niedziela, 2 lipca 2023

"Ziemia jest jak człowiek" - rozmowa z duchowym przywódcą Indian Huichol

Żyjący w zachodnim Meksyku indiański lud Wixáritari (Huichole) zachował bardzo starą, liczącą przeszło 3000 lat kulturę silnie związaną z przyrodą. Przetrwanie jej jest ściśle powiązane z ocaleniem ważnych dla niej miejsc stanowiących o tożsamości ludu Wixáritari, a którym zagrażają plany budowy kopalń metali nieżelaznych.

Starania Wixáritari przed dziesięciu laty zaowocowały pięcioletnim moratorium na wydawanie koncesji wydobywczych w świętych ziemiach tego ludu. Niestety moratorium się skończyło pięć lat temu, gdy przeprowadziłem ten wywiad z José Luisem.


Marakame José Luis Katira” Ramírez jest przedstawicielem starszyzny i przywódcą duchowym ludu Wixáritari zwanego także Huicholami ze wspólnoty z Sierra Madre Occidental w La Laguna.

Jest także tradycyjnym uzdrowicielem, zaangażowanym w ochronę świętych miejsc ludu Wixáritari w zachodnim Meksyku, zagrożonych projektami górniczymi. W tym celu podróżuje i współpracuje z Polakami, Francuzami, a także z przedstawicielami rdzennych społeczności w Ameryce Południowej, które borykają się z podobnymi problemami, co Wixáritari. Jest też głównym bohaterem filmu Huiczole, ostatni strażnicy pejotla”.


Indianie Wixáritari (Huichol) podczas dorocznej pielgrzymki na świętą pustynię Wirikuta
(Zdjęcie źródło: Kauyumarie, Wikimedia commons)


Z José Luis rozmawia Tomasz Nakonieczny


Proszę opowiedzieć coś o swojej kulturze. Słyszałem, że jest pan członkiem starszyzny swojego ludu.

José Luis: Urodziłem się w Meksyku w społeczności rdzennej, która nazywa się Wixáritari . Na północy stanu Jalisco. To jest taka wspólnota rdzenna, właśnie Wixáritari, która zachowała swoją kulturę w czystej niezmienionej postaci. Wszystko to, co się zachowało, jest praktykowane i dalej stanowi część naszej kultury. Z pokolenia na pokolenie przekazujemy naszą tradycję i kulturę dzieciom i wnukom od zamierzchłych czasów aż po dziś dzień. Jestem liderem naszej społeczności oraz ostatnim strażnikiem naszej świętej rośliny.


Jaki jest związek ludu Wixárika z ziemią i naturą pośród której zamieszkuje?

JL: Kochamy naturę. Dla nas jedna z gór jest święta, tzw. Święta Góra znajdująca się niedaleko naszej społeczności. Mamy też tereny o wysokiej wartości ekologicznej, które niestety nie są respektowane. W centrum naszych terenów mamy Miejsce Ognia. Na wschodzie mamy miejsce, gdzie wstaje słońce. Nazywa się ono Wirikuta i znajduje się w stanie San Luis Potosí. Na północy mamy górę Cerro Gordo, czyli Gruba Góra. Mamy też w stanie Jalisco święte miejsce, tj. jezioro, które nazywa się Chapala. Na tym jeziorze jest Wyspa Skorpiona. Mamy też kolejne święte miejsce – San Blas, które jest miejscem przepowiedni i razem z pozostałymi świętymi miejscami tworzy rodzaj rąbu. To są miejsca, które są dla nas cenne, które kochamy i w których żyjemy. Obejmujemy je, jak Pacha Mama – Matka Ziemia, bo ona daje nam życie. Wszystkie miejsca, czy góry, czy drzewa, wszystko to zasługuje na szacunek i wszystko to trzeba kochać.


Czym dla ludu Wixáritari jest Wirikuta i dlaczego jest dla was taka cenna?

JL: To jest jakby głowa połączona taką jakby anteną z Wszechświatem. Tamto ostatnie miejsce, o którym powiedziałem, czyli San Blas to jest morze i tam właśnie była taka przepowiednia, że z stamtąd wyruszyli nasi przodkowie. W Wirikucie wszystko się zaczęło – nauka, wiedza. Tam wszystko powstało. Możemy powiedzieć, że tam powstała ludzkość. Wstała niejako, a było to tysiące, tysiące lat temu. Stamtąd pochodzą nasi przodkowie, nasi pradziadkowie. Tam właśnie są ślady pierwszej ludzkości. To miejsce jest początkiem największej świątyni, jaką jest Niebo. Naszą świątynią jest, jak się przyjrzymy... No właśnie! To jest jakbyśmy wyobrazili sobie te cztery punkty świata, które najpierw były wyznaczone na ziemi. Na podstawie i pośrodku jest piąty punkt, z którego wyrasta drzewo, które się kończy krzyżem i ono idzie do nieba. To wszystko jest naszą świątynią. Pierwsi ludzie wyruszyli z zachodu i byli we wszystkich tych punktach. Szli w stronę wschodu, gdzie zobaczyli (to można różnie opisywać w różnych religiach) punkt, takie jakby ostrze. Tam właśnie wstało pierwsze słońce, pojawiło się pierwsze światło, tam właśnie zobaczyli, jak ono wychodzi. Później, gdy się to skończyło, mityczny wąż wracając do pierwszego punktu zamienił się w różne strumyki i rzeki. Wszystko tam powróciło, aż dotarło do Jeziora Chapala.

To jest bardzo piękne! To jest tak, jak ja ciągle wracam do Meksyku. Tak samo działa świat, że są różne pory roku i różne punkty i wszystko to jest cykliczne. Wszystko się kręci. Na Wirikucie przetrwało, chociażby w innych miejscach już może zniknęło, takie nasionko, które było zalążkiem wiedzy, zalążkiem wszystkiego. Stamtąd wywodzą się różne rośliny, zioła, m.in. pejotl, ale też inne rośliny, które są przydatne zarówno dla ciała, jak i dla duszy, leczą różne choroby. Tam jest bardzo duża różnorodność biologiczna, jak biblioteka z księgami, gdzie możemy przewracać kartki i patrzeć, które zioło jest na co. Ale najważniejszą rośliną jest hikuri, czyli peyotl, który daje nam nierika, czyli wizję. To jest właśnie to „Wow!”. Otwiera on nam taki ekran. Trzeba jednak znać się na roślinach, ponieważ niektóre są dobre, ale niektóre trujące. Podobnie różne zwierzęta, które tam występują. Niektóre są niebezpieczne. Tak więc trzeba się na tym znać, bo to jest jak broń. Jeżeli nie umiemy się nią posługiwać to może być ona bardzo niebezpieczna.

