poniedziałek, 23 sierpnia 2021

Rdzenni mieszkańcy są największymi ekologami na świecie, ale rzadko to im się przypisuje

Ponad 30 procent Ziemi jest już chroniona dzięki rdzennym mieszkańcom i lokalnym społecznościom.

 

Terytorium Pangasananan na Filipinach jest od wieków chronione przez rdzenną ludność Manobo.
(Dzięki uprzejmości Glaiza Tabanao / ICCA Consortium)

W bujnym kompleksie lasów tropikalnych na wschodnim wybrzeżu Mindanao - drugiej co do wielkości wyspie Filipin, można ujrzeć rzadkiego wspaniale upierzonego zimorodka rdzawego lub przy odrobinie szczęścia usłyszeć przenikliwy krzyk dużego orła filipińskiego, gatunku krytycznie zagrożonego.

Dzika przyroda jest tu obfita nie dlatego, że region został nietknięty dzięki zamknięciu go w jakimś obszarze chronionym lub zabezpieczony przez międzynarodową organizację ekologiczną. Jest tak dlatego, ponieważ terytorium znane jako Pangasananan było od wieków zamieszkiwane przez lud Manobo, który od dawna żył z ziemi uprawiając zboże, polując i łowiąc ryby oraz zbierając zioła. Używają oni wielu metod, aby chronić ziemię – poczynając od ograniczania dostępu do świętych obszarów, przez wyznaczanie sanktuariów dzikiej przyrody, po okresy ochronne poza sezonem polowań. Po części jest tak dzięki tradycyjnemu przekonaniu, że natura i jej zasoby są strzeżone przez duchy.


Pangasananan jest jednym z wielu obszarów na świecie, które pozostają nienaruszone ekologicznie dzięki praktykom ochronnym rdzennej ludności lub społeczności lokalnych. Chociaż miejsca te nie są szeroko udokumentowane przez naukowców, według nowego raportu Konsorcjum ICCA (Indigenous and Community Conserved Area – Obszary Chronione przez Społeczności Rdzenne i Lokalne), grupy opowiadającej się za ochroną przyrody przez rdzennych mieszkańców, około 21 procent wszystkich lądów na Ziemi zachowuje wysoką wartość przyrodniczą właśnie dzięki rdzennym wspólnotom.


Oznacza to, że ludy tubylcze i społeczności lokalne chronią znacznie więcej powierzchni Ziemi niż takie parki narodowe. (Obszary chronione i nadzorowane przez państwa, z których część pokrywa się z terytoriami tubylczymi, według raportu obejmują zaledwie 14 % wszystkich gruntów na Ziemi). Konsorcjum twierdzi, że jego raport jest pierwszą próbą zmierzenia zasięgu obszarów chronionych przez ludy tubylcze i społeczności lokalne, znane jako ICCA lub terytoria życia...


Spotkanie społeczności na terytorium Pangasananan w celu omówienia planów odbudowy i hodowli. (Dzięki uprzejmości Virgilio Domogoy / Matricoso)


Pomimo ogromnej roli, jaką ludy tubylcze odgrywają w ochronie przyrody, ich wkład jest często pomijany. Współczesny ruch na rzecz ochrony przyrody został zbudowany na fałszywej idei mówiącej, że prawdziwa natura to ta „nieskazitelna” i nietknięta przez ludzi, jak napisała dziennikarka środowiskowa Michelle Nijhuis. To sprawiło, że wiele wczesnych wysiłków ruchu na rzecz ochrony przyrody, polegających m.in. na tworzeniu obszarów chronionych, kłóciły się z tubylczymi metodami gospodarowania gruntami – tymi samymi działaniami, które stworzyły wiele krajobrazów, o ochronę których teraz zabiegają kraje.


Jesteśmy niedoceniani” – powiedział Voxowi Reno Keoni Franklin, emerytowany przewodniczący indiańskiego plemienia Kashia Pomo z Kalifornii. „Wiedza plemienna w zakresie ochrony ziemi jest często wykorzystywana i cytowana, ale rzadko ma znaczenie, dopóki nie powie tego biały człowiek. Niestety, taka jest prawda o ostatnich 100 latach ochrony terenów w USA”.


Stawka nie mogła być dzisiaj wyższa. Ponad 50 krajów, w tym Stany Zjednoczone i inne bogate kraje tworzące G7, zobowiązały się do ochrony co najmniej 30% swoich ziem i wód do 2030 roku. Niektórzy rdzenni aktywiści obawiają się, że osiągnięcie tego celu, znanego jako "30 na 30", może nastąpić kosztem praw rdzennej ludności do ziemi.

Ale widzą też okazję do zmiany paradygmatu ochrony na taki, w którym ogromny wkład rdzennej ludności jest rozpoznawany i wspierany. Raport Konsorcjum może pomóc w rozkręcaniu tej zmiany. Stwierdza, że jeśli weźmie się pod uwagę obszary chronione przez społeczności tubylcze i lokalne, oprócz obszarów formalnie chronionych, ponad 30 procent ziemi na świecie jest już chronione.


Ziemie tubylcze chronią bioróżnorodność

Ogromna ilość ziemi jest własnością lub jest zarządzana przez ludy tubylcze lub społeczności lokalne, które Konsorcjum definiuje jako grupy, których kultura i źródła utrzymania są głęboko zakorzenione w ziemi. Szacunki są różne, ale według Konsorcjum liczba ta wynosi co najmniej 32% na całym świecie.


Większość z tych obszarów jest zachowana i znajduje się w „dobrym stanie ekologicznym”, zgodnie z analizą Konsorcjum i Światowego Centrum Monitorowania Ochrony Przyrody ONZ.


Dla rdzennych mieszkańców i ich sojuszników to odkrycie jest intuicyjne. „Postrzegamy siebie jako część [natury], ponieważ podtrzymuje ona życie” – powiedział Vox Aaron Payment, przewodniczący Sault Tribe of Chippewa Indians w Michigan. „Nasze życie zależy od życia w równowadze ekologicznej z naszymi zasobami naturalnymi”.


Raport stwierdza, że ​​„potencjalne ICCA (obszary chronione przez społeczności rdzenne i lokalne)” obejmują ponad jedną piątą wszystkich lądów na Ziemi. Ta liczba wynosi około 17 procent, jeśli uwzględni się tylko ICCA, które znajdują się poza obszarami chronionymi lub chronionymi przez kraje i podmioty prywatne. (Konsorcjum używa słowa „potencjalny”, ponieważ te obszary są aproksymowane w dużej mierze na podstawie analizy dużych zbiorów danych; tylko niektóre z nich to udokumentowane ICCA).


Badania naukowe potwierdzają, że zachowana jest duża część naturalnego środowiska na ziemiach rdzennych mieszkańców. Na przykład jedno z badań wykazało, że terytoria tubylcze posiadają większą różnorodność biologiczną niż obszary chronione w Brazylii, Australii i Kanadzie. Inne badanie odkryło, że co najmniej 36 procent pozostałych na świecie nienaruszonych krajobrazów leśnych, czyli ciągłych połaci lasów i innych naturalnych ekosystemów, znajduje się na terytoriach rdzennych.


Badania wykazały również, że w niektórych regionach rdzenna kontrola gruntów wydaje się zmniejszać wylesianie w takim samym stopniu, jak formalna ochrona, a nawet bardziej. „Bioróżnorodność spada wolniej na obszarach zarządzanych przez rdzenną ludność i społeczności lokalne, niż gdzie indziej” – argumentowało ponad 20 badaczy w niedawnym artykule w czasopiśmie Ambio.


Chociaż różne grupy tubylcze i lokalne posiadają różne kultury i praktyki, mają one tendencję do podzielania holistycznego i uwzględniającego człowieka poglądu na naturę, który jest nasycony wartością kulturową lub duchową. To właśnie ten pogląd po części stanowi podstawę dla rdzennego zarządzania ziemią, które często obejmuje ochronę świętych jezior lub lasów lub tworzenie przepisów przeciwko eksploatacji niektórych gatunków.


