalizm wprowadził coś charakterystycznego i jeszcze bardziej niebezpiecznego. Wpoił tę długą historię dominacji wraz ze światopoglądem, który traktował naturę jako maszynę, wiedzę jako władzę, a nieograniczoną akumulację jako imperatyw cywilizacyjny.

To był mechanistyczny światopogląd, który ukształtował się we wczesnej nowożytnej Europie i stanowi ontologiczny paradygmat współczesnego świata. To nie przypadek, że właśnie w tym czasie i miejscu pojawiły się spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, dominacja białej rasy i kolonializm: projekt, który traktował całe kontynenty i narody jako surowiec.

Windigo jako kolonializm

Potem nastąpiła rewolucja przemysłowa, która uczyniła z energii eksploatorskiej skalowalną; a ostatnio neoliberalizm wyniósł te tendencje do rangi ideologii rządzącej, twierdząc, że nieograniczona konkurencja jest nie tylko efektywna, ale i moralnie słuszna.

Kapitalizm, w tym sensie, to nie tylko system ekonomiczny. To ekonomiczny przejaw mentalności Windigo. Niczym złośliwy proces w żywym organizmie, musi się nieustannie rozwijać, albo upaść. Nie może dostrzec wystarczająco dużo. Każdy zysk staje się platformą do dalszych korzyści. Każda wydajność staje się trampoliną do dalszej eksploatacji. Każda granica, czy to las deszczowy, instytucja publiczna, czy nawet ludzki układ nerwowy, staje się nową strefą grodzenia i monetyzacji.

Cicha złośliwość karmiąca się samą sobą

To, co sprawia, że ​​ten system jest tak trudny do zmierzenia się to fakt, że znaczna część jego przemocy jest ukryta. Wcześniej dominacja była często bezpośrednia i widoczna. Dziś jest ona często strukturalna, osadzona w znormalizowanej architekturze życia codziennego. Smartfon w kieszeni nosi w sobie cierpienie dzieci-górników i wyczerpanych robotników fabrycznych na odległych kontynentach. Raje podatkowe ultrabogaczy po cichu drenują majątek publiczny ze szkół, szpitali i niezbędnej infrastruktury. Wywłaszczenia ziemi wypierają tradycyjne społeczności, a na ich miejscu rozkwitają luksusowe inwestycje. Sama demokracja jest zdominowana przez sieci skoncentrowanej władzy, schowanej za uspokajającym językiem rządzenia i reform.


Windigo współcześnie


Dlatego diagnoza jest tak ważna. Jeśli błędnie zidentyfikujemy kryzys, będziemy kontynuować leczenie objawów, podczas gdy leżąca u jego podstaw patologia będzie się rozprzestrzeniać. Diagnoza Windigo ujawnia, że ​​zagrożenie, przed którym stoimy, nie jest jedynie ekologiczne czy polityczne. Jest cywilizacyjne. Ma swoje korzenie w systemie, którego najgłębszą logiką jest przekształcanie świata ożywionego w paliwo dla jego własnej, niekończącej się ekspansji.

W tym miejscu diagnoza Windigo staje się niewygodna zarówno dla postępowców, jak i konserwatystów: nie jest to przede wszystkim historia o złych ludziach. Wielu menedżerów przyspieszających wydobycie jest inteligentnych, często pełnych współczucia w życiu prywatnym i szczerze wierzy, że tworzy wartość. Wielu polityków, którzy umożliwiają niszczenie środowiska, uważa się za patriotów. System nie wymaga złych intencji. Systemowo selekcjonuje zachowania, które się reprodukują, i eliminuje te, które mu zagrażają.

Nadanie nazwy chorobie to początek

Nazwanie tego nie jest aktem rozpaczy, lecz początkiem uczciwości. A uczciwość to grunt, na którym możliwa staje się transformacja. Jeśli kryzys ma charakter systemowy, reakcja również musi być systemowa.


Kiedy już nazwiemy Windigo Inc., możemy zacząć zadawać sobie najważniejsze pytania:

  • Jak wyglądałaby gospodarka oparta na wystarczalności, a nie na niekończącym się wzroście?
  • Jakie instytucje mogłyby ukierunkować ludzką pomysłowość na rozkwit, a nie na eksploatację?
  • Jakie wartości – zaczerpnięte z rdzennej mądrości, tradycji kontemplacyjnych, nauk o złożoności i ekologii – mogłyby zastąpić nienasycony głód Windigo inną, ożywiającą zasadą?

