środa, 27 stycznia 2016

Osada Sławnoje - czyli rzecz o szczęśliwej wspólnocie








Rodowa osada Sławnoje w Rosji, w obwodzie tulskim na południe od Moskwy.
To tu, tak jak i w wielu innych podobnych osadach rodowych powstających jak grzyby po deszczu w Rosji i innych krajach byłego ZSRR, urzeczywistnia się nowy (prastary) obraz życia.
Rosyjskie słowo „obraz” oznacza metodę, sposób, kształt.
Obraz myślowy, który teraz wydobywa wielu Słowian z ciemności technokratycznego zagubienia ku światłu rozumnego życia w harmonii z Przyrodą i w połączeniu z Rodem, początkowo został stworzony przez, żyjącą w tajdze Zachodniej Syberii, pustelnicę imieniem Anastazja, której nauki spisał rosyjski biznesmen Władimir Megre w książkach z serii "Dzwoniące Cedry Rosji*. Za jej sprawą obraz myślowy przekazywany w książkach jest wzmacniany i rozwijany przez coraz większą rzeszę ludzi nie tylko w Rosji, ale i na świecie.
Trwa dyskusja, czy owa bohaterka jest prawdziwa, czy też jest postacią fikcyjną, ale, jak powiedział jeden z mistrzów: "po owocach ich poznacie”.Wygląda na to, że książki "Dzwoniące Cedry Rosji" właśnie wydają wiele dobrych owoców w rodowych osadach i pojedynczych siedzibach, po cichu i bez wielkiego rozgłosu.
 
Wspomniałem wyżej o „rozumnym życiu”.
Rosyjskie słowo „RazUm”, po polsku rozum, ma o wiele głębsze znaczenie, niż wielu z nas przypuszcza. To słowo jest połączeniem słowa „um” –(po ros. wiedza, inteligencja) ze słowem Ra – znanym na dawnej Słowiańszczyźnie określeniem dla przenikającego wszystko boskiego Światła. Tak niegdyś nazywała się wielka rzeka Wołga na terenie Rosji**, takie też imię nosił staroegipski bóg słońca.

Wracając do naszej osady Sławnoje możemy zobaczyć tam przykład jak ludzie urzeczywistniają harmonię "Trzech Światów”, o której mowa u góry w motcie tego bloga.
Mieszkańcy uprawiają ekologiczne ogrody wykorzystując m.in metody permakultury.
Mają dostęp do zdrowej żywności.
Wspierają się wzajemnie pomagając sobie przy żniwach i sianokosach.
Zwyczaj wzajemnej pomocy w pracach polowych jeszcze przed wojną był bardzo żywy na polskiej wsi.
Kultywują także więź z przodkami i ze światem duchowym.

Każdy z członków osady ma jakiś dar, którym dzieli się ze wszystkimi.
Ktoś od lat praktykuje wschodnie sztuki walki, więc uczy kobiety samoobrony. 
Od razu zauważmy tu pewną mądrość – tylko ten kto jest gotowy do wojny, zaznaje pokoju.
Ktoś inny hoduje pszczoły i dzieli się swoim doświadczeniem z pozostałymi. Pokazany w filmie pszczelarz bardzo głęboko wczuwa się w swoich brzęczących podopiecznych. Powiedział, że w plastrach miodu pszczoły zapisują informację dotyczącą całej geografii terenu, z którego zbierany jest pyłek i nektar. Zapisywana jest cała zmienność pogodowa, jak i klimat okolicy. Rój pszczół gromadzi w sobie ogromną ilość subtelnej energii.

Ważną rolę w osadzie odgrywają pieśniarze i pieśniarki, którzy otrzymują natchnienie do tworzenia nowych piosenek od przyrody, od mądrych starych dębów, by potem wzmacniać swoimi  pieśniami zbiorowy obraz szczęśliwego życia całej społeczności. Pełnią rolę współczesnych Bardów. U dawnych Słowian i Celtów Bardowie byli niezwykle cenieni, prawie jak Wołchwy (słowiańscy mędrcy) i Druidzi (celtyccy mędrcy).