Rolnik z terytorium Pangasananan niesie kłęby włókien roślinnych na sprzedaż do miasta.
(Dzięki uprzejmości Glaizy Tabanao / PAFID)


Nie oznacza to, że rdzenni mieszkańcy nie zmieniają środowiska i nie wypierają populacji zwierząt, ani nie ponoszą odpowiedzialności za niszczenie gatunków chronionych. Ogólnie jednak koncepcja ochrony wydaje się być bardziej osadzona w tradycjach tubylczych w porównaniu z kulturami zachodnimi.


To z pewnością wydaje się prawdziwe w Pangasananan, gdzie stare słowo Manobo oznacza „miejsce, w którym pozyskuje się żywność, leki i zaspakaja inne potrzeby”, mówi Glaizy Tabanao, konsultant Filipińskiego Stowarzyszenia na rzecz Rozwoju Międzykulturowego, które przyczyniło się do sporządzania raportu ICCA Consortium. Przez lata służyło jako schronienie podtrzymujące życie. Na przykład podczas II wojny światowej lokalne rodziny wycofały się do lasu, aby uciec przed japońskimi żołnierzami. A w ostatnich czasach polegali na nim jako źródle pożywienia, ponieważ niektóre z ich źródeł utrzymania załamały się w wyniku pandemii koronawirusa.


To właśnie zyskujemy dzięki ochronie naszego terytorium i rosnących na nim lasów” – powiedział Hawudon Sungkuan Nemesio Domogoy, przywódca Manobo. „Na pewno przetrwamy tę pandemię”.



Niektóre ludy tubylcze ryzykują życiem dla ochrony przyrody

Niemniej jednak wartość, jaką te społeczności wnoszą do globalnych wysiłków na rzecz ochrony przyrody, w niektórych przypadkach chroniąc swoje ziemie za cenę własnego życia, jest często ignorowana.


Większość ich wkładu jest nieuznawana i lekceważona” – napisała Vicky Tauli-Corpuz, członkini ludu Kankana-ey Igorot na Filipinach i była specjalna sprawozdawczyni ONZ ds. praw ludów tubylczych, wraz z kilkoma współautorami w artykule opublikowanym w zeszłym roku w World Development.


Franklin, przywódca plemienia Kashia Pomo, powiedział Voxowi o lokalnym przykładzie tego problemu. W niedawnym apelu w celu omówienia działań ochronnych w hrabstwie Sonoma, urzędniczka hrabstwa (której podania nazwiska odmówił) wspomniała o działalności dwóch lokalnych organizacji ochrony przyrody, ale już nie o plemieniu Kashia Pomo. Jego plemię chroniło tysiące akrów ziemi poprzez parki i pomoc, powiedział Franklin. „Po prostu całkowicie nas zignorowała” – powiedział.


Ogólnie rzecz biorąc, większość obszarów chronionych przez ludność rdzenną nie jest uwzględniana przez organizacje ekologiczne w zestawieniach obszarów chronionych na Ziemi, chyba że należą one do obszarów formalnie chronionych. A tam, gdzie te regiony pokrywają się z obszarami chronionymi, ludy tubylcze często są de facto opiekunami tamtejszej bioróżnorodności – ale według Konsorcjum ICCA rzadko formalnie zarządzają tymi obszarami.


Rdzenni mieszkańcy i społeczności lokalne chronią więcej, niż oficjalne obszary chronione przez państwo i wykonują lepszą pracę niż  one.” – powiedziała Holly Jonas, globalny koordynator Konsorcjum ICCA. „Absurdem jest nie mieć dla nich wyraźnego uznania”.


Rzeka na terytorium Pangasananan. (Dzięki uprzejmośćci Glaizy Tabanao / PAFID)


Rdzenna wiedza na temat gospodarowania gruntami jest również często lekceważona, powiedziała Victoria Reyes-García, profesor badań na Universitat Autonoma de Barcelona i główna autorka pisząca z perspektywy Ambio. W krajach takich jak Australia, Indie i Bali rdzenni mieszkańcy i społeczności lokalne od dawna używają narzędzi, takich jak kontrolowane wypalanie, wypas i budowa kanałów, aby się utrzymać i podtrzymać ekosystemy. Jednak formalne obszary chronione czasami kładą kres tej działalności i powodują zanikanie ekosystemów, powiedział Reyes-García. W niektórych przypadkach może to powodować problemy, takie jak rozprzestrzenianie się gatunków inwazyjnych.


Co gorsza, społecznościom tym brakuje władzy politycznej, zwłaszcza na szczeblu krajowym, gdzie wdrażana jest większość polityk związanych z bioróżnorodnością, powiedział Reyes-García. Zwolennicy rdzennej ludności obawiają się również, że nowe cele dotyczące rozszerzenia obszarów chronionych na mocy ważnego międzynarodowego traktatu o różnorodności biologicznej, które są obecnie negocjowane, nie będą wyraźnie wspominać o prawach rdzennej ludności i społeczności lokalnych oraz ich wkładzie.


Być może najbardziej niepokojący jest problem, który wykracza daleko poza temat bioróżnorodności: lokalne społeczności mają prawa tylko do niewielkiej części ziemi, na której żyją. Według Inicjatywy Praw i Zasobów (Rights and Resources Initiative - RRI), organizacji promującej prawa do ziemi, kraje uznają prawa własności ludów tubylczych, społeczności lokalnych i potomków Afrykańczyków na zaledwie 10 procentach ziemi. (RRI jest w trakcie aktualizacji tych liczb.)


Niektórzy rdzenni obrońcy obawiają się globalnych działań ochronnych „30 na 30”

Brak szacunku i uznania wkładu rdzennej ludności ma druzgocące konsekwencje. 

W przeszłości rządy często wykluczały społeczności tubylcze w procesach tworzenia obszarów chronionych lub ograniczały ich tradycyjną działalność. Według niektórych szacunków 10 milionów ludzi w krajach rozwijających się zostało przesiedlonych z obszarów chronionych.


Praktyki te mają miejsce i obecnie. W Pangasananan obszar chroniony wyznaczony przez rząd Filipin pokrywa się z prawie połową terytorium. Według Tabanao jest to postrzegane przez społeczność jako problematyczne, częściowo dlatego, że „kryminalizuje” tradycyjne czynności, takie jak polowanie i rybołówstwo.


Rzeczywiście, „nasze farmy i odłogi pokrywają się z obszarem chronionym”, powiedział Hawudon Danao, myśliwy z terytorium Pangasananan. „Poluję w lasach otaczających nasze gospodarstwa. Mój syn łowi ryby w strumieniach w pobliżu naszych gospodarstw. Teraz, kiedy to nie jest dozwolone, jak będziemy żyć? Skąd, ich zdaniem, czerpiemy jedzenie i pieniądze na nasze potrzeby?


Hawudon Tinuy-an Alfredo Domogoy, wódz Manobo, został nazwany na cześć wodospadu Tinuy-an (na zdjęciu za nim). (Dzięki uprzejmości Glaiza Tabanao / ICCA Consortium)


Dlatego niektórzy zwolennicy społeczności rdzennych obawiają się tego, co może przynieść plan ochrony co najmniej 30 % Ziemi, powiedział Kundan Kumar, dyrektor programu azjatyckiego w RRI. Jednym z najgorszych scenariuszy jest to, że kraje i organizacje ochrony przyrody naruszą prawa ludów rdzennych do ziemi, kiedy masowo rozszerzą światową sieć obszarów chronionych, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że wiele gorących punktów różnorodności biologicznej znajduje się na ziemiach tubylczych. „Ludzie się boją” – powiedział Kumar.


Możliwy jest jednak również alternatywny scenariusz: kraje mogą wykorzystać ten moment, aby wesprzeć finansowo lub w inny sposób rdzenną i prowadzoną przez społeczność lokalną ochronę przyrody. Zasadniczo wiązałoby się to z finansowaniem tych społeczności, aby robiły to, co już robią, i wspieraniem ich wysiłków na rzecz wzmocnienia własności ziemi, powiedział Reyes-García.