To jest dłuższa droga "Ekocywilizacji": zrozumienie patologii, którą odziedziczyliśmy i naświetlenie afirmujących życie możliwości, które mogą jeszcze pozwolić nam zwrócić się ku innej przyszłości.


Jeremy Lent 



Jeremy Lent opisany przez dziennikarza Guardiana George’a Monbiota jako „jeden z największych myślicieli naszych czasów”, jest autorem i mówcą, który w swojej pracy bada podstawowe przyczyny egzystencjalnego kryzysu naszej cywilizacji i wskazuje drogi prowadzące do przyszłości pełnej życia.


Tytuł oryginalnego tekstu: 

Our Civilization's Disease Has a Name: Windigo

Indigenous wisdom offers a diagnosis of what ails our world — and understanding it is the first step toward a cure.




Zobacz też: 

Indiańskie przepowiednie o Czarnych Wężach

  

sobota, 14 lutego 2026

Drobni rolnicy produkują więcej żywności dla krajów bogatych, niż wcześniej sądzono – nowe badanie

Jak pokazują ostatnie badania, o których w poniższym artykule pisze Oliver Taherzadeh, drobni rolnicy produkują znacznie więcej żywności, niż dotychczas sądzono. Sposób uprawy w drobnych gospodarstwach jest mniej destruktywny dla środowiska i bardziej odporny na zmiany klimatyczne, niż w gospodarstwach przemysłowych oraz stanowi podstawę światowego bezpieczeństwa żywnościowego. Stanowi kluczowy element regeneracji gleb.

Ważną rolę odgrywają tutaj rolnicy z rdzennych społeczności w Afryce, Azji, Ameryce Południowej, ale też tradycyjni rolnicy w Europie ze względu na różnorodność upraw oraz stosowanie i podtrzymywanie przez nich tzw. tradycyjnej ekologicznej wiedzy.




Kto uprawia naszą żywność? Na to pozornie proste pytanie coraz trudniej odpowiedzieć w świecie, w którym żywność przywożona jest z zagranicy, aby trafić na nasz talerz.

W miarę jak kraje coraz bardziej polegają na imporcie żywności, wzmianka o odległych krajach na etykietach produktów staje się powszechna. Obecnie tylko jeden na siedem krajów jest samowystarczalny pod względem żywności w kluczowych grupach produktów. Aby zrozumieć, kto uprawia naszą żywność, badacze tacy jak ja muszą spojrzeć z globalnej perspektywy.

Wkład rolnictwa na małą skalę i na skalę przemysłową w globalne zaopatrzenie w żywność przyciągnął uwagę i wywołał wiele debat. Jednak moje badania pokazują, że mierzyliśmy niewłaściwą rzecz – produkcję, a nie konsumpcję. Skupianie się wyłącznie na krajowych systemach rolniczych wypacza nasze postrzeganie tego, którzy rolnicy żywią świat, ignorując żywność i rolników, którzy podtrzymują naszą codzienną dietę.

To podejście wzmacnia również założenie, że rolnictwo przemysłowe jest podstawą globalnego bezpieczeństwa. Ale kiedy uchylimy rąbka tajemnicy na temat naszego zglobalizowanego systemu żywnościowego, sytuacja wygląda zupełnie inaczej.


Analizując wzorce produkcji i handlu w 198 krajach, odkryłem, że to małe gospodarstwa rolne (zazwyczaj mniejsze niż 20 hektarów), a nie ogromne przedsiębiorstwa przemysłowe, stanowią podstawę naszej codziennej diety. Badania mojego zespołu, opublikowane w czasopiśmie „Nature Food”, ujawniają, że drobni rolnicy odpowiadają za jedną trzecią żywności spożywanej w krajach o wysokich dochodach, takich jak Wielka Brytania i Stany Zjednoczone.

Ta obserwacja została pominięta we wcześniejszych badaniach, które koncentrowały się wyłącznie na dystrybucji żywności od rolników w granicach państw. Te małe gospodarstwa często są nie do odróżnienia od megagospodarstw, które zdominowały krajobrazy wiejskie w Europie, Ameryce Południowej i Stanach Zjednoczonych.


Choć skoncentrowane w Afryce Subsaharyjskiej i całej Azji, małe gospodarstwa rolne odgrywają kluczową rolę w eksporcie owoców, warzyw, roślin strączkowych oraz roślin korzeniowych i bulwiastych do krajów zachodnich. Kilka kluczowych przypadków zasługuje na uwagę.