Wioska jednoczy się dzięki wspólnym imprezom kulturalnym, jak teatr amatorski oraz dzięki wspólnym obrzędom sięgającymi swoimi korzeniami zamierzchłej historii Słowian.
Ważnym świętem jest Przesilenie Letnie, czyli Kupała.
Ludzie wspólnie tańczą i radują się.
Każdy przynosi też wodę ze swojej studni i zlewa do wspólnego kotła, do którego wrzucane są także lecznicze zioła, posiadające o tej porze roku, jak głosi starosłowiańska mądrość, największą moc.
Potem kocioł zanoszony jest nad rzekę. Tam ludzie rytualnie dziękując i błogosławiąc wodzie, rzekom i wszystkim źródłom wylewają do rzeki wodę z kotła.
W ten sposób programują wodę pozytywnymi i silnymi informacjami, które rzeka niesie w świat, a nawet przenosi na drodze rezonansu na inne zbiorniki wodne.


Dzieci wychowują się blisko przyrody, w zdrowym i przyjaznym środowisku społeczno-przyrodniczym.
Ciekawe, na jakich ludzi mogą wyrosnąć.

Mieszkańcy swoją obecnością nie tylko nie szkodzą Ziemi, ale, dzięki odkrywaniu prawdziwego powołania ludzkiego gatunku na planecie, pomagają jej w samouzdrawianiu.
Przykładowo cała społeczność uczestniczy przy zalesianiu zlewni strumyka, który na skutek wylesień i rozkopania źródła zaczął wysychać. Kiedyś nie był to strumyk, ale rzeka.
Odnowienie lasu w sposób naturalny mogłoby zająć dziesięciolecia, tym czasem mieszkańcy Sławnoje przyspieszają ten proces dla dobra źródeł i strumyka, współgrając i wpisując własną pracę w naturalnie zachodzące procesy odnowy lasu.
Wspólna praca dla dobrze rozumianego dobra przyrody jest kolejną okazją do zacieśniania wzajemnych więzi.

Na filmie na twarzach ludzi wyraźnie widać szczęście i niekłamaną radość.
Ludzie w wiosce funkcjonują trochę jak jeden organizm, gdzie każdy człowiek jest osobną komórką.
W komórkach bardzo ważną rolę pełni błona komórkowa, która tworzy jej granice. Bez niej komórka by obumarła. Błona nadaje jej tożsamość. Cytoplazma komórki nie rozlewa się z po całym organizmie. Jednocześnie błona ma zdolności wybiórczego przepuszczania substancji, dzięki czemu współuczestniczy w życiu całego organizmu nie zatracając swojej tożsamości.

W zależności od skali, człowiek, społeczność, naród, jest też taką komórką całości organizmu jaki stanowi ludzkość, czy dalej - planeta Ziemia.
Przy świadomości jedności powinniśmy pamiętać o naszej odrębności, właśnie jako jednostka, czy naród, aby nie ulec kulturowemu rozmyciu.
Lansowana na Zachodzie ideologia „multikulti” bynajmniej nie sprzyja harmonii. To takie pozbawianie komórek ich błon.
Z drugiej strony politykę ekspansji kulturowej, ideologicznej, politycznej i gospodarczej ze strony jednego narodu lub grupy dążącej do zaspokojenia własnych interesów kosztem innych narodów, grup, czy istot można porównać do rozrostu komórki nowotworowej, która zagraża całemu organizmowi.
Tylko droga wzajemne współpracy, wzajemnego zrozumienia i szacunku, w tym do samego siebie i własnych korzeni, pozwala „organizmowi” rozwijać się prawidłowo.

Każda „komórka” musi odkryć swoją unikalną wartość, z której skorzysta cały „organizm”.
Być może, gdy każdy z nas nauczy się żyć w silnym i zdrowym (Na)Rodzie szanującym inne (Na)Rody, to organizm jakim jest ludzkość będzie zdrowy.
Pamiętajmy oczywiście o ukrytej słowiańskiej mądrości, że Ród potrzebuje PrzyRody i z nią też musi żyć w zgodzie.

Jeśli chodzi o wioskę Sławnoje , być może jej mieszkańcy właśnie na naszych oczach odkrywają, na czym może polegać dziejowe zadanie ludzkości, do którego powołała nas Natura, albo Bóg – wspólnotowe życie ku radości i harmonii wszystkich istot, ludzkich i pozaludzkich oraz Matki Ziemi.