Według Konsorcjum ICCA, kraje mogą osiągnąć swoje cele "30 na 30", włączając obszary chronione przez ludy tubylcze i społeczności lokalne. Coraz więcej badań pokazuje, że jednym z najlepszych sposobów promowania ochrony przyrody jest przyznanie rdzennej ludności prawa własności do ziemi. Reyes-García powiedział, że również byłyby pomocne po prostu przyznanie, że wiele nienaruszonych siedlisk na świecie istnieje dzisiaj dzięki, a nie pomimo obecności tam ludów tubylczych


Niektóre kraje zaczynają robić postępy. Według RRI od 2002 r. co najmniej 14 krajów uchwaliło przepisy, które uznają prawa ludności rdzennej do ziemi. W Stanach Zjednoczonych również rośnie wysiłek dla repatriacji ziemi plemionom. Grupy ekologiczne, w tym Sierra Club, zaczęły liczyć się ze swoją mroczną przeszłością i założycielami, którzy mieli rasistowskie poglądy na amerykańskich Indian.


Administracja prezydenta Joe Bidena ze swojej strony uwzględnia potencjalny wkład w ochronę przyrody przez plemiona indiańskie w swoich projektach planów na „30 na 30”. „Narody plemienne służą jako opiekunowie swojej ziemi od niepamiętnych czasów”, mówi Gina McCarthy, krajowa doradczynie ds. klimatu w Białym Domu, na apelu prasowym ogłaszającym inicjatywę, znaną jako piękna Ameryka. 

Campaign for Nature, grupa stojąca na czele globalnego celu 30 na 30, również wezwała kraje do integracji i poszanowania praw rdzennych mieszkańców podczas realizacji celu.


Społeczność ochrony przyrody nie może realizować programu ochrony, który pozbawia prawa społeczności plemienne” – powiedział w kwietniu dla Vox Brian O’Donnell, dyrektor Campaign for Nature. „Ich prawa i podejście muszą znajdować się w czołówce programu "30 na 30”.


Benji Jones

Tłumaczenie: Tomasz Nakonieczny


Tytuł oryginału: 

Indigenous people are the world’s biggest conservationists, but they rarely get credit for it


Zobacz też:

Najwyższy czas włączyć tradycyjną tubylczą mądrość ekologiczną do ochrony przyrody

„Uprawa krajobrazu”- czyli czego możemy nauczyć się od ludów rdzennych w zarządzaniu ekosystemami

Raport ONZ wskazuje na doniosłą rolę ludów rdzennych w ocaleniu świata



środa, 20 stycznia 2021

Najwyższy czas włączyć tradycyjną tubylczą mądrość ekologiczną do ochrony przyrody

Indiańscy aktywiści dążą do uznania rdzennej tradycyjnej wiedzy ekologicznej w podejmowaniu decyzji dotyczących zarządzania ziemią. 

 

Indiańcy aktywiści zaangażowani w obronę Flat Oak przed górnictwem (Źródło:  Wikimedia)


Za każdym razem, gdy widzę naklejkę na zderzaku z napisem „Zdekolonizuj kraj” lub „Przywróćcie nam nasz kraj” lub po prostu „Wyląduj z powrotem”, czuję przypływ dumy i ekscytacji. W końcu niewiele rzeczy jest ważniejszych dla rdzennych mieszkańców niż odzyskanie skradzionych ziem przodków. Nie są to jednak tylko chwytliwe hasła; te słowa reprezentują znaczące wartości, aspiracje i sposoby życia wśród rdzennych ludów. Przypominają nam, jak skolonizowano ziemie rdzennych mieszkańców na całym świecie, w tym w Stanach Zjednoczonych. Ta kolonizacja trwa po dziś dzień w postaci wyrębów lasów, wydobycia oraz wiercenia ropy i gazu, czyli procesów grabieży eufemistycznie nazywanych „pozyskiwaniem surowców” lub „rozwojem gospodarczym”.

Ale mają też miejsce prężne działania przeciwdziałające tej ciągłej kolonizacji, wysiłki mające na celu przywrócenie gruntów i wód pod tubylczą opiekę lub zarząd. Ruchy te mają na celu przywrócenie ziemi pierwotnej Matce oraz matkom naszych kultur, aby rozpocząć proces zadośćuczynienia, uzdrowienia i uleczenia. Jak mówi aktywistka i autorka plemienia Anishinaabe Winona LaDuke: „Jedyną rekompensatą za ziemię jest ziemia”.

Pomnik Natury Bears Ears  chroniący świętą ziemię pięciu indiańskich plemion, utworzony przez prezydenta Obamę, a zredukowany o 80% przez prezydenta Trumpa, aby umożliwić firmom wydobywczym dostęp do tamtejszych złóż mineralnych. (Fot. Bureau of Land Management)

My rdzenni ludzie mamy kulturowe i duchowe zobowiązanie do ucieleśnienia naszych tubylczych ideałów wzajemnych relacji i przywrócenia równowagi między ludźmi a miejscem. Jest to oczywiście ogromne wyzwanie w kraju nastawionym na indywidualizm i materializm, kraju, który nosi w sobie brutalne dziedzictwo osadniczego kolonializmu. Dekolonizacja oznacza ponowne stworzenie czegoś całościowego, złożenie razem fragmentów i odłamków, które zostały zniszczone przez kolonialną broń i imperialistyczne mapy, a także usunięcie innych dzielących granic, które mają na celu oddzielenie, usunięcie, zamknięcie, kontrolę, a jeśli nie można kontrolować, to niszczyć w imię imperium i stolicy, a nawet Boga. Dekolonizacja to dekonstrukcja kapitalistycznego światopoglądu, który utowarawia ziemię i procesy życiowe. Dekolonizacja to ponowne zasiedlenie wartościami i praktykami wzajemnych relacji, w których więzi społeczne są kluczem do odporności.


Jeśli ktoś spróbuje przetłumaczyć słowo ziemia lub woda na różne języki rdzenne, szybko okaże się, że opisujące je słowa w rzeczywistości opisują procesy. W wielu językach rdzennych byty te są bardziej jak czasowniki niż rzeczowniki, wyrażenia, które podkreślają dynamiczne przepływy relacji i cykli afirmujących życie. Na przykład hawajski aktywista Mark Paikuli-Stride definiuje słowo aina - słowo powszechnie tłumaczone jako „ziemia”, jako „to, co cię odżywia”. W tym sensie ziemia nie jest tylko kawałkiem lądu, ale jest istotą powiązaną z kosmologią przynależności i powiązań genealogicznych, jest bytem, ​​z którego wyłania się święta żywność ziemi i morza. Podobnie botanik Robin Kimmerer podziela opinię, że ​​słowo Indian Potawatomi oznaczające zatokę,  czyli wiikwegama, jest w rzeczywistości czasownikiem oznaczającym „być zatoką”, ponieważ jest to istota ożywiona. Ziemia i woda nie są rzeczami, rzeczownikami ani towarami. Nie są nawet zasobami naturalnymi. Są  żywymi procesami, przepływami energii i materii w ruchu przez postrzegane granice, takie jak życie i jedność wody w naszych ciałach, roślinach, rzekach i oceanach.


Wydaje się, że wielu ludzi, z różnym doświadczeniem i ze wszelkich środowisk jest głodnych ponownego zdefiniowania naszych relacji z żyjącym światem, przejścia od postrzegania ziemi jako własności prywatnej, która jest przeznaczona do eksploatacji i wydobycia, do rozumienia ziemi jako przepływu i karmienia. W jaki sposób możemy powrócić ze świeżą wyobraźnią do ponownego zrozumienia ziemi jako dającej pokarm? Jak by wyglądało, gdyby te slogany naklejek na zderzaki stały się programami i polityką dekolonizacji? Na początek musimy zmienić sposób, w jaki tak zwane ziemie publiczne w Stanach Zjednoczonych są administrowane, a także jak są one zarządzane.