Mimo że małe gospodarstwa rolne stanowią mniej niż 1% australijskich gospodarstw rolnych, zaspokajają one około 15% krajowych potrzeb żywnościowych. W Kanadzie i Europie małe gospodarstwa rolne przyczyniają się do prawie 20% krajowego zapotrzebowania na żywność, głównie z zagranicy. Stanowią one również większość dostaw żywności w 46 badanych przez nas krajach, zaspokajając większość potrzeb żywnościowych 5 miliardów ludzi każdego dnia.




Eksport produktów rolno-spożywczych, takich jak soczewica i bataty, z małych gospodarstw wiąże się z kosztami dla krajów o niskich i średnich dochodach, w których dominują te systemy rolnicze. Kraje te importują ogromne ilości zbóż i roślin oleistych z krajów o wysokich dochodach, aby zrekompensować brak bezpieczeństwa żywnościowego i żywieniowego spowodowany uprawami towarowymi i rolnictwem kontraktowym.

Dynamika ta nosi znamiona kolonialnego ekstraktywizmu w globalnym systemie rolno-spożywczym. Sygnalizuje również rosnącą konsolidację łańcuchów dostaw żywności w krajach o niskich i średnich dochodach, spowodowaną importem z gospodarstw przemysłowych – zależność, która będzie rosła wraz ze wzrostem popytu na mięso i żywność przetworzoną w krajach szybko się uprzemysłowiających.


Drobne gospodarstwa rolne odgrywają kluczową rolę w budowaniu globalnego bezpieczeństwa żywnościowego. Jednak rolnicy prowadzący małe gospodarstwa często borykają się z niepewną sytuacją własności ziemi, ryzykiem klimatycznym, nierównymi warunkami handlowymi i międzynarodowymi systemami handlowymi.

Te nowe badania, opublikowane również w najnowszym raporcie Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO), pokazują, że takie zagrożenia nie tylko ograniczają się do krajowych systemów żywnościowych, ale będą miały zasięg transgraniczny. Brak bezpieczeństwa żywnościowego i gruntowego dla drobnych rolników oznacza brak bezpieczeństwa żywnościowego dla nas wszystkich. Cięcia w pomocy zagranicznej ze strony krajów o wysokich dochodach zwiększają prawdopodobieństwo takiego stanu rzeczy, ponieważ wsparcie dla rolnictwa odpornego na zmiany klimatu maleje.

Ochrona produkcji drobnych rolników opiera się nie tylko na krajowych działaniach mających na celu ochronę źródeł utrzymania rolników, ale także na transgranicznych środkach zabezpieczających ich ziemię, prawa i dostęp do rynków, takich jak tytuły własności ziemi, drobne pożyczki i płace zapewniające utrzymanie.

Dotacje, umowy handlowe i konsolidacja korporacyjna podważają te filary bezpieczeństwa drobnych rolników i zagrażają najzdrowszej żywności na naszych talerzach – owocom, warzywom i roślinom strączkowym. Zwrócenie uwagi na rolników ukrytych w krajowych łańcuchach dostaw to pierwszy krok do zapewnienia, że ​​finansowanie i regulacje w sektorze rolno-spożywczym zapewnią zrównoważone źródła utrzymania wszystkim producentom żywności.

To nowe badanie podkreśla kluczową rolę, jaką drobni rolnicy odgrywają w zaspokajaniu obecnych potrzeb żywnościowych i wskazuje na ich znaczenie dla zrównoważonej przyszłości żywnościowej. Przejście na dietę bogatą w rośliny, postulowane przez naukowców, będzie opierać się na produkcji owoców, warzyw i roślin strączkowych, w nieproporcjonalnie dużych ilościach produkowanych przez mniejsze gospodarstwa, które zazwyczaj produkują bardziej zróżnicowane rodzaje żywności niż gospodarstwa wielkoobszarowe, mają wyższe plony i większą bioróżnorodność. Teraz, gdy wiemy, kto uprawia naszą żywność, musimy nadać rolnikom równy priorytet w krajowej polityce rolnej, zarówno w naszych granicach, jak i poza nimi.

Oliver Taherzadeh

Adiunkt na Wydziale Ekonomii Środowiska Uniwersytetu w Lejdzie


Artykuł ukazał się w "The Conversation"



Tłumaczenie: Tomasz Nakonieczny