Ciekawe jest właśnie to, że wiele ludów ma swoją świętą górę, jak my. Na przykład Machu Pichu też jest umieszczone na górze. Jest to więc rzeczywiście zbieg okoliczności. I my mamy swoją górę, która jest połączona z niebem i jest dla nas święta.

Ziemia jest taka jak człowiek. Ma stopy. Ma ręce. Odczuwa tak samo i tak samo rozumie. Jeżeli potrzebujemy np. się wyleczyć, to zwracamy się do Matki Ziemi i do naszego Ojca i wtedy ta ziemia, ta przyroda zrozumie nas i wysłucha. Dlatego to wszystko jest świątynią.


Co zagraża świętej ziemi Wirikuta?

JL: Na początku rząd zobowiązał się do ochrony Wirikuty i świętej ziemi, jako części dziedzictwa naturalnego. Natomiast później okazało się, że wydał koncesję wielkim firmom wydobywczym na poszukiwanie i wydobycie surowców. Dlatego teraz jesteśmy w konflikcie z władzami i szukamy jakiegoś rozwiązania. Z tego powodu jesteśmy tutaj w Europie i z pomocą Iwony, czy Renaty organizujemy różne akcje, aby wesprzeć i obronić naszą świętą ziemię. Dlatego też pokazujemy film dokumentalny „Huiczole, ostatni strażnicy pejotla”, aby ludzie poznali naszą historię, żeby dowiedzieli się czegoś o naszej kulturze i o sytuacji Wirikuty. Zaczęliśmy w 2015 roku, a cała akcja i konflikt trwa do dzisiaj. To jest już taki, można powiedzieć, drugi zryw w obronie naszej świętej ziemi. W tym roku, a i w najbliższej przyszłości ta sytuacja tak naprawdę się pogarsza. Zwłaszcza w stanach Durango, Zacatecas, czy Nayarit sytuacja jest bardzo bardzo zła. Teraz lud znowu powstaje, ale sytuacja jest nieciekawa. W zeszłym roku w wyniku tego konfliktu w San Sebastian zamordowano dwie osoby. Trwa bardzo duża inwazja na ziemię, głównie w społeczności San Andrés w całym stanie Nayarit. Sytuacja tam jest bardzo napięta. Dlatego szukamy rozwiązania.


W jaki sposób my Polacy będąc u siebie tutaj możemy wam pomóc?

J.L: Jesteśmy w trakcie przygotowań zbiórki pieniężnej, aby wykupić tereny Wirikuty i wziąć sprawy w swoje ręce. Zbliżają się wybory prezydenckie w Meksyku, które odbędą się 1 lipca. Mamy nadzieję, że coś zmienią, bo jak dotąd rząd jedynie obiecywał i obiecywał, natomiast przez lata ta sprawa była nierozwiązana. Więc teraz mamy nadzieję, że rząd wreszcie zajmie się tą ziemią i będzie ją ochraniał, tak jak zawsze obiecywał.


Jakie ma pan przesłanie z samego serca swojej kultury dla nas Polaków, ludzi żyjących w Środkowej Europie?

J.L: Chciałbym przede wszystkim wyrazić wdzięczność. Nie jest to pierwszy i mam nadzieję, że nie będzie to ostatni raz, kiedy tutaj jestem. I chciałbym poprosić o błogosławieństwo od naszej Matki i naszego Ojca dla Polski, dlatego, że tak naprawdę mamy bardzo podobne problemy. My tam w Meksyku walczymy o swoją ziemię, ale tutaj w Polsce też każdy powinien szanować drzewa, góry i skały i całą przyrodę.

Tak naprawdę chodzi o to, aby zbudować most, żebyśmy my razem współpracowali ze sobą. Żebyśmy budowali takie mosty porozumienia i współpracy.

Byłem nie tylko w Polsce, ale też w Boliwii i Kolumbii i tam też jest bardzo dużo problemów związanych z ziemią. Są tam różne firmy związane z sektorem ropy naftowej i inne korporacje, które tam wchodzą i zaczynają niszczyć ziemię. Dlatego wszyscy razem musimy być silni. To jest właśnie to moje przesłanie, ten mój przekaz – żebyśmy byli zjednoczonym i silnym ludem i współpracowali, bo wtedy możemy coś osiągnąć.

Chcemy aby był pokój i miłość, a nie wojna.


Dziękuję za rozmowę.


Warszawa, czerwiec 2018 r.



Marakame José Luis Katira” Ramírez jest przedstawicielem starszyzny i przywódcą duchowym ludu Wixáritari zwanego także Huiczolami ze wspólnoty z Sierra Madre Occidental w La Laguna.

Jest także tradycyjnym uzdrowicielem. Zaangażowany w ochronę świętych miejsc ludu Wixáritari w zachodnim Meksyku, zagrożonych projektami górniczymi. W tym celu podróżuje i współpracuje z Polakami, Francuzami, a także z przedstawicielami rdzennych społeczności w Ameryce Południowej, które borykają się z podobnymi problemami, co Wixáritari. Jest też głównym bohaterem filmu „Huiczole, ostatni strażnicy pejotla”.


Lud Wixáritari (Huiczole) zachował bardzo starą, liczącą przeszło 3000 lat kulturę silnie związaną z przyrodą. Przetrwanie tej kultury jest ściśle powiązane z ocaleniem ważnych dla niej miejsc stanowiących o tożsamości ludu Wixáritari, a którym zagrażaają plany budowy kopalń metali nieżelaznych.