Możemy spojrzeć na Narodowy Pomnik Bears Ears w południowym Utah utworzony przez prezydenta Obamę, a pomniejszony przez prezydenta Trumpa (i miejmy nadzieję, że wkrótce zostanie przywrócony przez prezydenta Bidena) jako głęboki przykład tego, jak rdzenne narody potwierdzają swoje kierownictwo nad ziemiami przodków. Pięć rdzennych narodów stanęło na czele wysiłków zmierzających do ustanowienia obszaru chronionego, jakim jest Pomnik Narodowy Bears Ears, a ukaz prezydenta Obamy o utworzeniu pomnika wyraźnie dał tym narodom formalny głos w zakresie zarządzania nim. Ten system przywództwa tubylców mógłby i powinien być wzorem dla innych parków narodowych i lasów narodowych. W międzyczasie ludy tubylcze tworzą innowacyjne fundusze powiernicze na gruntach rdzennych w miejscach wiejskich i miejskich, aby dokonać repatriacji tych terenów i zwiększyć suwerenność żywnościową, podczas gdy inni opracowują zintegrowane umowy o zarządzaniu na terenach prywatnych w celu wdrożenia tradycyjnych praktyk wypalania roślinności. Na przykład Native American Land Conservancy, kontrolowany przez Indian fundusz ziemski na pustyniach Kolorado i Mojave w Kalifornii współpracuje z lokalnymi plemionami, właścicielami ziemskimi, agencjami federalnymi i organizacjami ekologicznymi, aby odkupić, przywrócić i zarządzać ziemiami przodków w celu ochrony świętych miejsc i odnowienia dziedzictwa kulturowego. Zaś grupy rdzennych mieszkańców od Kanady po Peru tworzą nowe typy parków plemiennych i innych obszarów chronionych przez rdzenną ludność.


Ale 326 obszarów lądowych administrowanych jako rezerwaty indiańskie, które obejmują około 22,6 milionów ha, jest przyćmionych przez ponad 324 milionów ha federalnych ziem publicznych w Stanach Zjednoczonych. Wszystkie te federalne ziemie publiczne - każdy ich cal kwadratowy - są terytoriami rodowymi rdzennych Amerykanów, od Parku Narodowego Yosemite (dom wykluczonego plemienia Ahwahneechee), przez Park Narodowy Glacier (dom Czarnych Stóp), po Park Narodowy Everglades (dom Miccosukee). Nadszedł czas, aby ponownie ocenić zarządzanie i opiekę nad tymi ziemiami i wodami oraz wspólnie przypomnieć sobie, że "Rdzenność" jest zakorzeniona w zasadach ekologicznej równowagi.

Park Narodowy Everglades na Florydzie, dawna domena ludu Miccosukee (Źródło: Wikimedia)

Potrzebujemy zarządzania, które jest osadzone w kulturowo usankcjonowanych praktykach związanych z lokalnym miejscem, znanymi jako tradycyjna wiedza ekologiczna (TWE), w międzypokoleniowych praktykach opieki nad ziemią dostosowanymi do określonych krajobrazów i trybu życia plemiennego. Te praktyki są tak różnorodne, jak plemienne narody tego kontynentu. Tradycyjni strażnicy wiedzy włączając poławiaczy łososi z plemienia Yurok na zalesionym północnym zachodzie, rolników z suchych terenów Pueblo na południowym zachodzie, myśliwych łosi z plemienia Seneka na północnym wschodzie i zbieraczy zielonej kukurydzy z plemienia Muscogee na południowym wschodzie.

Po pobraniu nauk od wielu indiańskich zarządców ziemi w Kalifornii, europejsko-amerykański autor M. Kat Anderson nazwał stosunek rdzennych ludów do ziemi „opieką nad dziką przyrodą”. Dzisiejsi ekolodzy rozumieją, że zaburzenia ekosystemu na małą skalę, takie jak podkładane sezonowo pożary lasów lub zagajników drzew oraz trzcin mogą być ważnym procesem, który tworzy mozaikę siedlisk, a ta z kolei tworzy żyzną różnorodność biologiczną i wzbogaca procesy ekosystemowe. Wszystko to przy jednoczesnym zapewnieniu żywności, naturalnych lekarstw, odzieży i schronienia. Niektórzy ludzie obecnie określają tę intymną zależność między pielęgnacją ziemi a odpornością ekosystemów jako „różnorodność biokulturową” lub „dziedzictwo biokulturowe”. Większość rdzennych ludów określiłaby to po prostu jako „dbanie o wszystkie moje związki”.


To bardziej holistyczne podejście do gospodarowania gruntami powinno stanowić kolejny paradygmat ruchu ochrony przyrody. Może to być sposób na bezpośrednie odniesienie się do kwestii niesprawiedliwości historycznej i środowiskowej. Z powodu głęboko zakorzenionych i często nieświadomych rasistowskich przekonań  w ruchu konserwatorskim, historycznie nie było zainteresowania zrozumieniem wyrafinowanej nauki rdzennych mieszkańców dotyczącej pracy z naturalnymi procesami na zasadzie wzajemności. Ekolodzy przyczynili się do stworzenia społecznej konstrukcji sposobu pojmowania dziczy, które to pojmowanie oddziela przyrodę od ludzkości, a z przyrody czerpie się korzyści gospodarcze. Idea ruchu konserwatorskiego, aby chronić przyrodę przede wszystkim jako przestrzeni osobistych objawień i dla rekreacji białych ludzi, była jednym z niezbadanych założeń konserwatyzmu. Jest to również przykład myślenia binarnego, ponieważ zakłada, że ​​ludzie są albo niszczycielami przyrody (czego przykładem są wcześni koloniści i „dzicy Indianie”), albo obrońcami przyrody (transcendentaliści, ekolodzy i romantyczni „ekologiczni Indianie”). Zbyt długo nie rozumiano środkowej ścieżki ani nie uznawano faktu, że ludy tubylcze żyjąc blisko ze światem przyrody, wykorzystywały go przy minimalnych szkodach, a w wielu przypadkach zwiększały różnorodność biologiczną swoich ojczyzn.


Chociaż nadal trzeba wykonać wiele pracy, aby zdekolonizować ruch ochrony przyrody, tradycyjna wiedza ekologiczna i miejscowe nauki tubylcze w końcu zyskują uznanie, na jakie zasługują. Wiele rdzennych mieszkańców chętnie dzieli się swoją wiedzą z zachodnimi ekologami i zarządcami gruntów, a wstępna współpraca pokazała, jak tradycyjna wiedza ekologiczna może współdziałać z naukową wiedzą ekologiczną, aby lepiej rozwiązywać pilne problemy środowiskowe, takie jak zmiana klimatu i ochrona działów wodnych. Zarządcy gruntów mogą wykorzystać wnioski wyciągnięte z lokalnych projektów odbudowy ekokultury i szukać partnerstwa w zakresie zarządzania z rdzennymi zarządcami przeciwpożarowymi, strażnikami wody, tkaczami koszy, zbieraczami nasion i myśliwymi. Na przykład niektóre krajowe nadleśnictwa i inne tereny publiczne rozpoczęły ostatnio eksperymenty z praktykami zarządzania pożarami przez rdzennych Amerykanów.


Ponieważ Stany Zjednoczone liczą się ze swoją kolonialną przeszłością i szkodami wyrządzonymi poprzez wywłaszczenie rdzennych Amerykanów, musimy na nowo wyobrazić sobie nasze metody zarządzania ziemią dla dobra planety i wielu zamieszkujących ją żywych istot. Ruch na rzecz ochrony przyrody i agencje rządowe mogą się zmienić słuchając i ucząc się od ludów tubylczych, w konsekwencji oferując swoje wsparcie. W ten sposób wspólnie możemy zdekolonizować nasze relacje z ziemią i wodą. Musimy uhonorować i uszanować wiedzę i sposoby życia rdzennych mieszkańców, a tym samym pomóc w przywracaniu kluczowych gatunków totemicznych i kluczowych kulturowych procesów, poczynając np. od leczniczego czarnego bzu po migrację łososia. Taki honor i szacunek mogą służyć jako rodzaj medycyny kulturowej i pozwolić nam wypełniać naszą świętą odpowiedzialność jako pokornych członków tej wspaniałej Ziemi.

 

Time to Indigenize Lands and Water Conservation

 

 

Zobacz też:

„Uprawa krajobrazu”- czyli czego możemy nauczyć się od ludów rdzennych w zarządzaniu ekosystemami

W jaki sposób wiedza tubylcza pomaga w rozwoju nowoczesnej nauki i technologii

wtorek, 8 grudnia 2020

Nadzieja w Amazonii - wywiad z Jimmy Piaguaje, Indianinem Siekopai

Jimmy Piaguaje jest młodym tubylczym obrońcą indiańskiego plemienia Siekopai z Siekoya Remolino, społeczności składającej się z 53 rodzin mieszkających nad brzegiem rzeki Aguarico w północno-wschodnim ekwadorskim regionie Amazonii.