Opracowanie: Tomasz Nakonieczny



* Władimir Megre. Seria książek "Dzwoniące Cedry Rosji" 
**Encyklopedia Powszechna PWN, Warszawa 1987

środa, 16 grudnia 2015

Cywilizacja jako proteza



Pracuję ostatnio w pracy, która sprawia, że większość czasu spędzam w zamknięciu, w izolacji od naturalnego świata. Pracuję, aby zarobić pieniądze umożliwiające mi przeżycie w uwarunkowaniach, w których przyszło mi być, a stworzonych przez sztuczny, wykreowany przez ludzi, system społeczno-gospodarczo-cywilizacyjny.
Pracuję wiele godzin, więc gdy nadszedł dzień wolny, postanowiłem znaleźć się przestrzeni prawdziwie dzikiej przyrody, jaka znajduje się w nieodległej miejscu mojego zamieszkania okolicy - nad Wisłą za Warszawą.

Wiatr. Woda. Piasek Drzewa. Topole. Wierzby. Łęgowe lasy. Ptaki. Słońce.
Poczułem się tam tak, jakbym wypłynął w końcu na powierzchnię i złapał haust powietrza, jakbym zaczął znowu oddychać.
Przestrzeń wielkiej rzeki otworzyła przestrzeń mojego umysłu.
W oddali widać było wieżowce i kominy wielkiego miasta. Majaczyły zza horyzontu niczym miraże z innego, równoległego świata.
Tam nad dziką rzeką przyszła do mnie myśl, że cywilizacja, w której uczestniczy tak wielu ludzi łącznie ze mną, jest swoistą protezą. Poświęcamy mnóstwo swojego czasu, energii życiowej, energii twórczej oraz energii zasobów natury, np. kopalin po to, aby podtrzymywać sztuczny twór cywilizacyjny, protezę, która nie tyle ułatwia, co wręcz umożliwia nam przeżycie, bo tak bardzo jesteśmy od niej uzależnieni. A przecież protez potrzebują osoby, które w jakiś sposób są ułomne.

A zatem technosfera cywilizacyjna jest objawem jakieś naszej zbiorowej ułomności, której bynajmniej nie leczy, lecz podtrzymuje i umacnia kosztem naszych sił życiowych i kosztem biosfery. 
Biosfera to naturalna sieć życia, w którą wpleceni jesteśmy my wszyscy wraz z innymi  istotami, sieć, która od zawsze nas żywiła i utrzymywała.
Technosfera przerywa i osłabia tą sieć. Przerywa i osłabia także więzi między ludźmi, pomimo tak dynamicznego rozwoju komunikacji, telefonów, portali społecznościowych, internetu. Cóż za paradoks!
Ludzie w mieście mieszkając na „kupie” nie tworzą wspólnoty, tylko zatomizowaną zbieraninę.
Pracujemy coraz więcej, coraz dłużej, aby mieć rzeczy. Rzeczami próbujemy zapchać pustkę, którą zrodziło nasze wyobcowanie, poczucie oddzielenia od Świata – od Natury, od innych ludzi, od samych siebie. Rodzi się więc w nas niepewność, lęk przed Życiem, przed innymi ludźmi, przed samym sobą.
Z „pomocą” przychodzi nam więc przemysł rozrywkowy, który pozwala nam na chwilę przytłumić ten lęk (nota bene podsycany wciąż przez media). Oferowane są nam także używki przytępiające nasze zmysły. To wszystko jeszcze bardziej oddala nas od samych
siebie.

Wypieramy z naszej świadomości śmierć, która jest przecież naturalnym procesem przeistoczenia, przejścia życia z jednej formy w drugą, rzeczą tak normalną w prawdziwym świecie, gdzie życie i śmierć przeplatają się ze sobą, wynikając jedno z drugiego. Ryba wyłowiona z rzeki i pożarta przez kormorana żyje w kormoranie. Potem ten kormoran zabity i zjedzony przez orła bielika żyje w bieliku. Martwa topola wciąż tętni życiem kolorowych grzybów, chrząszczy i roztoczy, i zielonych mchów.
To wyparcie tworzy w nas ogromny strach przed śmiercią, który nie był tak wielki w niespokojnych przecież czasach prawdziwej walki o przetrwanie, w czasach wojowników i myśliwych.