Starania Wixáritari przed pięciu laty zaowocowały pięcioletnim moratorium na wydawanie koncesji wydobywczych w świętych ziemiach tego ludu. Niestety moratorium właśnie się kończy (czerwiec 2018).



Pragnę podziękować pani Iwonie Klemczak, przewodniczce po Meksyku i tłumaczce za tłumaczenie naszej rozmowy. Strona pani Iwony: www.meksykpopolsku.pl


Zobacz też: 

Ciemna strona "zielonej energii" 

piątek, 3 marca 2023

Trzy szkodliwe aktywności napędzające gospodarkę opartą na wzroście

Przyglądając się współczesnemu światu i analizując przyczyny kryzysu społecznego i ekologicznego na świecie, pokusiłem się o wyodrębnienie trzech podstawowych zjawisk powodujących degradację społeczną, przyrodniczą, a nawet choroby i wojny.

Są to odpowiednio:

1. Niszczenie lasów i mokradeł.
2. Rolnictwo przemysłowe.
3. Wydobycie surowców mineralnych, w tym ropy i gazu ziemnego (także łupkowego).

Na początek pragnę zwrócić uwagę, że te trzy czynniki częściowo wynikają z siebie na wzajem, np. intensywne rolnictwo sprzyja zmniejszaniu powierzchni lasów wypalanych pod uprawy, podobnie górnictwo pochłania obszary leśne pod wydobycie, a jeszcze większe obszary naraża na przesuszenie i degradację.
Kanadyjskie kopalnie łupków bitumicznych pochłonęły i zamieniły w skażone pustynie setki tysięcy hektarów dziewiczego lasu. A z kolei intensywne rolnictwo napędza przemył wydobywczy, o czym więcej poniżej.

Kopalnia łupków bitumicznych w Kanadzie (Autor: Howl Arts Collective, źródło: Wikimedia)


1. Niszczenie lasów i mokradeł - zakłóca obieg wody w przyrodzie, uwalnia węgiel do atmosfery zwiększając efekt cieplarniany oraz przyczynia się do powstawania powodzi i suszy, ponieważ wcześniej las i bagno działy jak gąbka chłonąca wodę podczas opadów lub roztopów, a oddająca ją podczas suchych okresów.
Jak wykazały ostatnie doniesienia naukowców, Puszcza Amazońska wpływa na rozkład opadów deszczu i śniegu w południowo-zachodniej Ameryce Północnej.
Zniszczenie tych lasów oznaczałoby ogromne susze w Górach Skalistych i Górach Sierra Nevada oraz na ważnych gospodarczo terenach rolniczych Kalifornii. Poza tym mogłoby to spowodować efekt porównywalny do El Ninio (przesunięcie ciepłych prądów pacyficznych w stronę obu Ameryk), co skutkowałoby zamieszaniem klimatycznym na całym globie ziemskim.
Zatem nie bez kozery Amazońscy Indianie nazywają swój las nie tyle „płucami” co „sercem Ziemi”.


Zniszczenie lasów w niektórych regionach oznacza pustynnienie, susze i głód, które w dalszej kolejności prowadzą do konfliktów i wojen. Przykładem może tu być Etiopia, która straciła wiele ze swoich lasów i w efekcie pojawiły się katastrofalne susze, które wcale nie byłyby tak dotkliwe, gdyby areał leśny został zachowany. Oczywiście tylko lasy stare i naturalne mogą w pełni efektywnie pracować jako zbiorniki retencyjne.
Gleby pozbawione lasów są wypłukiwane do mórz powodując np. w strefach tropikalnych choroby raf koralowych. W Ameryce Północnej wycinka lasów chroniących tarliska łososia pacyficznego znajdujących się w potokach i strumieniach doprowadziła do ich degradacji. To wszystko negatywnie odbija się na rybołówstwie.
Lasy to również źródło pożywienia i środowisko życia dla wielu ludzi. Kiedy są niszczone, ich mieszkańcy tracą podstawy egzystencji i zasilają rzesze ubogich, gubiąc wreszcie swoją unikalną kulturę, cenną wiedzę o przyrodzie i roślinach leczniczych, jakże cenną szczególnie w obecnych czasach.

Niszczenie suchych lasów w paragwajskim Gran Chaco pod wypas bydła (Autor: Peer V, źródło: Wikimedia)


Niszczenie lasów tropikalnych w Ameryce Południowej sprzyja rozwojowi malarii. Tam gdzie tereny uległy wylesieniu, notuje się większą intensywność zachorowań na tę chorobę.
Niewykluczone, że niektóre niebezpieczne choroby tropikalne pochodzące z Afryki powstały na skutek mutacji bakterii i wirusów spowodowanych zwiększoną gwałtownie operacją słoneczną, a więc promieniowaniem UV w miejscach, które na rozległych obszarach dotychczas były wiecznie zacienione. 

Nie bez znaczenia jest fakt, że w środowisku leśnym organizmy bakterii i pierwotniaków chorobotwórczych lub potencjalnie chorobotwórczych były trzymane w ryzach przez inne organizmy, w tym rośliny z ich antyseptycznymi olejkami eterycznymi. Jednak ta hipoteza wymaga jeszcze badań i studiów.
Przyczyną niszczenia lasów jest głównie rosnący popyt na papier, drewno, ziemię uprawną i pastwiska.


2.Rolnictwo przemysłowe -
wiąże się z dużą energochłonnością i zużyciem surowców mineralnych, a więc i napędzaniem górnictwa.
Potrzebne są przecież paliwa kopalne i komponenty do produkcji nawozów sztucznych oraz chemicznych środków ochrony roślin, co przyczynia się do emisji gazów cieplarnianych, a efekt cieplarniany sprzyja klęskom żywiołowym.
W krajach trzeciego świata lokalni mieszkańcy są ograbiani ze swoich ziem pod megaplantacje produkujące na import, co staje się przyczyną ubóstwa i głodu. To zmusza ludzi do wynoszenia się do slumsów w co raz większych i nieludzkich metropoliach, gdzie każdy dzień jest walką o przeżycie, a tradycyjna mądrość wyrosła z obcowania z naturą i cyklami przyrody ulega zanikowi. Część osób pozostaje jednak na miejscu pracując ciężko na plantacjach za bardzo małe wynagrodzenie, narażając się na toksyczne działanie środków ochrony roślin.