Siekopai (co oznacza wielobarwni ludzie) są znani ze swojej szamańskiej przenikliwości i wiedzy o roślinach leczniczych, z których używają ponad 1000 różnych gatunków.

Zgodnie z wierzeniami Siekopai o ich pochodzeniu, bóg Ñañëpaina zstąpił z nieba, aby znaleźć swoich ludzi żyjących pod ziemią i wyzwolić ich do życia na ziemi. Ich język nazywa się Paai koka. Siekopai noszą korony i opaski na ramionach wykonane z liści i kwiatów oraz malują swoje ciała i twarze geometrycznymi wzorami. Znani również jako Secoya, słyną z doskonałego ostrego sosu z papryki z dżungli i picia yoko (przypominającego kawę napoju z winorośli).

 

Jimmy Piaguaje w tradycyjnym stroju. (Foto.
Ribaldo Piaguaje)

Siekopai są zagrożonym ludem, który broni delikatnego ekosystemu, od którego wszyscy jesteśmy zależni: Amazońskiego Lasu Deszczowego.


Historycznie plemię Siekopai liczyło ponad 30 000 osób i zajmowało ogromne terytorium, które rozciągało się około 7 milionów akrów od Ekwadoru do Kolumbii i Peru. Obecnie pozostaje tylko około 1600 Siekopai, 900 w Peru i 700 w Ekwadorze, gdzie żyją na 50 000-akrowym fragmencie lasu deszczowego, otoczonym przez tereny wydobywcze ropy naftowej i monokulturowe plantacje palm olejowych.

W odpowiedzi na egzystencjalne zagrożenia, przed którymi stoją, Jimmy i grupa innych młodych liderów Siekopai opracowali szereg innowacyjnych projektów, chroniąc szamańską wiedzę przodków w formacie wideo i prowadząc warsztaty środowiskowe z młodzieżą Siekopai. Ich kolejnym celem jest otwarcie alternatywnej szkoły z modelem edukacyjnym opartym na ich własnej kosmowizji (kliknij tutaj, aby pomóc im spełnić to marzenie).


Rozmawialiśmy z Jimmy'm o strategiach oporu i historiach przodków Siekopai, o jego szamańskiej podróży oraz o tym, jak tubylczy światopogląd może pomóc w walce ze zmianami klimatu.


WR: Jak pandemia wpłynęła na społeczności Siekopai?

JP: W ekwadorskiej Amazonii narodowość Siekopai jako pierwsza potwierdziła pozytywne przypadki Covid-19. Pewien mądry starzec zmarł na Covid. Był członkiem mojej rodziny. Wiedział dużo o roślinach leczniczych. To był wielki cios dla Siekopai, ponieważ jest nas niewielu i wszyscy się znamy. Potem zmarł nauczyciel od dawna zaangażowany w walkę o obronę naszej kultury. To była bardzo trudna sytuacja. Szukaliśmy pomocy u władz lokalnych i krajowych, ale tak naprawdę nie odpowiedzieli. Niektóre organizacje sojusznicze dostarczyły leki, testy i dokładne informacje. Ale zaczęliśmy zdawać sobie sprawę, że lekarstwa z zewnątrz nam nie pomagają. W obliczu wielu przypadków Covid zaczęliśmy szukać roślin leczniczych. Ostatecznie większość ludzi, którzy przeżyli, była leczona roślinami leczniczymi. Nadal leczymy ludzi naparami roślinnymi, takimi jak ajo del monte, chinchona i cedros, z dobrym skutkiem.

Doprowadziło to do kilku bardzo ważnych refleksji w społecznościach Siekopai; ponowne odkrycie, uznanie i wiara w lekarstwa naszych przodków. A kiedy wszystko się zawaliło w świecie zewnętrznym, chociaż byliśmy pod wpływem tych zdarzeń, byliśmy mniej więcej w porządku. To była dla nas głęboka refleksja. Widzenie, jak reszta świata cierpi i uświadamianie sobie, co jest ważne. Teraz, gdy tak wielu ludzi na świecie uczy się uprawiać żywność, utrzymujemy chakras naszych przodków (tradycyjne obszary rolnicze na małą skalę). Teraz bardziej niż kiedykolwiek wiemy, jak ważne są nasze chakras, wiedza naszych przodków, nasze rośliny lecznicze. To był dla nas prawdziwy podarunek ukryty za pandemią.

Z drugiej strony nasza sytuacja w zakresie bezpieczeństwa żywnościowego stała się jeszcze bardziej niepewna, ponieważ ludzie spoza naszego terytorium wykorzystują pandemię do inwazji na ryby i polowania. Otrzymujemy paczki z pomocą żywnościową i jesteśmy bardzo wdzięczni, ale są to krótkoterminowe rozwiązania, które powodują uzależnienie i przynoszą odpady z tworzyw sztucznych do naszych społeczności. Suwerenność żywieniowa jest dla nas głównym problemem, który sięga znacznie dalej niż pandemia, a to z powodu kurczenia się naszego terytorium i skażonych rzek.

A koncerny naftowe nigdy się nie zatrzymują. Pomimo ryzyka, że przyniosą wirusa do społeczności, nie przestają pracować.

Siekopai leczyli się z Covid19 za pomocą roślin leczniczych (Fot. z archiwum
Siekopai)

WR: Powiedz nam więcej o zagrożeniach na terytorium Siekopai.

JP: Z dokumentów spisanych przez jezuitów w XVII wieku, kiedy misjonarze przybyli na terytorium Siekopai, wiemy, że w tym czasie w strefie między Putumayo, rzeką Aguarico i Napo było około 30 000 do 40 000 Siekopai. Misjonarze przynosili choroby, takie jak grypa i odra, które wygasiły 90% naszej populacji. Zniknęły całe ludy i klany. Bardzo niewielu przeżyło, ukrywając się w głębi dżungli. Potem przybyli zbieracze kauczuku i nawet stamtąd usunęli Siekopai. W ten sposób straciliśmy nasze terytorium. Kiedyś mieliśmy dużą populację i terytorium, podczas gdy obecnie w Ekwadorze mamy tylko około 700 osób, które mieszkają na bardzo ograniczonym obszarze. Czujemy się bardzo zagrożeni i bardzo zmartwieni, ponieważ nasze terytorium jest bardzo małe, a nas otacza eksploatacja ropy naftowej i rolnictwo monokulturowe.

Budowa dróg to kolejne zagrożenie. Państwowa firma energetyczna chce zbudować drogę dojazdową na naszym terytorium, aby dotrzeć do szybów naftowych głęboko w dżungli. W naszym Zgromadzeniu głosowaliśmy, aby nie pozwolić im na budowę, ale oni naciskają. Drogi są poważnym zagrożeniem, nasi starsi naprawdę się martwią. Wielu Siekopai nie chce dróg, ale inni tak. Istnieje część społeczności, która z powodu wpływów ze świata zewnętrznego nie jest tak naprawdę świadoma tego, co oznacza nasze terytorium. Nie mówię, że świat zewnętrzny jest zły, ale musimy znaleźć równowagę między tymi dwoma światami, aby zdecydować, jak będziemy żyć. Ale są ludzie, którzy o tym nie myślą. Nie myślą o innych członkach społeczności, o starszych. Myślą tylko o korzyściach osobistych.

Ludzie spoza naszego terytorium napadają na nasze ziemie w celu wyrębu lasów i polowań. Kiedy nie ma pracy, ludzie ci zwracają się w stronę rybołówstwa, polowań i wycinki drzew aby zarobić. Nasze terytorium jest bardzo małe, a nowe drogi jeszcze bardziej ułatwiają wywóz surowców naturalnych (lasów, zwierząt i ptaków) na sprzedaż. Wpływa to na życie naszej społeczności i bioróżnorodność obszaru. Ludzie sprzedają drewno za grosze, aby spróbować wysłać swoje dzieci na uniwersytet. Prawie wszystkie dobrej jakości drzewa zniknęły. Ścinanie drzew robi dużo hałasu, zwierzęta uciekają jak najdalej mogą, w głąb dżungli.