Przestrzeń dzikiej przyrody, jeśli się w nią mocno wczujesz, naprowadza twój niespokojny umysł na właściwą drogę zrozumienia. Zaczynasz wiedzieć i odczuwać więcej.
W rdzennych kulturach wtopionych w biosferę, w których kwitnie duchowość czcząca i szanująca Sieć Życia, ludzie co jakiś czas odchodzą w dziką przestrzeń, aby złapać i odnowić więź ze Światem i z tym darem odnowionej relacji powrócić do swojej wspólnoty, niosąc jej "lek" uzdrawiania wzajemnych więzi.
W wielu spośród tych kultur ludzie nie umierają. Oni „przechodzą na drugą stronę”. Akceptują to. Tak jest np. u żyjących wysoko w Andach Indian Qero. Gdy w tej speczności stary człowiek czuje, że jego czas na ziemi dobiega końca, odchodzi w ustronne miejsce i śpiewa. Ze śpiewem na ustach "przechodzi na drugą stronę"*. 

Wspomniałem, że wielu z nas musi dużo i ciężko pracować.
W społecznościach plemiennych na utrzymanie siebie i rodziny ludzie pracują po…4-5 godzin dzienne(!). Tak było nawet w surowych, pustynnych warunkach Australii, gdzie mieszkają Aborygeni.
Praca, zabawa i modlitwa mieszają się ze sobą. Trudno uchwycić wyraźną granicę między tymi trzema aspektami. Taniec jest zabawą, a zarazem modlitwą, dzięki której ludzie komunikują się z Inteligencją Natury, uosabianą w postaciach mitycznych bóstw i duchów. Polowanie, połów lub praca na ziemi oraz rzemiosło w pewnym momencie stają się zabawą, w której wyrażają wdzięczność Duchowemu Światu za jego dary.


Australijski Aborygen grający na didgeridoo Fot. Steve Evans (Źródło: Wikiemdia) 





U ludzi żyjących mocno z przyrodą obudzone i wyostrzone są wszystkie zmysły, również te, które wymykają się naukom biologicznym, np. intuicja, prekognicja, telepatia.
Ci ludzie jak gdyby współkomunikują z Inteligencją Natury. Czują się jej integralnym elementem, jakby częścią ciała Matki Ziemi. W ich umysłach nie funkcjonuje typowe dla umysłu zachodniego pojęcie "środowiska naturalnego", ponieważ jest to coś oddzielnego, na zewnątrz, a oni nie rozumieją takiego podziału.
Greckie słowo diaboli znaczy dzielić. Jego przeciwieństwem jest holis, czyli święty - to słowo odnosi się także do opisu harmonijnej całości.
Warunkiem naszego pełnego zdrowia jest holis – harmonia ciała, umysłu i ducha oraz relacji ze światem.

W biblijnej Księdze Rodzaju mamy przypowieść o dwóch braciach, synach Adama i Ewy: Kainie i Ablu
Kain był rolnikiem przekształcającym ziemię, Abel koczownikiem żyjącym w stepach i pustyniach, w zgodzie z Naturą.
Jak wiemy, rolnictwo było podłożem dla powstania cywilizacji na Bliskim Wschodzie.
Ofiary składane przez Kaina - rolnika „nie podobały się Bogu”, w przeciwieństwie do Abla – koczownika. Wzbudziło to zazdrość brata, który zabił Abla. Według Biblii otrzymał on potem znamię, piętno, z którym musiał żyć. Jego dusza była pełna trwogi. Kain bał się zwierząt, bał się Boga, którego przejawem jest Natura, bał się innych ludzi, a nawet własnego cienia. W tym głębokim lęku powędrował na Wschód, gdzie wybudował miasto Henoch i dał początek wszystkim sztukom, które utożsamiane są z cywilizacją.
Widzimy zatem, że w tej przypowieści Kain jest archetypowym zabójcą, bratobójcą i… założycielem cywilizacji.
Ta biblijna opowieść pokazuje nam, że fundamenty cywilizacji zbudowane są na strachu, poczuciu oddzielenia, krzywdzie, a nawet bratobójstwie.
Adam i Ewa mieli później także trzeciego syna Seta, który tak, jak jego zamordowany starszy brat Abel, był koczownikiem, pasterzem i żył w łączności z Bogiem. To właśnie Set stał się przodkiem późniejszych patriarchów, takich jak Noe.
Jeśli spojrzymy na współczesną cywilizację bardzo uważnie, to zobaczymy, że cały czas zbiorowy Kain morduje zbiorowego Abla.
Nasz dobrobyt okupiony jest cierpieniem wielu ludzi w odległych zakątkach świata, którzy pozbawiani są naturalnych ekosystemów, lasów, rzek przegradzanych zaporami, ziemi,  która jest grabiona i zatruwana.
Żyjemy zbiorowym snem Zbiorowego Kaina.
Nasza sytość to głód kogoś z daleka. Tak być nie powinno i tak być nie musi.