Produkcja żywności skoncentrowana jest w rękach kilku koncernów, które na domiar złego wprowadzają uprawy roślin genetycznie modyfikowanych.
Kolejne aspekty rolnictwa przemysłowego to upadek rodzinnych gospodarstw rolnych na skutek niezdrowej konkurencji rolnictwa przemysłowego. W efekcie zanika także lokalna kultura wiejska i zrywane są więzi społeczne tak charakterystyczne dla wsi.


Produkcja biopaliw której uprawy zajmują coraz większy areały, pierwotnie przeznaczone na produkcję żywności oraz wspomnianą energochłonność, powoduje upadek lokalnej produkcji, a to z kolei powoduje wzrost cen żywności. W rezultacie rynek zalewany jest przez żywność śmieciową, która nawet nie jest godna miana żywności.

Zapotrzebowanie na olej palmowy w związku z rozwojem sektora biopaliw przyczynia się do niszczenia dziewiczych lasów tropikalnych Malezji pod plantacje palmy olejowej. Lasy porastające wyspy pomiędzy Azją i Australią są kluczowe w sterowaniu światowymi wzorcami pogodowymi dzięki osłabianiu El Ninio. To także dom lokalnych społeczności rdzennych, jak Dajakowie i Penanowie.  (Fot. źródło Wikimedia)


Rolnictwo przemysłowe zużywa też ogromne ilości wody, jak również ogromne jej ilości zatruwa. Pojawia się więc problem niedoboru wody pitnej. Głód i deficyt wody, jak wspomniałem wyżej, sprzyja napięciom i konfliktom, a nawet wojnom.
Zamieszki w Egipcie podczas tzw. Arabskiej Wiosny spowodowane były głównie rosnącymi cenami żywności.


Rolnictwo przemysłowe napędza przemysł chemiczny oraz zanieczyszcza morza i rzeki.
Zaś produkcja skażonej chemicznie i wyjałowionej z witamin i minerałów, ale taniej żywności powoduje jej zalew na rynku kosztem wypierania zdrowej żywności stającej się luksusem dla bogatej klasy średniej i wyższej.
W efekcie wzrasta rzesza schorowanych ludzi - konsumentów leków i suplementów pochłaniających pokaźną część ich budżetu.
Ziemia intensywnie uprawiana, przesiąknięta pestycydami - staje się kompletnie jałowa lub w najlepszym wypadku traci cenne minerały, których próżno szukać w sztucznych nawozach.
A ich niedobór w glebie oznacza niedobór w jedzeniu, a w konsekwencji w naszych organizmach.
Na przykład niedobór cynku sprzyja bezpłodności i obniża odporność.
Niedobór magnezu sprzyja depresjom (poważny problem, zwłaszcza w krajach rozwiniętych), nowotworom, chorobom wątroby i układu krążenia, podnosi także ryzyko wystąpienia stwardnienia rozsianego.
Niedobór selenu sprzyja chorobom grzybicznym, takim jak np. candidoza.
Niedobór kobaltu powoduje niedobór witaminy B12, a w konsekwencji obniżoną ilość białych ciałek krwi i zły stan układu nerwowego.
To tylko kilka przykładów obrazujących związek kondycji człowieka z kondycją gleb wykorzystywanych rolniczo i ogrodniczo.


Zwierzęta stłoczone w wielkich hodowlach, niczym w obozach koncentracyjnych i karmione niezdrową paszą chorują. Są wiec faszerowane antybiotykami.
A żeby zwiększyć wydajność produkcji mięsa daje się im hormony.
Jemy więc nie tylko mięso chorych zwierząt, ale wręcz zatrute hormonami i antybiotykami.
Efekty: między innymi zaburzenia hormonalne, impotencja i bezpłodność, depresje, nowotwory i inne schorzenia pojawiające się u ludzi.
Ponadto hodowle bardzo mocno zanieczyszczają wody powierzchniowe i podziemne.
Szacuje się, że 2/3 terenów rolniczych przeznaczona jest na produkcję paszy dla zwierząt hodowlanych. Gdyby wszyscy ludzie przeszli na wegetarianizm lub ograniczyli spożycie mięsa do owoców morza, wówczas tylko 1/3 obecnych terenów rolniczych byłaby wykorzystywana zapewniając wyżywienie dla 7 mld ludzi.


3. Przemysł wydobywczy- jest podstawą pozostałych gałęzi przemysłu i całej cywilizacji technicznej.
Jednak nasze uzależnienie od wszelakiej maści surowców prowadzi do bardzo wielu szkodliwych zjawisk, zarówno w środowisku przyrodniczym, jak i w społeczeństwie.
Oto kilka przykładów:
Wydobycie gazu z łupków naraża na skażenie ostatnie rezerwuary czystej wody – zbiorniki wód podziemnych, a ponadto wiąże się z ogromnym zużyciem czystej wody, co szczególnie dotkliwie odbija się na terenach z jej niedoborem.
Wydobycie ropy, jej przetwarzanie i spalanie przyczynia się do zanieczyszczenia atmosfery, mórz (awarie tankowców i platform wiertniczych niszczących ekosystemy morskie i podstawy rybołówstwa), rzek i gleb i lasów (awarie ropociągów w Amazonii, Kanadzie i Rosji).
Wydobycie ropy już teraz zrujnowało podstawy egzystencji plemienia Ogoni w delcie Nigru w Afryce.
Ludzie chorują i są prześladowani przez władze Nigerii wspierane przez koncerny naftowe takie, jak Shell za próbę walki o prawo do czystego środowiska.

Wydobycie ropy i innych surowców na ziemiach należących do rdzennych ludów w Afryce, Ameryce Łacińskiej, w Południowo-Wschodniej Azji i na Dalekiej Północy, najczęściej bez konsultacji i zgody mieszkańców powoduje całkowite zniszczenie podstaw ich życia, zdrowia i źródła pożywienia, oraz erozję kultury na rzecz pseudo pop- kultury, którą pozostaje im się karmić w slumsach wielkich miast, do których musieli się wynieść ze swoich ziem.