Drogi umożliwiają także przedostawanie się alkoholu i narkotyków do naszych społeczności. To naprawdę smutne widzieć, jak wielu młodych Siekopai jest uwięzionych w alkoholizmie i narkomanii. Kiedy w lutym wybuchła pandemia, pewien młody Siekopai zagubiony w świecie narkotyków popełnił samobójstwo. To było naprawdę smutne. Był on moim przyjacielem.

Z rozmów z ojcem i starszyzną wiem, jak wyglądało nasze terytorium. Teraz nie mamy prawie żadnych zasobów, prawie żadnych ryb, żadnych zwierząt, by polować. Nasze rzeki są zanieczyszczone toksycznymi odpadami pochodzącymi z przemysłu oleju palmowego. Brak suwerenności żywieniowej to naprawdę duży problem. Oto zagrożenia, przed którymi stoimy.

Wszystkie te rzeczy skłoniły nas do zastanowienia się, dokąd zmierzamy. Czy nasza kultura przetrwa kolejne pięć, dziesięć, dwadzieścia lat? Czy po prostu umrzemy?

 

Siekopai zamieszkują brzegi rzeki Aguarico. (Fot. z archiwum Siekopai)
 

WR: Jakie są wasze główne strategie oporu?

JP: Coraz więcej osób w społeczności zaczyna zdawać sobie sprawę, że nasze terytorium naprawdę ma znaczenie. Zaczęliśmy więc monitorować terytorium, patrolować je, aby ludzie nie mogli wchodzić i polować na zwierzęta. Niektóre rodziny zaczęły sadzić na swoich chakras różne gatunki drzew, roślin jadalnych i leczniczych. Są bardzo zadowoleni z tej pracy.

Należę do grupy młodych liderów Siekopai, którzy utworzyli organizację „Sëra”, tj. duch nieba, który przybywa każdego Kakotëkawë (lata), aby ogłosić nową erę. Naszym pierwszym projektem było rozpoczęcie ochrony wiedzy szamańskiej naszych przodków w formacie wideo.

Potem rozpoczęliśmy pracę w obszarze edukacji, która stał się naszym głównym celem. Prowadzimy warsztaty szkolne promujące świadomość ekologiczną poprzez wymianę międzypokoleniową między starszyzną, rodzicami i dziećmi. Mówimy o wiedzy przodków, identyfikacji i zastosowaniach roślin leczniczych, o zagrożeniach, przed którymi stoimy. Pytamy, co jest dla nas ważne, co chcemy zachować, jako Siekopai? Celem jest zaszczepienie dzieciom świadomości, że nasze terytorium ma znaczenie, że powinny mieć szacunek dla starszych, dla Matki Natury, dla naszej własnej kosmowizji. Wiemy, że dzieci są jak nasiona; jeśli zasiejemy im myśl, że muszą wyciąć dżunglę, aby zasadzić palmy olejowe, będą chcieli to zrobić. Ale zamiast tego mówimy im, że musimy dbać o dżunglę, bo to jest nasze bogactwo i że są inne sposoby na to, aby przetrwać. Dlatego uważam, że edukacja jest tak ważna.

Aby rozwiązać problem niezależności żywnościowej, pracujemy nad projektem hodowli ryb (zrównoważona hodowla ryb na małą skalę). Gdyby nasi ludzie zobaczyli, że mamy rzeczywiste alternatywy, takie jak ta, pomogłoby nam to oprzeć się wtargnięciu dróg na naszym terytorium.

Wspólne warsztaty międzypokoleniowe  (Fot. z archiwum Siekopai)


WR: Co daje ci nadzieję i siłę do dalszej walki po tym, jak Siekopai doświadczyło tylu niesprawiedliwości?

JP: Bycie przedstawicielem ludów rdzennych oznacza opór i walkę. Moi ludzie stawiają opór od ponad 400 lat. Mimo że doświadczyliśmy wielu niesprawiedliwości, wysiedleń, niewolnictwa, marginalizacji, nigdy nie utraciliśmy naszych korzeni. Nigdy nie przestawaliśmy walczyć o wolność, godność i, co najważniejsze, o nasze terytoria. Idziemy dalej z tą samą siłą, z tą samą mądrością. Wciąż domagamy się prawa do ponownego zamieszkania na terytorium naszych przodków, abyśmy mogli ponownie połączyć się z Wielkim Duchem.

Moi ludzie dają mi dużo nadziei. Chociaż istnieje wiele konfliktów wewnętrznych i straciliśmy 90% naszego terytorium i populacji, nigdy się nie poddaliśmy. Idziemy z wiarą z naszymi przodkami, którzy zaszczepili w nas wartość życia, wartość szacunku, wartość oporu i walkę. Daje mi to też wiele nadziei, że zobaczę młodych ludzi z innych rdzennych narodowości i innych terytoriów, którzy przyłączają się do ruchu oporu, robią kreatywne rzeczy, pracują nad filmami, ratują nasze wartości kulturowe. Czuję, że nie jestem sam. Jest wielu takich jak ja walczących o swoje terytoria. Możemy zjednoczyć nasze głosy, aby domagać się sprawiedliwości, domagać się autonomii rdzennych terytoriów, abyśmy sami mogli decydować o tym, co dzieje się na naszych terytoriach. I to jest to, co daje mi wiele nadziei.

Również ludzie tacy jak ty dają mi nadzieję, potrzebujemy ludzi takich jak ty, którzy znają świat zewnętrzny, aby nasze głosy docierały do większej liczby osób. Dlatego cieszę się, że mogę podzielić się z wami tym, co czujemy, co się z nami dzieje, czego potrzebujemy, aby przetrwać, jako Siekopai, jako rdzenni ludzie.

Czasami ludzie używają rasistowskich obelg przeciwko rdzennym mieszkańcom. Przydarzyło się to także mi, ale nigdy nie sprawiało mi to przykrości. Czuję się dumny, że nazywam się Siekopai, że nazywam się tubylcem.

 

"Bycie rdzennym człowiekiem oznacza stawianie oporu". (Foto. Erin Deo)

WR: W jaki sposób światopogląd rdzennych ludów mógłby pomóc w walce ze zmianami klimatycznymi?

JP: To pytanie naprawdę zmusiło mnie do myślenia. Światopogląd tubylców opiera się na życiu w harmonii z naturą i innymi ludźmi, szanowaniu wszystkiego, co nas otacza. To model, który nie wymaga od nas grabieży wszystkich zasobów naturalnych. Uczy nas, że wszyscy jesteśmy częścią Matki Natury, że naszym obowiązkiem jest wykorzystywanie zasobów w sposób zrównoważony. Matka Natura zapewnia wszystko: lekarstwa, pożywienie, wodę i powietrze. Nie musimy niszczyć, ale współistnieć.

Ten sposób życia opiera się na wzajemności. Dzielimy się, nawet jeśli druga osoba jest inna niż ja. Udostępnianie i współpraca. Tak żyli nasi przodkowie i to powinno być wzorem tego, jak żyjemy. Myślę, że globalne przesunięcie w kierunku tych wartości mogłoby pomóc w walce ze zmianami klimatycznymi.

Pomocne mogłoby być również przejście na tradycyjne rodzime rolnictwo. Jest sposób sadzenia, z modlitwą do Matki Natury, śpiewem, aby maniok i babka dobrze rosły. Nie musimy wycinać tysiąca hektarów pod plantacje monokulturowe. Zamiast tego sadzimy różnorodne drzewa, drzewa owocowe, rośliny jadalne i dzielimy się tym, co mamy.

Tradycyjnie Siekopai mieszkali wspólnie w gigantycznych malokach (drewnianych chatach z otwartymi ścianami) z czterdziestu do sześćdziesięciu rodzin. To współistnienie oznaczało, że ludzie robili wszystko razem. Wszyscy wstali wcześnie około 3 nad ranem, aby przygotować i napić się yoko, skręcić nici chambira (palmy, z której usuwa się włókno, aby zrobić hamaki) oraz opowiedzieć historie i legendy. Kobiety dyskutowały o tym, co zrobią tego dnia, co może przynieść przyszłość. Dzieci też tam byłyby, to był sposób w jaki się uczyły. Maloka jest dla nas symbolem harmonijnego życia, wspólnoty, dzielenia się. Gdyby jeden mężczyzna szedł na polowanie, to wszyscy mężczyźni szli razem polować, a potem dzielili się jedzeniem między wszystkich. To wspólny wysiłek, ustawiczny wysiłek, w którym nikomu niczego nie brakuje i każdy ma to samo, co wszyscy.