Cywilizacja ma za zadanie stworzyć poczucie kontroli nad naturą, ale i nad ludźmi.
Bojąc się potrzebujemy kontrolować rzeczywistość. Chcemy być bezpieczni, więc ujarzmiamy naturę, boimy się głodu, więc intensyfikujemy produkcję żywności.
Kontrolujemy siebie nawzajem, więc tworzymy i utrzymujemy naszą pracą (pieniędzmi) urzędy i instytucje kontroli (i wyzysku).

***

W powyższych wywodach nie chodzi mi o nawoływanie do walki z cywilizacją, z technosferą.
Nikogo do tego nie namawiam.
Lao Tsy, starożytny chiński mędrzec uczący się od Przyrody powiedział, że „ Tao świętego mędrca polega na tym, że cokolwiek on czyni, z nikim (i niczym) nie walczy”.
Gdy gardzimy Cywilizacją, nie podążamy za Tao, tj. nie łapiemy tej intymnej łączności z żyjącą Naturą, nawet jeśli żyjemy gdzieś na przyrodzie.

Jeśli technosfera jest protezą, to oznacza, że potrzebujemy „rehabilitacji”.
Nagłym odrzuceniem protezy zrobimy sobie krzywdę pogłębiającą tylko nasz lęk przed Światem. Chodzi o to, aby „zdejmować” ją na krótko i nie w całości, tylko częściowo, stopniowo wydłużając czas, kiedy mamy „zdjętą  protezę”. W ten sposób będziemy się wzmacniać, a zarazem zmniejszać swoją zależność od technosfery.
Mówiąc o częściowym i czasowym „zdejmowaniu protezy cywilizacyjnej” mam na myśli wchodzenie w projekty, działania, a nawet warsztaty, które przybliżają nas ku Naturze, które uczą nas funkcjonować w większej samowystarczalności, a mniejszej zależności od cywilizacji. 
Nie namawiam do radykalnego porzucenia cywilizacji, bo to byłoby w wielu przypadkach zwykłą głupotą. Zwykły cichy spacer po lesie, trening nad rzeką, spływ kajakowy ze spaniem w namiotach i jedzeniem z ogniska, warsztaty zbierania i przyrządzania roślin leczniczych i dzikich roślin jadalnych  - to są niektóre tylko przykłady chwilowego „zdjęcia protezy”, aby uczynić nasze ciało mocniejszym i zdrowszym.

Bardziej długofalowym działaniem jest „powrót na ziemię” – ruch szeroko rozwijający się na świecie. Przykładem może być  tu idea „Rodowych Siedzib” zrodzona nie tak dawno w Rosji.
Ale „ogródkowa rewolucja” z USA i Wielkiej Brytanii też jest krokiem w dobrym kierunku prowadzącym do prawdziwego siebie poprzez Naturę.

Przy tym wszystkim nie obrażajmy się na cywilizację.
Bądźmy wdzięczni za jej zdobycze, z których korzystamy na co dzień. Są to owoce myśli wielu ludzi. Należy im się szacunek. Bądźmy jednak przy tym bardziej uważni i kultywujmy naszą więź ze Światem nawet w wielkim mieście.
Uczmy się od rdzennych kultur i od naszych słowiańskich, bałtyjskich i celtyckich przodków.  

Nie naśladujmy, tylko czerpmy z ich mądrości.
Każdy ma swoje naturalne tempo, w którym będzie pozwalać sobie na częściowe i czasowe „odkładanie protez”.
Ważne, aby zaufać w tym procesie swojej własnej prawdziwej Naturze. To jest ten aspekt w nas samych, któremu możemy zaufać, w którym jesteśmy doskonali jako istoty.

Na koniec chciałbym zaznaczyć, że wiele starożytnych cywilizacji pomimo późniejszych patologii miało na początku bardzo pozytywny zamysł.
Ludzie rozwijali wyrafinowane nauki, takie jak astronomia, medycyna, geomancja, matematyka, aby zwiększyć stopień połączenia z siłami Kosmosu dla dobra całej wspólnoty.
Taki mógł być np. cel budowy piramid i budowli megalitycznych oraz różnego rodzaju świątyń.
Indiańska Cywilizacja Tajrona potrafiła osiągnąć wysoki stopień harmonii z Naturą pomimo swojego zaawansowania. Jej spadkobiercami są m.in. Indianie Kogi z Kolumbii.



Mystical Lost City in Tayrona National Park, Santa Marta, Colombia


Możliwe, że w naszym technokratycznym zagubieniu ukrywa się jakieś ziarno, które nam pomoże powrócić do Kręgu Żywych Istot, z którego niegdyś wyłamaliśmy się powodowani pychą i lękiem. Ale powrót będzie z pewnością miał miejsce na innym już poziomie naszego zrozumienia. To zrozumienie będzie bowiem bogatsze o to jawne lub ukryte dobro, które cywilizacja nam dała.
Być może będziemy wiedzieli, czego się wystrzegać, a co zostawić z narzędzi, które wytworzyliśmy, odkrywając jednocześnie, że sami jesteśmy wyposażeni przez Naturę w takie narzędzia, jakich nigdy nie wytworzylibyśmy w sposób sztuczny. Ale takie zrozumienie jest być może przejawem już wyższego stopnia rozwoju ewolucyjnego, do jakiego mamy szanse dojść, jeśli będziemy mądrze stawiać nasze kroki po Matce Ziemi.


Tomasz Nakonieczny





* R. Warszewski "Bóg nam zesłał vilcacorę".








czwartek, 12 listopada 2015

O równowadze, energii żeńskiej i wartości ciszy - nauki Arkana Lushwali z Peru




Równowaga aspektu męskiego i żeńskiego we wszechświecie

Według rdzennych Amerykanów Bóg wcale nie jest męski, jak wyobrażają to sobie wyznawcy religii judeo-chrześcijańskich, posiada bowiem w sobie i męski i żeński pierwiastek.
Niekiedy ten żeński aspekt bywa nawet silniejszy.
Jeśli żyjesz w kulturze „męskiego” Boga, to z reguły trudniej ci uświadomić sobie potrzebę troski  
o żeński aspekt oraz że ten żeński aspekt wszechświata troszczy się o ciebie. Trudno ci być za to wdzięcznym.
Matka Ziemia daje nam wszystko, czego potrzebujemy.
W zasadzie to cały wszechświat ma żeński charakter – jest to wielkie łono, wielka dawczyni życia, źródło pożywienia dla ludzi i wszystkich stworzeń.
W tradycji rdzennych mieszkańców Andów nazywana jest Pachamamą.
Świadomość, że mamy nie tylko Ojca, ale i Matkę czyni nas bardziej zrównoważonymi w umyśle, 
w świadomości i sposobie, w jaki przeżywamy nasze życie.






Równowaga jako klucz

Świadomość boskiego Ojca i boskiej Matki tworzy więcej równowagi w naszych działaniach.
Kiedy zapominamy o Matce, wówczas ziemia w naszej świadomości staje się zlepkiem skał, wody i ognia, zbiornikiem naturalnych zasobów dla ludzi.
Ale jeśli masz świadomość, że wydobywając surowce, wycinając drzewa lub cokolwiek biorąc coś od Ziemi działasz tak, jakbyś brał coś od własnej matki, z jej ciała, to wtedy postrzegasz zupełnie inaczej, stajesz się bardziej uważny, wdzięczny i bierzesz tylko tyle, ile  ci potrzeba i nie niszczysz jej.

Według rdzennych ludzi równowaga pochodzi od znajomości i wyczucia naturalnych praw. 
Oni po prostu je czują. Zmysły poprzez uczucia informują ich, kiedy zaburzyli równowagę. 
Dlaczego? Ponieważ jeśli zniszczymy równowagę czegoś innego, zniszczymy ją w sobie.
Jest to indiański sposób myślenia.

Dla przykładu, kiedy jesteś zdrowy i jednocześnie świadomy swojego połączenia ze światem, a idziesz zapolować, bo potrzebujesz jedzenia, to wiesz i odczuwasz, że odbierasz życie. 
Znasz zabijane zwierzę i pojawia się w tobie uczucie wdzięczności. 
Gdy je zjadasz, dziękujesz za życie, jakie ci to zwierzę oddało, abyś ty mógł żyć. 
Jest to bardzo silne uczucie w sercu, może nawet wywołać u ciebie płacz: „Będę żył tylko dlatego, bo ty oddałeś mi swoje życie”. 
Mając taką świadomość, zabijesz tylko z potrzeby, bo jeśli zabijesz więcej, to te o jedno za wiele spowoduje, ze będziesz się czuł źle. To złe samopoczucie wytrąci cię z równowagi.
To bardzo niebezpieczne nie czuć zaburzonej  równowagi. 

Jeśli ktoś nie jest zdolny, by czuć, to jest w uśpieniu. 
Nie jest złym człowiekiem, po prostu nie jest zdolny czuć.
Gdy zaburzamy równowagę, to wewnętrzne echo daje nam o tym znać.
Nie jest to bynajmniej poczucie winy. Chodzi o tu o to, aby zwrócić i zrekompensować to, co żeśmy wzięli, dając coś w zamian, wówczas nie pojawi się choroba, jako czytelny i bezpośredni objaw zaburzonej harmonii.

To podstawa naszej wiary w to, jak możemy być zdrowi poprzez nie niszczenie, nie zaburzanie bez potrzeby i nie gromadzenie konsekwencji wewnątrz nas, krocząc w nieświadomości po Ziemi.
A ponieważ nie ma znaczenia, czy jesteś tego świadomy, czy nie, konsekwencje przyjdą.
Kiedy więc jesteśmy świadomi konsekwencji, bo mamy obudzone zmysły i uczucia informujące nas o sytuacji, wtedy od razu naprawiamy to, co żeśmy zepsuli.
Może to być modlitwa, rytuał, konkretne działanie lub co innego.



Wartość ciszy

Obecna kultura sprawia, że ludzie są ciągle zbyt zajęci.  
Kroczenie po Ziemi zachowując równowagę natury wymaga jednak uwagi.
Uwaga zaś wymaga  pewnego rodzaju wewnętrznej ciszy, ale ta kultura jej nie daje, tylko hałas. Zmusza  nas do bycia ciągle zajętym, zagadanym, mającym wciąż coś do zrobienia, daje nadmiar informacji.

Nie dawanie sobie czasu aby osiągnąć wewnętrzny spokój sprawia, że miliony ludzi wypada z równowagi. Zauważają to dopiero wtedy, gdy zaczynają chorować, kiedy mają ból głowy, depresję, kiedy psują się ich relacje.
Ale możemy zwracać na to uwagę już w momencie, kiedy to się dzieje.

Gdy człowiek cały czas żyje w zgiełku cywilizacji, a znajdzie się w ciszy, to wówczas czuje, że jest raniony, ponieważ w ciszy dostrzega rzeczy takimi, jakimi są naprawdę.
W ciszy prawdziwie czujesz i nie tylko to, co wydarzyło się w tym momencie, ale całe nagromadzenie tych wszystkich momentów, na które nie zwróciłeś wcześniej uwagi.

Cisza wielu ludzi przeraża, bo pokazuje prawdę.
Ale kiedy raz ujrzysz prawdę, wówczas stajesz się odpowiedzialny. Nie możesz już od niej uciec.


Arkan Lushwala


Opracowanie na podstawie notatek z kursu Game Changer Intensive przeprowadzonego przez Fundację Pachamama Alliance.














Arkan Lushwala urodził się w Arequipa w Peru. Od czasów swojej młodości był przygotowywany na tradycyjnego uzdrowiciela i szamana zdolnego przeprowadzać święte ceremonie.

Arkan przeniósł się do Ameryki Północnej, aby poznać duchową ścieżkę preriowych Indian Lakota.  Obecnie posiada pozwolenia od starszyzny z obu Ameryk, aby przeprowadzać ceremonie zarówno Lakotów jak i andyjskich Queros. Od 8 lat jest w pełni oddany prowadzeniu ceremonii na całym świecie, aby uzdrawiać Matkę Ziemię i dzielić się mądrością swoich przodków z ludźmi wszystkich kultur po to, aby przywrócić w ludziach pamięć, jak żyć w zdrowiu i pokoju na naszej planecie.
W zeszłym roku opublikował książkę pt. „The Time of the Black Jaguar”.

Współpracuje z Fundacją Pachamama Alliance, organizacją społeczno-ekologiczną.