Nie trzeba daleko szukać negatywnych przykładów górnictwa.
Nasi słowiańscy bracia Serbowie Łużyccy ze wschodnich Niemiec muszą walczyć z planami budowy i rozbudowy kopalń węgla brunatnego na ich tradycyjnych ziemiach, na których znajdują się ich stare wsie z kościołami i innymi zabytkami. Przetrwanie ich ziemi oznacza przetrwanie ich małej ojczyzny oraz całej tożsamości kulturowej i narodowej.


Ropa i gaz stały się przyczyną kosztownych, wyniszczających wojen na Bliskim Wschodzie. Surowce metaliczne oraz diamenty były i są przyczyną rozlewu krwi w Afryce. Weźmy słynny przykład krwawej wojny o złoża koltanu w Demokratycznej Republice Kongo, używanego w m.in. w naszych telefonach komórkowych.
Kopalnie i huty boksytu poważnie zagroziły podstawom życia ludu Donghria w Indiach. Las i góry uważane przez nich za święte miały zamienić się w kopalnie. Na szczęście udało im się zablokować destruktywne projekty dzięki pomocy międzynarodowych organizacji pozarządowych.


Kopalnie rud metali oraz spalanie węgla kamiennego są źródłem metali ciężkich, niszczących zdrowie ludności i zatruwających rzeki i gleby.
Kopalnie złota zatruwają rzeki nie tylko metalami ciężkimi, takimi jak rtęć, ale również cyjankiem.
Przypomnijmy sobie katastrofę ekologiczną na Węgrzech, gdzie z rumuńskiej kopalni złota popłynął cyjanek do węgierskiej rzeki Cisa zabijając w niej życie.
Na terenie Węgier zdarzyła się kilka lat temu kolejna katastrofa, podczas której wiele hektarów ziemi uprawnej zostało skażonych metalami ciężkimi na skutek rozlania się szlamu podeflotacyjnego ze zbiornika obok kopalni.


Przyczyną wzrostu wydobycia metali nieżelaznych jest między innymi wzrost produkcji urządzeń elektrotechnicznych, takich jak komputery, i-pody, smartfony, tablety itp. Problemem jest tu po prostu nadmierna konsumpcja tych produktów i zbyt słabo rozwinięty odzysk metali ze zużytego sprzętu.


Co my zatem możemy zrobić?
Wydaje się, że problemem jest tu cały system ekonomiczny oparty na kumulacji kapitału i konkurencji.
Taki system zawsze będzie nieludzki na skutek rozbijania więzi społecznych i wzmacniania rządzy posiadania coraz więcej oraz szkodliwy dla przyrody.
To, co przychodzi na myśl, jako jedna z dróg wyjścia, to oddolna bezkrwawa rewolucja polegająca na tworzeniu egalitarnych społeczności, dążących do samowystarczalności i niskiej energo- i surowcochłonności.
Na pewno dobrym pomysłem jest po prostu konsumować mniej dóbr i używać ich bardziej rozważnie, nie marnować jedzenia, segregować odpady, kupować produkty na bazarach od lokalnych rolników, korzystać częściej z komunikacji zbiorowej, pociągów, tramwajów, autobusów, jeździć na rowerze, a jak najmniej korzystać z samochodów, a jeśli już, to zabierając pasażerów. Wówczas ktoś inny będzie mógł zrezygnować z jazdy własnym autem. W ten sposób nie tylko zmniejszymy zanieczyszczenie powietrza, ale będziemy konsumować mniej ropy i gazu.


Być może wystarczy uświadomić sobie naszą łączność z całym światem i zacząć zmiany od siebie, aby go uzdrowić.


Tomasz Nakonieczny

Zobacz też Ciemna strona "zielonej energii"




piątek, 8 lipca 2022

"Zielona transformacja" czy zielony kolonializm?

"Istotne problemy naszego życia nie mogą być rozwiązane na tym samym poziomie myślenia, na jakim byliśmy, kiedy je tworzyliśmy."
Albert Einstein

 

Postępujące zmiany klimatyczne wywołują liczne klęski żywiołowe na całym świecie, przyspieszają pustynnienie gleb, wymieranie gatunków, załamywanie się ekosystemów i w ogóle osłabiają fundamenty naszego bezpieczeństwa. Ludzie dotknięci klęskami żywiołowymi i głodem zmuszeni są do masowej migracji. W miejscach, z których uciekają, głód i brak ekonomicznej stabilności stają się przyczyną konfliktów zbrojnych, które które jeszcze bardziej motywują wielu ludzi do opuszczenia swoich ojczyzn. Jednak masowy napływ emigrantów i uchodźców destabilizuje i osłabia społeczeństwa, do których przybywają, stając się przyczyną napięć społecznych. Sytuację na świecie dodatkowo pogarszają konflikty, jak ten na Ukrainie, który dodatkowo zagraża światowemu bezpieczeństwu żywnościowemu.

Wiemy już bezspornie, że emisja gazów cieplarnianych ze spalonych paliw kopalnych oraz zniszczonych lasów, gleb i torfowisk (CO2) oraz instalacji wydobywczych i gazociągów (CH4) przyczynia się do postępującej destabilizacji klimatu. Są oczywiście osoby, które temu przeczą, ale zwykle są to ludzie związani ze skrajnie prawicowymi think-tankami lub biznesem paliwowo-energetycznym wspierającym te pierwsze oraz zwykłe jednostki wkręcone w teorie spiskowe chętnie podtrzymywane przez rzekomo antysystemowe ugrupowania, a w rzeczywistości także powiązane z biznesem i prawicą (która ta ostatnia w odróżnieniu od przedwojennej prawicy nie kocha już przyrody traktując ją jako zasób do eksploatowania).

Wiemy też, że musimy nasze emisje nie tylko ograniczyć, ale na tym etapie już nawet wyzerować.

Jednak czy aby emisje CO2 i metanu, dwóch głównych gazów cieplarnianych, są tu problemem samym w sobie?

Tak wierzą eko-technokraci (wielu z nich jest powiązanych z kolei z liberalną demokracją), którzy hołdują dystopijnej ideologii „zielonego wzrostu”, rzekomo bezemisyjnemu. W czym zatem problem? – „Zielony wzrost” oparty jest na tych samych zasadach co ideologia wzrostu gospodarczego mierzonego wskaźnikiem PKB. To właśnie ten wzrost gospodarczy jest główną przyczyną kryzysu. Ideologowie „zielonego wzrostu” liczą zaś, ze za pomocą tych samych mechanizmów, jakie stoją u podłoża obecnego kryzysu ekologicznego, którego kryzys klimatyczny jest częścią, rozwiążą go. Jest to jednak absurdalne myślenie.

W niniejszym artykule pragnę przybliżyć świadectwa dwójki tubylczych aktywistów wskazujących na namacalne zagrożenia ze strony „zielonej transformacji” opartej na szkodliwym prymacie ciągłego wzrostu, jak również ich perspektywie z jakiej widzą konieczność zmian, aby z jednej strony uchronić planetę przed klimatyczną katastrofą, a z drugiej ratując ją nie pogrążyć jej w innego rodzaju ekologicznych klęskach.


Głos wołającego na (amerykańskiej) pustyni

Gary McKinney jest Indianinem wywodzącym się z Zachodnich Szoszonów i Północnych Pajutów. Jako rzecznik Ludzi Czerwonej Góry (Atsa Koodakuh wyh Nuwu ) zaangażował się w walkę w obronie miejsca zwanego Thacker Pass (w języku Pajutów Peehee Mu’huh). Miejsce to jest szczególne dla jego plemienia z wielu powodów. Oprócz ochrony drzew, terenów trawiastych, źródeł, jezior i stawów chodzi o uchronienie ważnego dla historii Pajutów terenu przypominającego o tym, jak kolonializm próbował zniszczyć ten lud.

Gary McKinney (Źródło: Cultural Survival)


Thacker Pass znajduje się na południowym skraju pradawnej wulkanicznej kaldery McDermitt w Nevadzie. W 1865 r. Amerykańska Kawaleria dokonała tutaj masowych mordów na społeczności Pajutów. Oczywiście takich haniebnych czynów kawalerzyści dokonali na tym plemieniu więcej.

Obecnie Pajutowie mają inny problem. Zderzają się ze skutkami „zielonej transformacji”, która oficjalnie mając na celu powstrzymanie emisji gazów cieplarnianych (co jest bez dyskusji konieczne), to jednak w inny sposób uderza w planetę.

W Thacker Pass odkryto bogate złoża litu. Władze pozytywnie rozpatrzyły propozycję firmy Lithium Americas, aby otworzyć tutaj wielką kopalnię odkrywkową obejmującą wraz z terenami przetwórczymi ponad 7000 ha, z czego sama odkrywka zajmie 2300 ha. Znajdą się tutaj także zbiorniki z kwasem solnym potrzebnym w procesach technologicznych. Na terenie kopalni będzie produkowany węglan litu potrzebny do produkcji baterii litowych znajdujących zastosowanie w takich dobrach konsumpcyjnych, jak urządzenia elektroniczne, (laptopy, tablety) i pojazdy elektryczne. Cały projekt ma tutaj trwać przez 41 lat.

Uzgodnienia miały miejsce za plecami miejscowych plemion, pomimo że przepisy zobowiązują przy inwestycjach dotyczących rdzennej ludności Ameryki Północnej uprzednich adekwatnych konsultacji. Brak konsultacji to oczywiście tylko jeden z kilku powodów, dla których Indianie sprzeciwiają się inwestycji.

W Nevadzie rdzenni mieszkańcy protestują przeciwko kopalni litu w Peehee Mu'huh (Przełęcz Thacker) na ziemi Szoszonów, Paiutów i Bannocków, która zniszczyłaby miejsca pochówku przodków, zasoby wodne i siedliska życia lokalnych gatunków, jak preriokur ostrosternywidłoróg amerykański i święte dla Indian orły przednie. (Fot. Gary Mckinney. Źródło: Cultural Survival)

„Nie jesteśmy protestującymi. Jesteśmy obrońcami lądu i wody. Chodzi o to, aby nasz lud zrozumiał, że ten system nas wykorzystuje, a teraz nadszedł czas, abyśmy się przebudzili. Rzeczy, które są dla nas naprawdę ważne, takie jak nasi krewni, nasze zwierzęta, nasze wzajemne relacje, muszą być chronione. Zmiana, którą próbujemy wprowadzić, jest głęboko powiązana ze zmianami historycznymi i w przestarzałych przepisach górniczymi, takich jak ustawa górnicza z 1872 roku. Przepisy takie stworzono w celu „osiedlenia” Zachodu i eksmisji rdzennej ludności z ich ziem. We wszystkich tych późniejszych latach przepisy dotyczące górnictwa w USA nadal uprzywilejowują wydobycie wobec innych sposobów użytkowania. Reforma musi obejmować wymóg uzyskania wolnej, uprzedniej i świadomej zgody dotkniętych społeczności rdzennych.” – Mówi Gary McKinney.

- „Teraz nasza kolej, aby wstać i mówić, chronić i chronić to, co zawsze było nasze. Wszyscy stoimy na tej samej Ziemi. To, co zabrano tobie, zabrano mnie. To, co mi zabrano, zabrano tobie. Tak powinno być we wszystkich Czterech Kierunkach. A co, gdybyśmy cofnęli się o krok i wrócili na ziemię? Będziemy budować relacje i duchowość, których może ci brakować. Jako Lud Czerwonej Góry znamy nasze korzenie i tradycje, i jesteśmy gotowi stanąć do walki o nasze.”

Tak więc tutaj pod Czerwoną Górą w Nevadzie widzimy, że ratowanie klimatu uderza w inne cenności planety. W tych półsuchych terenach jest nią woda. Kopalnia zagraża jej zarówno ilościowo, jak i jakościowo. Pośrednio uderza także w lokalne ekosystemy oraz w ludzi, których tożsamość zbudowana jest na silnej identyfikacji z krajobrazem i ze środowiskiem przyrodniczym, które są traktowane jako coś integralnego z plemieniem i ze wspólnotą.

Daranda Hinkey z plemion Pajute i Szoszoni podczas Marszu w Peehee Mu’huh na Rzecz Szerzenia Świadomości o Zaginionych i Zamordowanych Tubylczych Kobietach. (Fot. @PeopleOfRedMountain. Źródło: Cultural Survival)


Gary McKinney powiedział też coś, co można potraktować jako celną diagnozę obecnego kryzysu:

„Nie trzeba daleko szukać, aby zobaczyć, jak wiele społeczności dotkniętych górnictwem pozostawiono ze skażonymi rzekami pozbawionymi ryb, od których były zależne. Ta kraina już jest sucha. Nie można wydobywać i przetwarzać litu tam, gdzie jest wilgoć. Musi się to odbywać na pustyni. Kiedy odpady przemysłowe wyparują, wiatr je rozwiewa i przenosi wprost na nas. Z biegiem czasu zaczniemy dostrzegać zmiany środowiskowe, np. mniejszą ilość wody w naszych jeziorach, ponieważ muszą zostać poddane odwodnieniu, a woda przekierowywania do kopalni. Płaci się naukowcom i rzecznikom, aby przybywali tu i prowadzili kampanię na rzecz przejścia na zieloną energię. Wszystko opiera się na tym kryzysie klimatycznym i innych kryzysach wywołanych przez człowieka. A gdyby tutaj nie było wydobycia? A jeśli nie było by ekstrakcji? Co by było, gdyby nie było odwadniania, parowania, biegania po społecznościach, aby je przekonywać do kopalni? Możemy nie widzieć kryzysu klimatycznego. Ale ten kryzys klimatyczny ma trzy korzenie: kapitalizm, kolonializm i ekstraktywizm (górnictwo – przyp. tłum.).

 

Aby sprostać wysokiemu zapotrzebowaniu na lit, powołano się na obowiązującą w USA Ustawę o produkcji obronnej i ponadpartyjną Ustawę o infrastrukturze, które zlekceważą konsultacje plemienne. Konsultacje plemienne są ważne, aby zachować i ocalić miejsca kultury i miejsca pochówku, artefakty, historie z nimi związane, wszystkie te rzeczy, które podlegają ochronie. Ustawa o produkcji obronnej mówi, że korporacje nie muszą się z nikim konsultować.

 

Przesłanie z Dalekiej Północy

Problem związany z koniecznością zielonej transformacji, wynikły z tego, że nie towarzyszy jej równolegle transformacja świadomości i ekonomii, możemy wyraźnie zobaczyć na całym świecie, w tym także w Laponii – Dalekiej Północy Skandynawii.

Podobnie jak w Ameryce Północnej wzrasta tam presja górnicza na wydobycie metali ziem rzadkich, metali nieżelaznych (rud żelaza również) we wrażliwych ekologicznie strefach tundry i lasotundry, które i tak są pod silną presją postępujących zmian klimatu.

Produkcja niskoemisyjnej energii zależy od niszczycielskich dla klimatu metali takich jak lit, miedź, nikiel i kobalt. Panele słoneczne wymagają dużych ilości aluminium, srebra i cyny, podczas gdy stopy do turbin wiatrowych wymagają dużych ilości niklu. Metale mają duży ślad węglowy, ponieważ wytwarzane są w dużych ilościach w energochłonnych procesach wydobycia i rafinacji. Poza tym ich złoża znajdują się bardzo często na odległych ziemiach rdzennych mieszkańców.

Znany jest w rosyjskiej Laponii problem istniejących kopalni niklu i planowanych kopalni litu.

W norweskiej części Laponii poważne zagrożenie dla środowiska, delikatnych ekosystemów oraz tradycyjnego stylu życia Samów – rdzennych mieszkańców, stanowią także same elektrownie na odnawialne źródła energii. Bynajmniej nie można o nich powiedzieć, że to „zielone źródła energii”. Są to elektrownie wodne niszczące ekosystemy rzek, odcinające ryby wędrowne od ich tarlisk i zalewające odwieczne trasy migracyjne reniferów.

Są to również farmy wiatrowe o wysokości każdego z wiatraków 200 metrów, zlokalizowane w odległych wrażliwych miejscach, które do nie dawna były niemal dziewicze. Budowa elektrowni wiatrowych wymusza budowę sieci dróg do tych trudno dostępnych miejsc oraz, podobnie jak wspomniane wyżej elektrownie wodne, zaburza odwieczne trasy migracji reniferów. Farmy wiatrowe spowodowały również utratę części pastwisk.


Na renifery silnie oddziałują wielkoskalowe farmy wiatrowe. Unikają one obszarów, na których stoją. Farma wiatrowa Roan. (Fot. Statkraft. Źródło: Cultural Survival)



Należąca do narodu Samów Maja Kristine Jåma jest pasterką reniferów w norweskim Fovsen-Njaarke Sijte, a od września 2021 politykiem, członkiem Sámediggi – Parlamentu Samów w Norwegii.

Praca Jåmy dotyczy rzeczywistego wpływu farm wiatrowych, powszechnie uważanych za formę zielonej energii, na społeczności Samów. Samowie stanowią nieco ponad 1% całej populacji Norwegii, liczącej około 4,7 miliona. Jåma mówi, że w ostatnich latach farmy wiatrowe zostały powiększone, a niektóre z nich rozbudowane na wielką skalę w postaci turbin o wysokości 200 metrów. „Umieszcza się je w górach na terenach wypasu reniferów. Zajmują tereny wykorzystywane do tradycyjnych źródeł utrzymania Samów” – mówi Jåma. „To zupełnie nowe konstrukcje w miejscach, gdzie wcześniej istniała tylko natura.”

 „Te miejsca stają się coraz bardziej uprzemysłowione. Na nasze tereny silnie wpływają również inwestycje hydroenergetyczne. W obu przypadkach zajmują ziemię i przeszkadzają nam żyć naszym tradycyjnym sposobem życia. Dla tych z nas, którzy doświadczają utraty ziemi z powodu tak zwanej „zielonej energii”, jest to w rzeczywistości nic innego jak zielona kolonizacja. Zostaliśmy zmuszeni do opuszczenia naszej ziemi z powodu czegoś, co uważa się za zieloną energię. Nie ma nic zielonego w naruszaniu tubylczych praw i niszczeniu przyrody”.

Maja Kristine Jåma (Źródło: Cultural Survival)

Z takim podejściem do rodowitych ziem przez producentów energii odnawialnej Samowie walczą od 20 lat. Od niedawna zaczynają być traktowani poważnie i odnosić pierwsze sukcesy.

W historycznym wyroku z października 2021 r. Sąd Najwyższy Norwegii orzekł, że dwie farmy wiatrowe wzniesione na półwyspie Fosen w zachodniej Norwegii naruszyły prawa rodzin Samów, w tym rodziny Jåmay, do praktykowania ich kultury, naruszając Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych ONZ. Farmy wiatrowe Storheia i Roan tworzą największy w Europie lądowy park wiatrowy, który może dostarczać energię do ponad 170 000 gospodarstw domowych. Według Fosen Vind, Storheia i Roan odpowiadały za ponad 20 % energii wiatrowej produkowanej w Norwegii w 2020 roku. 11 sędziów Sądu Najwyższego jednogłośnie orzekło, że pozwolenia na eksploatację i zezwolenia na budowę 151 turbin wiatrowych są nieważne. Jednak nie podjęto decyzji o tym, co ma się stać z już wzniesionymi konstrukcjami.

Renifer zjadający porosty. (Fot.Denis Simonet. Źródło: Cultural Survival)

Według Jåmy skala energii wytwarzanej przez turbiny jest przytłaczająca. „Renifery są tym silnie dotknięte i unikają obszarów, w których stoją te turbiny. Na naszych rodzinnych terytoriach nie ma miejsca na te wielkie konstrukcje. Straciliśmy już tak wiele ziemi”. Renifery wędrują w zależności od pory roku, aby znaleźć porosty, ich główne źródło pożywienia. Turbiny wiatrowe wpływają na ich wzorce migracji, ponieważ są hałaśliwe i stale się poruszają. Pasterze reniferów chcą, aby turbiny zostały całkowicie zdemontowane, a ziemia została odrestaurowana, ponownie obsadzona roślinnością i zwrócona Samom.

„Sprawiedliwa transformacja nie może nastąpić, dopóki łamane są prawa człowieka i prawa ludności rdzennej. To problem kluczowy. Transformacja nie będzie możliwa, jeśli wpłynie negatywnie to na hodowlę reniferów lub inne tradycyjne sposoby życia, takie jak zbiór jagód, czy zbieranie pożywienia w dzikiej przyrodzie” – mówi Jåma. Zauważa też, że zmiany klimatyczne również znacząco zakłócają sposób życia Samów. „Można to powiązać ze sprawiedliwością klimatyczną, ponieważ ziemia Sápmi i Arktyka doświadczają dużych konsekwencji zmian klimatycznych. Pogoda i pory roku zmieniają się tak szybko, a nasze zimy są tak niestabilne”.

 

Działanie zakorzenione w tubylczych wartościach i Tradycyjnej Wiedzy są być może jedyną drogą do odzyskania równowagi na świecie. Jåma mówi: „Sposób, w jaki niektórzy ludzie tradycyjnie żyją z naturą, nigdy nie biorąc więcej niż potrzebują i szanując ziemię, przyniesie wszystkim korzyści. Ludność rdzenna od pokoleń zarządza ziemią i powinno to być czymś, co uznają państwa i społeczeństwo - powinni korzystać z tego typu myślenia, patrząc na zasoby, które mamy w przyrodzie”.

 

Jåma zwraca też uwagę na nasze codzienne postawy. Czy kupujemy więcej, niż potrzebujemy? Czy używamy rzeczy ponownie, tj. czy je odnawiamy, naprawiamy, aby nie musieć kupować nowych? To wszystko, jak wiemy ma wpływ na ilość zużywanej energii i popyt na surowce, a co za tym idzie na klimat i na cenne przyrodniczo, nierzadko odległe zakątki świata, od których kondycji zależy przetrwanie wielu tradycyjnych społeczności.

Jåma mówi, że ich walka toczy się o źródła utrzymania, o ziemię, która jest silnie związana z ich kulturą i językiem. Mówi, że takie walki mają miejsce na całym świecie, aby przyszłe pokolenia nie musiały walczyć.

 

Podsumowanie

Opisana wyżej dwójka rdzennych aktywistów potwierdza dystopię „zielonego wzrostu”, o której pisał w swojej książce Jason Hickel „Mniej znaczy lepiej. O tym, jak odejście od wzrostu gospodarczego ocali świat”.

Autor na przykładzie licznych dowodów i rzetelnych danych twierdzi, że rozwiązanie bieżącego kryzysu ekologicznego w oparciu o tradycyjny model biznesowo-gospodarczy jest zwyczajnie niemożliwe. Co więcej, trzymanie się tego modelu nieuchronnie prowadzi nas ku katastrofie. Jednocześnie autor wskazuje realne, możliwe do osiągnięcia rozwiązania, których wdrożenie nie tylko nie musi oznaczać zubożenia społeczeństw, ale wręcz poprawi jakość ich bytu i życia. Autor wskazuje także na doniosłą rolę ludów rdzennych w koniecznej transformacji. Zarówno ich holistyczne i nielinearne postrzeganie rzeczywistości, jak również tradycyjna ekologiczna wiedza są tu kluczowe. Odsyłam więc do lektury.

 

Tomasz Nakonieczny

 

 Źródła:

Our Sacred Sites Are More Important than a Lithium Mine

 

Bibliografia:

Jason Hickel „Mniej znaczy lepiej. O tym, jak odejście od wzrostu gospodarczego ocali świat”. Wydawnictwo Karakter 2021. 


Składam podziękowania organizacji na rzecz ludów tubylczych Cultural Survival za udzielenie zgody na opublikowanie zdjęć i cytowanie fragmentów artykułów ze strony tej organizacji. 


Zobacz też:

Ciemna strona "zielonej energii" i jej głęboka przyczyna