Życie społeczności Siepai (Foto. Erin Deo)

WR: W jaki sposób historie przodków Siekopai były przekazywane z pokolenia na pokolenie? Czy jest jakaś historia, która jest najbardziej charakterystyczna dla Siekopai?

JP: Cała wiedza, historia i legendy były przekazywane ustnie, od rodziców do dzieci aż po dziś, poprzez codzienne praktyki, takie jak polowanie, łowienie ryb i budowanie malok. W naszych ustnych tradycjach jest wiele ważnych opowieści o roślinach, zwierzętach, duchach. Na przykład, co zrobić, jeśli spacerujesz po dżungli, a nieznany duch staje przed tobą i przeraża cię, żebyś nie zachorował.

Jest jedna ważna i istotna historia, którą chciałbym się podzielić. Pewnego dnia niektórzy mieszkańcy wioski spacerowali przez pół dnia, aby łowić ryby w rzece z barbasco (substancją roślinną używaną do ogłuszania ryb, aby można je było łatwo złapać). Gdy dotarli do rzeki, zaczęli rozbijać obóz. Jeden mężczyzna opuścił grupę i udał się na poszukiwanie Juri, ducha wiatru, który mieszkał na gigantycznym drzewie. Mężczyzna poprosił Juri o pozwolenie na łowienie ryb, ponieważ była ona właścicielką rzeki. Odrzuciła jego prośbę, mówiąc, że to nie czas na łowienie, że będą musieli czekać. Mężczyzna wrócił do grupy i przekazał, co powiedziała Juri, że nie wolno im łowić, ale jego towarzysze wpadli w złość i nie posłuchali go. Przeszli długą drogę i byli głodni, chcieli jeść. Mężczyzna ponownie poszedł porozmawiać z Juri, która nalegała, aby powstrzymał swoich przyjaciół przed łowieniem ryb. Ale kiedy wrócił do rzeki, złowili już i zabili dużo ryb, palili je nad ogniskiem i szczęśliwie jedli. Mężczyzna z niepokojem poszedł opowiedzieć Juri, co się stało. Duch wiatru wpadł w furię. Powiedziała mężczyźnie, aby ukrył się w jaskini z rodziną. Pobiegł po rodzinę, zostawiając towarzyszy jedzących ryby. Po drodze zebrał kilka orchidei, których użył do zablokowania wejścia do jaskini. Storczyki zamieniły się w psy i strzegły rodziny. Nagle niebo pociemniało i wiał tak silny wiatr, że spadały gałęzie drzew. Rodzina słyszała okrzyki desperacji dochodzące z obozu nad rzeką, ponieważ Juri usunęła oczy wszystkim wędkarzom, tak że nie mogli wrócić do domu. Przybyły zwierzęta z dżungli, jaguary, dziki i mrówki, i pożerały ludzi w obozie. Jedynie rodzina w jaskini przeżyła.

Refleksja jest taka, że jeśli będziemy nadal niszczyć środowisko naturalne, wkrótce stanie się z nami to samo, że staniemy się ślepi w obliczu tak wielkiej dewastacji, a Matka Natura może nas wykończyć. Ta historia wydaje się być bardzo istotna dla tego, co dzieje się dzisiaj z pandemią. Starsi opowiedzieli te historie, abyśmy szanowali Matkę Naturę, żyli w harmonii i nauczyli się, że nie musimy zabierać wszystkich zasobów naturalnych, a jedynie to, czego potrzebujemy.

Duch wiatru mieszkał w ogromnym drzewie (Fot. Mitch Anderson, Amazon Frontlines)


WR: Jak wyglądają duchy dżungli? Czy je widziałeś?

JP: Rzadko można zobaczyć duchy dżungli, ale czułem je, kiedy polowałem. Żyją na gigantycznych drzewach ceibo w bardzo głębokiej dżungli, gdzie nikt nie chodzi. Ci, którzy je widzieli, ludzie, którzy łowią nocą na ryby, powiadają, że są podobne do ludzi, około 1,5 metra wzrostu z nosem, oczami i szponami orła. Mają nogi jak ludzie, ale pokryte są czarnymi piórami. Wszyscy ludzie, którzy je widzieli, tak je opisują. A kiedy duchy latają, zawsze używają wiatru, silnych wiatrów do szybowania. Kiedy w dżungli dochodzi do jakiejkolwiek eksploatacji, duchy te tracą domy i odchodzą.


WR: Narodowość Siekopai jest znana ze swoich potężnych szamanów i wiedzy o roślinach leczniczych, zwłaszcza yajé (ayahuasca). Opowiedz nam więcej o tym, o swojej własnej podróży z yajé oraz o swoim projekcie ocalenia tej starożytnej mądrości za pomocą filmów.

JP: Moi ludzie byli zawsze bardzo uduchowieni, wielu pijących yajé, wielu mądrych starszych z głębokim połączeniem z naturalnymi przestrzeniami, z czasami, ze zwierzętami. Dobrze znaliśmy yajé, świat duchowy. Kiedy misjonarze przybyli w latach 60-tych i 70-tych, większość tej wiedzy została utracona. Misjonarze pracowali z firmami naftowymi. Przybyli, aby oczyścić dżunglę z jej rdzennych mieszkańców i pozwolić pracować firmom naftowym. Ewangelicy zakazali picia yajé. Mówili, że należy ono do diabła, a ci, którzy go piją, pójdą do piekła. Te obawy ogarnęły starszyznę.

Tak wiele rodzin przestało pić yajé. Mój ojciec przestał je pić, ale wciąż ma dużą wiedzę o roślinach. Bardzo niewiele osób nadal pije yajé, chociaż mój dziadek Bacilio nadal pije. Kilka razy piłem z dziadkiem.

 

Członek starszyzny Siekopai (Fot. Erin Deo)

Jestem na ścieżce roślin, na ścieżce yajé i mądrości przodków. Chciałbym podążać tą ścieżką dalej, aby nauczyć się uzdrawiać. Nasi starsi mają tę wiedzę, jak leczyć dymem tytoniowym, modlitwą, jak uzdrowić każdą chorobę. Widziałem wielu ludzi, którzy cierpią nie tylko fizycznie, ale także w głębi ich duszy. Bardzo chciałbym się dowiedzieć, jak prowadzić ich na ścieżce życia. Chciałbym być przykładem na ścieżce życia, walki i oporu. Walkę trzeba podejmować dobrymi czynami, nie oszukiwaniem i kłamstwem, ale sercem zawsze połączonym z wszechświatem, z Wielkim Duchem, zawsze połączonym z tą mądrością. To jest moja ścieżka, mój cel, do którego dążę, ucząc się od ojca i naszej starszyzny.

Wyruszyłem tą ścieżką pewnego dnia, kiedy wróciłem do domu z miasta i zastałem matkę bardzo chorą. W desperacji zdecydowałem się pić yajé, aby być bliżej niej, gdyby umarła. W moich wizjach yajé tamtej nocy szedłem i chodziłem w ciemności i nie mogłem znaleźć światła. Krzyczałem i płakałem, czułem, że moje serce jest złamane i puste. Poczułam straszny ból w duszy, najgorszy ból, jaki kiedykolwiek czułam w życiu. Nie da się tego wyjaśnić. W końcu, po tym, jak tak długo chodziłem i krzyczałem w ciemności, obok mnie pojawiło się światło i powiedziało „Jestem twoim bogiem”. Byłem głęboko zdezorientowany. Pomyślałem, dlaczego bóg jest tutaj w mojej wizji yajé, kiedy powinien być tam, w kościele? Nie mogłem zobaczyć ciała istoty, ale miała na sobie biały lśniący garnitur i powiedziała mi: „Nie martw się, twoja matka nie umrze. Jutro będzie zdrowa. Podążaj dalej tą ścieżką. Będę oświetlał ci drogę, abyś mógł dobrze czynić”. Opuściłem ceremonię o 5 rano i wróciłem do domu, a moja mama czuła się dobrze i pracowała na chakra. Nie mogłem w to uwierzyć. To zmieniło całe moje spojrzenie na religię, na yajé. Zrozumiałem, że prawdziwy bóg jest w każdym z nas, w naszych pozytywnych działaniach, kiedy pomagamy sobie nawzajem, kiedy współpracujemy. Boga nie ma w kościele, ale w każdym z nas. Tego nauczyłem się poprzez yajé.

Jest bardzo niewielu młodych Siekopai podążających tą ścieżką. Znam kilku, ale nie są zbyt zaangażowani. Kiedy zapraszam ich na ceremonię, to idą ze mną. Zawsze zapraszam moich siostrzeńców. Mówię im, przyjdźcie i napijcie się yajé, zamiast upijać się piwem. Przyjdźcie i oczyśćcie swoją duszę, ducha i swoje ciało. Zawsze mi potem dziękują.

Jimmy i Ribaldo Piaguaje uczą się o roślinach od członka starszyzny (Fot.
Jerónimo Zúñiga, Amazon Frontlines)

W chwili obecnej wiedza przodków jest szybko tracona. Młodzi ludzie nie są już nią zainteresowani ze względu na wpływ świata zachodniego. Nasi mądrzy starsi umierają nie pozostawiając po sobie żadnego dziedzictwa. Wraz z innym młodym obrońcą Siekopai stworzyłem projekt, aby zabezpieczyć ich wiedzę za pomocą filmów. Spotykamy się ze starszymi, gdy zbierają rośliny i nagrywamy, jak rozmawiają o tym, jak je identyfikują i wykorzystują. (Aby dowiedzieć się więcej o tym projekcie i zobaczyć niektóre filmy, kliknij tutaj). Ten projekt zgromadził grupę naszą młodych liderów i zaczęliśmy się organizować.

W sierpniu w mojej wspólnocie odbyła się ważna ceremonia yajé. Sierpień (w naszym języku znany jako Kakotëkawë) jest dla nas bardzo ważny. Jest to miesiąc duchowości. Zgodnie z naszą kosmowizją niebiańskie istoty przybywają na wierzchołki drzew właśnie w sierpniu. Tak więc, kiedy ktoś przyjmuje yajé, łatwiej jest połączyć się z nimi i z Wielkim Duchem. To wtedy, kiedy zastanawiamy się nad rzeczami, które musimy ulepszyć, sadzimy i naprawiamy nasze chakras. W sierpniu nasze emocje są znacznie silniejsze, jesteśmy bardzo wrażliwi, musimy bardzo dbać o to, jak traktujemy innych, być szczególnie delikatnym.


WR: Opowiedz nam o Lagartococha, duchowym centrum Siekopai i walce o jego odzyskanie.

JP: Pë’këya (Lagartococha) to duchowe centrum Siekopai. W czasie przed przybyciem białych ludzi wielcy szamani Siekopai ze wszystkich zakątków naszego terytorium gromadzili się nad rozlewiskami w Kakotëkawë (sierpień), aby odprawiać ceremonie yajé w towarzystwie Kofanów i innych rdzennych ludów. W swoich wizjach łączyli się z Wielkim Duchem, aby ich ludom nigdy nie zabrakło pożywienia, zwierząt ani ryb i aby nie cierpieli z powodu chorób. Szamani również spojrzeli w przyszłość i dali ludziom znać, że jest nadzieja; że nadszedł czas, aby przygotować chakras i dobrze żyć.

Dzisiaj podążamy tą samą ścieżką. Co roku w sierpniu podróżujemy do Pë’këya, aby odprawić ceremonię, ale teraz nie ma tam spokoju. Terytorium naszych przodków zostało dla nas utracone, a walka o jego odzyskanie nie jest czymś nowym. To stara walka naszej starszyzny.

Nasi przodkowie w tamtym rejonie bardzo cierpieli. Zostali wypędzeni przez zbieraczy kauczuku i zniewoleni. Następnie w latach czterdziestych XX wieku, Pë’këya została spustoszona przez wojnę między Ekwadorem a Peru. Nasi ludzie musieli opuścić swoje terytorium, aby się ratować. Kiedy obszar został podzielony przez militaryzację granicy, niektóre społeczności i rodziny Siekopai nie widziały się przez pół wieku, aż do momentu podpisania traktatu pokojowego w 1998 roku, który pozwolił na zjednoczenie.

Po wojnie państwo ekwadorskie ogłosiło ten obszar rezerwatem. Nie zdając sobie sprawy, że ta ziemia jest naszym historycznym terytorium, nie zdając sobie sprawy, że Siekopai zawsze tam byli, państwo przekazało je plemionom Kichwa z Zancudo. Dla państwa dżungla to dżungla, nawet nie zapytali, do kogo należy. Nie mamy problemu z Kichwami. Nasza skarga jest skierowana do państwa za naruszenie praw naszych przodków. Poprosiliśmy o rozstrzygnięcie, ale wciąż pozostajemy bez odpowiedzi.

Nasze nadzieje na przetrwanie jako Siekopai spoczywają w powrocie do Pë’këya, na nasze terytorium, z którego pochodzimy, aby ponownie połączyć się z duchami po to, aby szamani mogli przekazać swoją wiedzę młodym. Z polecenia starszych zbudowaliśmy tam uroczysty dom nad rozlewiskiem i zasadziliśmy yajé, aby utrzymać duchowe połączenie, które pozwala nam dobrze żyć. Ale ceremonialny dom został spalony przez Kichwasów z Zancudo. Jesteśmy z tego powodu naprawdę smutni. Jesteśmy ludźmi pokoju, nie chcemy więcej wojen.


WR: Jak dominujący model ekonomiczny wpływa na zniszczenie Amazonii?

JP: Kwestie ekonomiczne należą głównych czynników niszczących w Amazonię. Tworzone sztucznie zapotrzebowanie na pieniądze jest przyczyną tak częstego wylesiania, a zwierzęta wymierają.

A jednak społeczności amazońskie potrzebują pieniędzy jak wszyscy. Ci, którzy twierdzą, że pieniądze nie istnieją w rdzennym świecie są oderwani rzeczywistości. Ludność tubylcza potrzebuje pieniędzy, ponieważ potrzeba ta została stworzona w naszych społecznościach przez świat zewnętrzny.

Więc co powinniśmy z tym zrobić? Widziałem wiele przykładów gospodarki o obiegu zamkniętym, spółdzielni o strukturach poziomych. W tego rodzaju bankach społecznościowych nikt nie ma przywilejów nad nikim innym, każdy w organizacji ma głos i prawo głosu. Zyski trafiają do wszystkich, a nie tylko do kilku wpływowych osób. I tak powinien działać system pieniężny w społecznościach tubylczych. Jest wiele osób, które są ekspertami w tej dziedzinie. Powinny być szkolenia w tym zakresie, abyśmy mogli dowiedzieć się, jak działa ten model.

Jednym z głównych powodów, dla których rdzenni mieszkańcy potrzebują pieniędzy, jest edukacja dla ich dzieci. Pójście na uniwersytet jest bardzo kosztowne dla rdzennych ludzi. Potrzeba tego rodzaju edukacji, która została również wprowadzona przez świat zewnętrzny, jest głównym motorem wylesiania i należy ją pilnie rozwiązać.

Widziałem, że niektórzy Siekopai, którzy studiują poza domem, wykorzystują naturalne zasoby rdzennych społeczności, wykorzystując wykształcenie uniwersyteckie jako uzasadnienie. Zatem system szkolnictwa wyższego jest podwójnym zagrożeniem: ludzie ścinają drzewa, aby ich dzieci mogły uczyć się w systemie myślenia, który sam w sobie prowadzi do większej destrukcji.

Jeśli nadal będziemy kontynuować ten sam zmonopolizowany model edukacji, który, jak widzimy, nie działa, który nie spełnia naszych potrzeb, który nie tworzy świadomości u młodych ludzi, to te rzeczy będą się działy. Więcej pandemii, powodzi, trzęsień ziemi. