środa, 16 grudnia 2015

Cywilizacja jako proteza



Pracuję ostatnio w pracy, która sprawia, że większość czasu spędzam w zamknięciu, w izolacji od naturalnego świata. Pracuję, aby zarobić pieniądze umożliwiające mi przeżycie w uwarunkowaniach, w których przyszło mi być, a stworzonych przez sztuczny, wykreowany przez ludzi, system społeczno-gospodarczo-cywilizacyjny.
Pracuję wiele godzin, więc gdy nadszedł dzień wolny, postanowiłem znaleźć się przestrzeni prawdziwie dzikiej przyrody, jaka znajduje się w nieodległej miejscu mojego zamieszkania okolicy - nad Wisłą za Warszawą.

Wiatr. Woda. Piasek Drzewa. Topole. Wierzby. Łęgowe lasy. Ptaki. Słońce.
Poczułem się tam tak, jakbym wypłynął w końcu na powierzchnię i złapał haust powietrza, jakbym zaczął znowu oddychać.
Przestrzeń wielkiej rzeki otworzyła przestrzeń mojego umysłu.
W oddali widać było wieżowce i kominy wielkiego miasta. Majaczyły zza horyzontu niczym miraże z innego, równoległego świata.
Tam nad dziką rzeką przyszła do mnie myśl, że cywilizacja, w której uczestniczy tak wielu ludzi łącznie ze mną, jest swoistą protezą. Poświęcamy mnóstwo swojego czasu, energii życiowej, energii twórczej oraz energii zasobów natury, np. kopalin po to, aby podtrzymywać sztuczny twór cywilizacyjny, protezę, która nie tyle ułatwia, co wręcz umożliwia nam przeżycie, bo tak bardzo jesteśmy od niej uzależnieni. A przecież protez potrzebują osoby, które w jakiś sposób są ułomne.

A zatem technosfera cywilizacyjna jest objawem jakieś naszej zbiorowej ułomności, której bynajmniej nie leczy, lecz podtrzymuje i umacnia kosztem naszych sił życiowych i kosztem biosfery. 
Biosfera to naturalna sieć życia, w którą wpleceni jesteśmy my wszyscy wraz z innymi  istotami, sieć, która od zawsze nas żywiła i utrzymywała.
Technosfera przerywa i osłabia tą sieć. Przerywa i osłabia także więzi między ludźmi, pomimo tak dynamicznego rozwoju komunikacji, telefonów, portali społecznościowych, internetu. Cóż za paradoks!
Ludzie w mieście mieszkając na „kupie” nie tworzą wspólnoty, tylko zatomizowaną zbieraninę.
Pracujemy coraz więcej, coraz dłużej, aby mieć rzeczy. Rzeczami próbujemy zapchać pustkę, którą zrodziło nasze wyobcowanie, poczucie oddzielenia od Świata – od Natury, od innych ludzi, od samych siebie. Rodzi się więc w nas niepewność, lęk przed Życiem, przed innymi ludźmi, przed samym sobą.
Z „pomocą” przychodzi nam więc przemysł rozrywkowy, który pozwala nam na chwilę przytłumić ten lęk (nota bene podsycany wciąż przez media). Oferowane są nam także używki przytępiające nasze zmysły. To wszystko jeszcze bardziej oddala nas od samych
siebie.

Wypieramy z naszej świadomości śmierć, która jest przecież naturalnym procesem przeistoczenia, przejścia życia z jednej formy w drugą, rzeczą tak normalną w prawdziwym świecie, gdzie życie i śmierć przeplatają się ze sobą, wynikając jedno z drugiego. Ryba wyłowiona z rzeki i pożarta przez kormorana żyje w kormoranie. Potem ten kormoran zabity i zjedzony przez orła bielika żyje w bieliku. Martwa topola wciąż tętni życiem kolorowych grzybów, chrząszczy i roztoczy, i zielonych mchów.
To wyparcie tworzy w nas ogromny strach przed śmiercią, który nie był tak wielki w niespokojnych przecież czasach prawdziwej walki o przetrwanie, w czasach wojowników i myśliwych.




Przestrzeń dzikiej przyrody, jeśli się w nią mocno wczujesz, naprowadza twój niespokojny umysł na właściwą drogę zrozumienia. Zaczynasz wiedzieć i odczuwać więcej.
W rdzennych kulturach wtopionych w biosferę, w których kwitnie duchowość czcząca i szanująca Sieć Życia, ludzie co jakiś czas odchodzą w dziką przestrzeń, aby złapać i odnowić więź ze Światem i z tym darem odnowionej relacji powrócić do swojej wspólnoty, niosąc jej "lek" uzdrawiania wzajemnych więzi.
W wielu spośród tych kultur ludzie nie umierają. Oni „przechodzą na drugą stronę”. Akceptują to. Tak jest np. u żyjących wysoko w Andach Indian Qero. Gdy w tej speczności stary człowiek czuje, że jego czas na ziemi dobiega końca, odchodzi w ustronne miejsce i śpiewa. Ze śpiewem na ustach "przechodzi na drugą stronę"*. 

Wspomniałem, że wielu z nas musi dużo i ciężko pracować.
W społecznościach plemiennych na utrzymanie siebie i rodziny ludzie pracują po…4-5 godzin dzienne(!). Tak było nawet w surowych, pustynnych warunkach Australii, gdzie mieszkają Aborygeni.
Praca, zabawa i modlitwa mieszają się ze sobą. Trudno uchwycić wyraźną granicę między tymi trzema aspektami. Taniec jest zabawą, a zarazem modlitwą, dzięki której ludzie komunikują się z Inteligencją Natury, uosabianą w postaciach mitycznych bóstw i duchów. Polowanie, połów lub praca na ziemi oraz rzemiosło w pewnym momencie stają się zabawą, w której wyrażają wdzięczność Duchowemu Światu za jego dary.


Australijski Aborygen grający na didgeridoo Fot. Steve Evans (Źródło: Wikiemdia) 





U ludzi żyjących mocno z przyrodą obudzone i wyostrzone są wszystkie zmysły, również te, które wymykają się naukom biologicznym, np. intuicja, prekognicja, telepatia.
Ci ludzie jak gdyby współkomunikują z Inteligencją Natury. Czują się jej integralnym elementem, jakby częścią ciała Matki Ziemi. W ich umysłach nie funkcjonuje typowe dla umysłu zachodniego pojęcie "środowiska naturalnego", ponieważ jest to coś oddzielnego, na zewnątrz, a oni nie rozumieją takiego podziału.
Greckie słowo diaboli znaczy dzielić. Jego przeciwieństwem jest holis, czyli święty - to słowo odnosi się także do opisu harmonijnej całości.
Warunkiem naszego pełnego zdrowia jest holis – harmonia ciała, umysłu i ducha oraz relacji ze światem.

W biblijnej Księdze Rodzaju mamy przypowieść o dwóch braciach, synach Adama i Ewy: Kainie i Ablu
Kain był rolnikiem przekształcającym ziemię, Abel koczownikiem żyjącym w stepach i pustyniach, w zgodzie z Naturą.
Jak wiemy, rolnictwo było podłożem dla powstania cywilizacji na Bliskim Wschodzie.
Ofiary składane przez Kaina - rolnika „nie podobały się Bogu”, w przeciwieństwie do Abla – koczownika. Wzbudziło to zazdrość brata, który zabił Abla. Według Biblii otrzymał on potem znamię, piętno, z którym musiał żyć. Jego dusza była pełna trwogi. Kain bał się zwierząt, bał się Boga, którego przejawem jest Natura, bał się innych ludzi, a nawet własnego cienia. W tym głębokim lęku powędrował na Wschód, gdzie wybudował miasto Henoch i dał początek wszystkim sztukom, które utożsamiane są z cywilizacją.
Widzimy zatem, że w tej przypowieści Kain jest archetypowym zabójcą, bratobójcą i… założycielem cywilizacji.
Ta biblijna opowieść pokazuje nam, że fundamenty cywilizacji zbudowane są na strachu, poczuciu oddzielenia, krzywdzie, a nawet bratobójstwie.
Adam i Ewa mieli później także trzeciego syna Seta, który tak, jak jego zamordowany starszy brat Abel, był koczownikiem, pasterzem i żył w łączności z Bogiem. To właśnie Set stał się przodkiem późniejszych patriarchów, takich jak Noe.
Jeśli spojrzymy na współczesną cywilizację bardzo uważnie, to zobaczymy, że cały czas zbiorowy Kain morduje zbiorowego Abla.
Nasz dobrobyt okupiony jest cierpieniem wielu ludzi w odległych zakątkach świata, którzy pozbawiani są naturalnych ekosystemów, lasów, rzek przegradzanych zaporami, ziemi,  która jest grabiona i zatruwana.
Żyjemy zbiorowym snem Zbiorowego Kaina.
Nasza sytość to głód kogoś z daleka. Tak być nie powinno i tak być nie musi.

Cywilizacja ma za zadanie stworzyć poczucie kontroli nad naturą, ale i nad ludźmi.
Bojąc się potrzebujemy kontrolować rzeczywistość. Chcemy być bezpieczni, więc ujarzmiamy naturę, boimy się głodu, więc intensyfikujemy produkcję żywności.
Kontrolujemy siebie nawzajem, więc tworzymy i utrzymujemy naszą pracą (pieniędzmi) urzędy i instytucje kontroli (i wyzysku).

***

W powyższych wywodach nie chodzi mi o nawoływanie do walki z cywilizacją, z technosferą.
Nikogo do tego nie namawiam.
Lao Tsy, starożytny chiński mędrzec uczący się od Przyrody powiedział, że „ Tao świętego mędrca polega na tym, że cokolwiek on czyni, z nikim (i niczym) nie walczy”.
Gdy gardzimy Cywilizacją, nie podążamy za Tao, tj. nie łapiemy tej intymnej łączności z żyjącą Naturą, nawet jeśli żyjemy gdzieś na przyrodzie.

Jeśli technosfera jest protezą, to oznacza, że potrzebujemy „rehabilitacji”.
Nagłym odrzuceniem protezy zrobimy sobie krzywdę pogłębiającą tylko nasz lęk przed Światem. Chodzi o to, aby „zdejmować” ją na krótko i nie w całości, tylko częściowo, stopniowo wydłużając czas, kiedy mamy „zdjętą  protezę”. W ten sposób będziemy się wzmacniać, a zarazem zmniejszać swoją zależność od technosfery.
Mówiąc o częściowym i czasowym „zdejmowaniu protezy cywilizacyjnej” mam na myśli wchodzenie w projekty, działania, a nawet warsztaty, które przybliżają nas ku Naturze, które uczą nas funkcjonować w większej samowystarczalności, a mniejszej zależności od cywilizacji. 
Nie namawiam do radykalnego porzucenia cywilizacji, bo to byłoby w wielu przypadkach zwykłą głupotą. Zwykły cichy spacer po lesie, trening nad rzeką, spływ kajakowy ze spaniem w namiotach i jedzeniem z ogniska, warsztaty zbierania i przyrządzania roślin leczniczych i dzikich roślin jadalnych  - to są niektóre tylko przykłady chwilowego „zdjęcia protezy”, aby uczynić nasze ciało mocniejszym i zdrowszym.

Bardziej długofalowym działaniem jest „powrót na ziemię” – ruch szeroko rozwijający się na świecie. Przykładem może być  tu idea „Rodowych Siedzib” zrodzona nie tak dawno w Rosji.
Ale „ogródkowa rewolucja” z USA i Wielkiej Brytanii też jest krokiem w dobrym kierunku prowadzącym do prawdziwego siebie poprzez Naturę.

Przy tym wszystkim nie obrażajmy się na cywilizację.
Bądźmy wdzięczni za jej zdobycze, z których korzystamy na co dzień. Są to owoce myśli wielu ludzi. Należy im się szacunek. Bądźmy jednak przy tym bardziej uważni i kultywujmy naszą więź ze Światem nawet w wielkim mieście.
Uczmy się od rdzennych kultur i od naszych słowiańskich, bałtyjskich i celtyckich przodków.  

Nie naśladujmy, tylko czerpmy z ich mądrości.
Każdy ma swoje naturalne tempo, w którym będzie pozwalać sobie na częściowe i czasowe „odkładanie protez”.
Ważne, aby zaufać w tym procesie swojej własnej prawdziwej Naturze. To jest ten aspekt w nas samych, któremu możemy zaufać, w którym jesteśmy doskonali jako istoty.

Na koniec chciałbym zaznaczyć, że wiele starożytnych cywilizacji pomimo późniejszych patologii miało na początku bardzo pozytywny zamysł.
Ludzie rozwijali wyrafinowane nauki, takie jak astronomia, medycyna, geomancja, matematyka, aby zwiększyć stopień połączenia z siłami Kosmosu dla dobra całej wspólnoty.
Taki mógł być np. cel budowy piramid i budowli megalitycznych oraz różnego rodzaju świątyń.
Indiańska Cywilizacja Tajrona potrafiła osiągnąć wysoki stopień harmonii z Naturą pomimo swojego zaawansowania. Jej spadkobiercami są m.in. Indianie Kogi z Kolumbii.



Mystical Lost City in Tayrona National Park, Santa Marta, Colombia


Możliwe, że w naszym technokratycznym zagubieniu ukrywa się jakieś ziarno, które nam pomoże powrócić do Kręgu Żywych Istot, z którego niegdyś wyłamaliśmy się powodowani pychą i lękiem. Ale powrót będzie z pewnością miał miejsce na innym już poziomie naszego zrozumienia. To zrozumienie będzie bowiem bogatsze o to jawne lub ukryte dobro, które cywilizacja nam dała.
Być może będziemy wiedzieli, czego się wystrzegać, a co zostawić z narzędzi, które wytworzyliśmy, odkrywając jednocześnie, że sami jesteśmy wyposażeni przez Naturę w takie narzędzia, jakich nigdy nie wytworzylibyśmy w sposób sztuczny. Ale takie zrozumienie jest być może przejawem już wyższego stopnia rozwoju ewolucyjnego, do jakiego mamy szanse dojść, jeśli będziemy mądrze stawiać nasze kroki po Matce Ziemi.


Tomasz Nakonieczny





* R. Warszewski "Bóg nam zesłał vilcacorę".








czwartek, 12 listopada 2015

O równowadze, energii żeńskiej i wartości ciszy - nauki Arkana Lushwali z Peru




Równowaga aspektu męskiego i żeńskiego we wszechświecie

Według rdzennych Amerykanów Bóg wcale nie jest męski, jak wyobrażają to sobie wyznawcy religii judeo-chrześcijańskich, posiada bowiem w sobie i męski i żeński pierwiastek.
Niekiedy ten żeński aspekt bywa nawet silniejszy.
Jeśli żyjesz w kulturze „męskiego” Boga, to z reguły trudniej ci uświadomić sobie potrzebę troski  
o żeński aspekt oraz że ten żeński aspekt wszechświata troszczy się o ciebie. Trudno ci być za to wdzięcznym.
Matka Ziemia daje nam wszystko, czego potrzebujemy.
W zasadzie to cały wszechświat ma żeński charakter – jest to wielkie łono, wielka dawczyni życia, źródło pożywienia dla ludzi i wszystkich stworzeń.
W tradycji rdzennych mieszkańców Andów nazywana jest Pachamamą.
Świadomość, że mamy nie tylko Ojca, ale i Matkę czyni nas bardziej zrównoważonymi w umyśle, 
w świadomości i sposobie, w jaki przeżywamy nasze życie.






Równowaga jako klucz

Świadomość boskiego Ojca i boskiej Matki tworzy więcej równowagi w naszych działaniach.
Kiedy zapominamy o Matce, wówczas ziemia w naszej świadomości staje się zlepkiem skał, wody i ognia, zbiornikiem naturalnych zasobów dla ludzi.
Ale jeśli masz świadomość, że wydobywając surowce, wycinając drzewa lub cokolwiek biorąc coś od Ziemi działasz tak, jakbyś brał coś od własnej matki, z jej ciała, to wtedy postrzegasz zupełnie inaczej, stajesz się bardziej uważny, wdzięczny i bierzesz tylko tyle, ile  ci potrzeba i nie niszczysz jej.

Według rdzennych ludzi równowaga pochodzi od znajomości i wyczucia naturalnych praw. 
Oni po prostu je czują. Zmysły poprzez uczucia informują ich, kiedy zaburzyli równowagę. 
Dlaczego? Ponieważ jeśli zniszczymy równowagę czegoś innego, zniszczymy ją w sobie.
Jest to indiański sposób myślenia.

Dla przykładu, kiedy jesteś zdrowy i jednocześnie świadomy swojego połączenia ze światem, a idziesz zapolować, bo potrzebujesz jedzenia, to wiesz i odczuwasz, że odbierasz życie. 
Znasz zabijane zwierzę i pojawia się w tobie uczucie wdzięczności. 
Gdy je zjadasz, dziękujesz za życie, jakie ci to zwierzę oddało, abyś ty mógł żyć. 
Jest to bardzo silne uczucie w sercu, może nawet wywołać u ciebie płacz: „Będę żył tylko dlatego, bo ty oddałeś mi swoje życie”. 
Mając taką świadomość, zabijesz tylko z potrzeby, bo jeśli zabijesz więcej, to te o jedno za wiele spowoduje, ze będziesz się czuł źle. To złe samopoczucie wytrąci cię z równowagi.
To bardzo niebezpieczne nie czuć zaburzonej  równowagi. 

Jeśli ktoś nie jest zdolny, by czuć, to jest w uśpieniu. 
Nie jest złym człowiekiem, po prostu nie jest zdolny czuć.
Gdy zaburzamy równowagę, to wewnętrzne echo daje nam o tym znać.
Nie jest to bynajmniej poczucie winy. Chodzi o tu o to, aby zwrócić i zrekompensować to, co żeśmy wzięli, dając coś w zamian, wówczas nie pojawi się choroba, jako czytelny i bezpośredni objaw zaburzonej harmonii.

To podstawa naszej wiary w to, jak możemy być zdrowi poprzez nie niszczenie, nie zaburzanie bez potrzeby i nie gromadzenie konsekwencji wewnątrz nas, krocząc w nieświadomości po Ziemi.
A ponieważ nie ma znaczenia, czy jesteś tego świadomy, czy nie, konsekwencje przyjdą.
Kiedy więc jesteśmy świadomi konsekwencji, bo mamy obudzone zmysły i uczucia informujące nas o sytuacji, wtedy od razu naprawiamy to, co żeśmy zepsuli.
Może to być modlitwa, rytuał, konkretne działanie lub co innego.



Wartość ciszy

Obecna kultura sprawia, że ludzie są ciągle zbyt zajęci.  
Kroczenie po Ziemi zachowując równowagę natury wymaga jednak uwagi.
Uwaga zaś wymaga  pewnego rodzaju wewnętrznej ciszy, ale ta kultura jej nie daje, tylko hałas. Zmusza  nas do bycia ciągle zajętym, zagadanym, mającym wciąż coś do zrobienia, daje nadmiar informacji.

Nie dawanie sobie czasu aby osiągnąć wewnętrzny spokój sprawia, że miliony ludzi wypada z równowagi. Zauważają to dopiero wtedy, gdy zaczynają chorować, kiedy mają ból głowy, depresję, kiedy psują się ich relacje.
Ale możemy zwracać na to uwagę już w momencie, kiedy to się dzieje.

Gdy człowiek cały czas żyje w zgiełku cywilizacji, a znajdzie się w ciszy, to wówczas czuje, że jest raniony, ponieważ w ciszy dostrzega rzeczy takimi, jakimi są naprawdę.
W ciszy prawdziwie czujesz i nie tylko to, co wydarzyło się w tym momencie, ale całe nagromadzenie tych wszystkich momentów, na które nie zwróciłeś wcześniej uwagi.

Cisza wielu ludzi przeraża, bo pokazuje prawdę.
Ale kiedy raz ujrzysz prawdę, wówczas stajesz się odpowiedzialny. Nie możesz już od niej uciec.


Arkan Lushwala


Opracowanie na podstawie notatek z kursu Game Changer Intensive przeprowadzonego przez Fundację Pachamama Alliance.














Arkan Lushwala urodził się w Arequipa w Peru. Od czasów swojej młodości był przygotowywany na tradycyjnego uzdrowiciela i szamana zdolnego przeprowadzać święte ceremonie.

Arkan przeniósł się do Ameryki Północnej, aby poznać duchową ścieżkę preriowych Indian Lakota.  Obecnie posiada pozwolenia od starszyzny z obu Ameryk, aby przeprowadzać ceremonie zarówno Lakotów jak i andyjskich Queros. Od 8 lat jest w pełni oddany prowadzeniu ceremonii na całym świecie, aby uzdrawiać Matkę Ziemię i dzielić się mądrością swoich przodków z ludźmi wszystkich kultur po to, aby przywrócić w ludziach pamięć, jak żyć w zdrowiu i pokoju na naszej planecie.
W zeszłym roku opublikował książkę pt. „The Time of the Black Jaguar”.

Współpracuje z Fundacją Pachamama Alliance, organizacją społeczno-ekologiczną.







sobota, 10 października 2015

Współpraca ze Światem Duchowym źródłem nadziei w czasach kryzysu

„Żyjemy jednocześnie w trzech światach...” -  mówi motto tego bloga.
Jednym z nich jest świat duchowy. Więc od relacji człowieka również z tym światem zależy harmonia w dwóch pozostałych światach - społecznym i w świecie natury.

Kiedy czytam przedruki i komentarze zamieszczane w różnych publikacjach na temat kondycji ekologicznej i społecznej współczesnego świata, rozpościera się przede mną obraz ogólnej beznadziei i rozpaczy. W tak ukazanej rzeczywistości, gdybyśmy jako ludzkość podjęli nie wiem jak ogromne działania, np. na rzecz redukcji emisji gazów cieplarnianych, to już niewiele zdołamy zrobić, tak klimat jest rozchwiany. Jeśli nawet diametralnie ograniczymy wydobycie surowców mineralnych, zaśmiecanie oceanów i niszczenie lasów, to i tak zmiany zaszły zbyt daleko, aby coś tu poradzić. Ludzi przybywa, ziemia pustynnieje, łowiska ryb w morzach załamują się, rzeki wysychają. Świat ogarnia wielka katastrofa ekologiczna, a większość ludzi nawet nie jest jej świadoma, pogrążona w szale konsumpcjonizmu lub w walce o przetrwanie.

Ten cały ponury obraz jawi się przed nami, gdy uczeni i politycy biorą pod uwagę problemy świata i dostępne metody ich zaradzenia, które z góry wydają się być daleko nie wystarczające lub mało realne. 
Mimo to w brew wszelkiej "zdrowej" logice jest tu nadzieja!  Przy wszystkich swoich "szczegółowych" analizach nasi współcześni mędrcy zwykle pomijają jeden bardzo ważny aspekt. W ogóle nie jest on brany pod uwagę w rozważaniach na temat zaradzenia kryzysu ekologicznego i społecznego.
Jest nim mianowicie praca i współpraca ze Światem Duchowym.
Oficjalna nauka i polityka odnosi się do tego zagadnienia z rezerwą spychając go w sfery religii i duchowieństwa. Ale pamiętają o nim przedstawiciele starych kultur oraz miliony ludzi na całym świecie rozwijających się duchowo. 





Dla przykładu szamani z amazońskiego plemienia U’wa w Kolumbii ogrzewani ciepłem ognisk i wzmacniani pieśniami i liśćmi koki od miesięcy mocno pracują ze światem duchowym odprawiając rytuały mające na celu utrzymać ropę naftową z dala od odwiertów firmy Occidental Petroleum's (Oxy). Efekt jest taki, że pomimo obszernych danych geologicznych wskazujących na zaleganie ogromnych ilości ropy pod terytorium ludu U’wa, firmie, jak dotąd, nie udało się jej odnaleźć.
A wykonano już czterech odwierty w tej okolicy.
Według kosmowizji tego amazońskiego ludu wydobycie surowców mineralnych z ziemi staje się przyczyną głębokiego zachwiania równowagi świata. Ich kosmowizja nie odnosi się tylko do zanieczyszczeń, jakie pociąga za sobą wydobycie paliw kopalnych takich, jak gaz, ropa i węgiel, ale raczej do zasadniczych zmian w spójności ekosystemów, niezbędnej dla zachowania równowagi życia na Ziemi.*

Inny Amazoński lud, Achuar z Ekwadoru pracuje ze snami. We wczesnych latach 90-tych nawiązali nawet kontakty z działaczami z Nowoczesnego Świata, aby zanieść przesłanie o „zmianie snu”, jaki śni Nowoczesny Świat, snu zagrażającego nie tylko lasom deszczowym, ale i Matce Ziemi w ogóle. Coraz więcej ludzi przyłącza się do idei „zmiany snu”. Wielkie zasługi ma tutaj organizacja Pachamama Alliance współpracująca z kilkoma indiańskimi plemionami w Ekwadorze. Działalność tej organizacji zaczęła się właśnie tam, gdzie w dżungli późniejsi jej założyciele otrzymali przesłanie od szamanów Achuar o konieczności zmiany snu.**


Hombre Shuar.jpg


Wiele religii i tradycji duchowych daje nadzieje i głosi potrzebę modlitwy, medytacji lub rytuałów autentycznie zmieniających rzeczywistość, która zdawała się być po prostu beznadziejna.
Chrześcijańska idea modlitwy o pokój oraz za Stworzenie; przekazy buddyjskich nauczycieli o potrzebie praktyk duchowych; idea medytacji dla pokoju w tradycji Radża Joga propagowana przez Uniwersytet Duchowy Brahmakumaris, która nota bene praktykowana przez setki indyjskich rolników przyczyniła się do gwałtownego spadku ilości samobójstw w tej grupie, a nawet…zdecydowanej poprawy plonów, co już badają dwie indyjskie placówki naukowe***; nauka obrazowości propagowana w książkach z serii „Dzwoniące Cedry Rosji” rosyjskiego pisarza Władymira Megre, która według bohaterki Anastazji z Syberii, z pewnością odmieni ponurą rzeczywistość w świat, w którym chce się żyć; i wiele innych, wywodzących się z szamanizmu, m.in. z polinezyjskiej Huny. Jeśli chodzi o tą ostatnią, na całym świecie grupy wsparcia używające technik Huny dla poprawy jakości życia na ziemi. Grupy zwą się po Hawajsku Kukua. Nieocenioną praktyką przywracającą harmonię w „trzech światach”, mającą korzenie w hawajskich rytuałach jest Ho’oponopono.

Indianie z Ameryki Północnej powiadają, że człowiek zaczyna żyć wówczas gdy odnajdzie swoją wizję.
Mój znajomy, który pobierał nauki u szamanów indiańskich w obu Amerykach, powiedział mi ważną rzecz, mianowicie że nasza odpowiedzialność za świat nie polega tylko na dokonanych czynach dobrych lub złych lub na zaniechaniu i zaniedbaniu. Polega także, a może przede wszystkim na tworzeniu nowej wizji.




Wiele wskazuje na to, że praca i współpraca ze światem duchowym autentycznie robi różnicę.

Tomasz Nakonieczny






środa, 5 sierpnia 2015

Sens w czasach nonsensu według rdzennych ludów


Czasem wydaje się, że żyjemy w czasach pełnych nonsensu.
Co się stało ze zdrowym rozsądkiem i zdrowym myśleniem?
Rdzenne społeczności z całego świata, które walczą o kulturowe i fizyczne przetrwanie oraz o zachowanie przyrody w swoich ojczyznach, w obliczu zmian klimatycznych oraz destruktywnych projektów „rozwojowych”, takich jak górnictwo, czy elektrownie zaporowe na rzekach. oferują prostą mądrość.

Ich głosy zostały uwiecznione w  4-ro częściowym filmie dokumentalnym pt. 
Standing On Sacred Ground

1. Woda to życie, a ropa nie ugasi pragnienia.
 Pierwszy odcinek Pilgrims and Tourists (Pielgrzymi i Turyści), ukazuje walkę kalifornijskiego plemienia Indian Winnemem Wintu przeciwko podwyższeniu już istniejącej zapory Shasta na rzece McCloud w celu zwiększenia objętości zbiornika zaporowego.
Gdyby ją podwyższono, wówczas zostałyby zalane święte miejsca na brzegach rzeki, w których plemię odbywa swoje ceremonie od tysięcy lat.
Wódz Caleen Sisk pełni rolę rzecznika na rzecz wody powołując się na ludzkie prawo dla wszystkich, w tym dla łososi, które są źródłem duchowej inspiracji i oraz pożywienia, a które zniknęły z terenów plemienia na skutek wybudowania tamy blokującej drogę rybom na tarło. 



Caleen Sisk

„Ludzie mogą żyć, bez ropy, mogą żyć bez złota, ale nic nie może żyć bez wody”
Caleen Sisk, Kalifornia


2. Kapitalizm nie jest rodzimy dla tego kontynentu (Ameryki PN.)
Wódz Oren Lyons wyjaśnia życiowe wartości, o wiele ważniejsze niż pieniądze i rynki zbytu, mianowicie święte związki z ziemią, zasadę wzajemności oraz nasz obowiązek okazywania Ziemi wdzięczności w zamian za branie od niej dóbr. Mówi o zaangażowaniu dla równości i pokoju, jakie należy zapewnić siedmiu kolejnym pokoleniom naszych potomków.
Oren Lyons jest wodzem plemienia Onondagów, profesorem, amerykanistą. Pracował dla ONZ zajmując się kwestiami praw człowieka i samookreślenia narodów.




Oren Lyons


„Próbujecie uczyć Indian bycia kapitalistami od kiedy tu przybyliście, ale my nie cenimy tego, co wy tak cenicie.”
Wódz Oren Lyons


3. Jeśli mega-projekty górnicze będzie można zobaczyć na zdjęciach satelitarnych, wówczas zmiany klimatyczne zwyciężą.
 W części 2 filmu Profit and Loss (Zyski i straty) pokazana jest walka rdzennych mieszkańców kanadyjskiej prowincji Alberta z zagrożeniami ze strony mega-górniczej inwazji kopalń łupków bitumicznych uznanych za największy projekt przemysłowy na świecie. Tubylczy rzecznicy podnoszą alarm. Wskazują na ogromny wpływ przemysłu związanego z łupkami bitumicznymi na tradycyjny styl życia oraz łańcuch żywnościowy wspólnot plemiennych, które zostały wystawione na działanie toksycznych substancji wylewanych do wód i uwalnianych do atmosfery. Ropa wyprodukowana z łupków bitumicznych daje także bardzo wysoki ślad węglowy. Według Amerykańskiej Agencji Ochrony Środowiska emisja gazów cieplarnianych ze spalania tego rodzaju ropy jest o 82% wyższa, niż ze spalania zwykłej ropy (biorąc pod uwagę nakład energetyczny na proces wydobycia, przetwarzania, transportu, a także zużycie w baku samochodu lub elektrowni cieplnej).

„To co teraz obserwujemy, to największy projekt przemysłowy w historii ludzkości. Łupki bitumiczne to kwestia prawa cywilnego mojego pokolenia”.
Llyton Thomas Müller

4. Zdeformowane ryby to śmiercionośny połów
 W wspomnianym wyżej odcinku Profit and Loss  mowa jest także o bardzo wysokim poziomie zachorowań na raka wśród rdzennych wspólnot znad jeziora Atapaska. Woda pitna i ryby, które łowili w jeziorze od tysięcy lat jest skażona przez kopalnie łupków bitumicznych oraz rafinerie położone nad rzeką Atapaska powyżej jeziora.

Ropa  wydobywana i produkowana w taki sposób jest źródłem energii dla naszej cywilizacji.
To, jaką cenę musi płacić przyroda oraz rdzenne społeczności pokazuje, jak bardzo ta cywilizacja jest niezrównoważona. Istnieje bowiem zasada, która mówi, że dobre owoce mogą przynieść tylko działania dobre od samego początku, nie przysparzające szkód ani ludziom, ani naturze. Jeśli te działania już na samym starcie są śmiercionośne i destruktywne, nie łudźmy się, że ich cel zapewni komukolwiek trwały dobrobyt.


5. Ludzie traktują przyrodę, jakby była towarem z czarno-piątkowej wyprzedaży.
 Wiele tubylczych wspólnot na całym świecie dąży do utrzymania duchowości opartej na relacjach z Ziemią, w której to związek z nią roznieca cześć dla natury i powściąga ludzkie zachowania mogące jej szkodzić.
Natomiast nasz konsumpcjonizm, tj. ludzi z nowoczesnego świata, dosłownie pożera Ziemię!


Satish Kumar


„Musimy zmienić nasze podejście z polegającego na dążeniu do posiadania natury na podejście polegające na relacji z naturą.
W momencie, kiedy zmienisz swoją chęć posiadania na relacje, wówczas stworzysz poczucie świętości."
Satish Kumar
6. Osoby odpowiedzialne za ochronę przyrody powinni zwrócić uwagę na te dane!
 Na długo, zanim parki narodowe stały się pomysłem na ochronę dzikiej  przyrody i różnorodności biologicznej, ludy tubylcze zarządzały swoimi terytoriami za pomocą efektywnych ekologicznych i duchowych praktyk.
Warto docenić te pradawne wzorce kulturowe i duchowe, które służą ochronie przyrody i zachowaniu bogactwa gatunkowego rozmaitych form życia. Warto teź sobie przypomnieć i docenić nasze pradawne wzorce. U Słowian i Celtów, dla przykładu były to święte gaje.
„Ludy rdzenne stanowią 4% światowej populacji, zamieszkują 22% powierzchni lądów. Na tych 22% lądów zachowało się 80% światowej różnorodności biologicznej.”

7. A co, jeśli Niebo znajduje się na Ziemi?
 W części 3 Sacred Ground’ zatytułowanej Fire and Ice, (Ogień i Lód) zostało pokazane, jak chrześcijaństwo niepokoi rdzennych ludzi w odprawianiu ich ceremonii w świętych miejscach. Generalnie ten odcinek zmusza do zadania sobie następującego pytania: Jakie są przyrodnicze konsekwencje wiary w to, że Ziemia jest jedynie przystankiem w drodze do wieczności?


Winona La Duke
„W nauczaniu kościołów mamy separację ziemi od ludzi. W efekcie kończymy ze zbiorowym wierzeniem, że nie ma znaczenia, co my tu wyprawiamy, bo w końcu zbawienie czeka nas zupełnie gdzieś indziej, Więc dawaj! Budujmy kopalnie i zapory na rzekach!”
Winona La Duke- działaczka z plemienia Anishinaabe, walcząca o odzyskanie dla swojego ludu Rezerwatu Biała Ziemia.

8. Bombardowanie świętej wyspy jest czymś złym
 Ostatni odcinek Islands of Sanctuary (Wyspy Świątyń) niesie nadzieję i odnowę pokazując postawę Australijskich Aborygenów i rdzennych Hawajczyków tworzących silny ruch na rzecz odzyskania od rządu i armii świętych miejsc.
Hawajczykom po 50 latach udało się odzyskać od Armii stanów Zjednoczonych wyspę Kaho’olawe, która w ramach ćwiczeń była przez ten czas bombardowana.
„Kaho’olawe dała nam duchową więź z naszymi przodkami i naszymi wierzeniami i umożliwiła nam dawanie odpowiedzi naszym bogom”.- Mówi  Davianna McGregor, przywódca ruchu Protect Kaho’olawe ‘Ohana.


“Jeśli mogliśmy walczyć z największą potęga militarną, jaką znał świat (USA) i zwyciężyć, to pokazuje, że możliwości dla innych rdzennych ludzi z całego świata są praktycznie nieograniczone.”
Derek Mar, Hawai’i



9. Przetrwanie jest głęboko polityczne.
Florence Jones (1907-2003) z indiańskiego plemienia Winnemem Wintu w Kaliforni była wziętą lekarką i uzdrowicielką, która skutecznie walczyła i powstrzymała realizację planów budowy ośrodka narciarskiego na jej świętej górze Shasta. Jej potomkowie kontynuują jej dziedzictwo.

Florence Jones


Bardzo chciałbym, aby ren film w czterech odcinkach dotarł także do Polaków. Wiąże się to jednak z kosztami. Wykupienie licencji na wyświetlanie filmu nieograniczonej liczbie widzów wynosi ponad 4 tys. zł. Do tego trzeba doliczyć koszt filmu na język polski, aby zawarte w nim przesłanie dotarło do jak największej rzeszy naszych rodaków.
Jest to niewątpliwie dokument budzący świadomość o naszych związkach z planetą, z naturą oraz o znaczeniu współczesnych strażników tychże związków, reprezentowanych przez rdzenne kultury, dla podtrzymania tej świadomości. Im więcej mieszkańców tzw. nowoczesnego świata uświadomi sobie wartość i znaczenie tzw. rdzennej mądrości, tym większe będzie ona miała szansę przetrwać, aby spełniać swoją jakże ważną rolę nie tylko dla jej właścicieli, ale też dla ludzkości.


Opracowanie:
Tomasz Nakonieczny


Źródło:
Indigenous Sense in a Nonsensical Time
o niewątpliwie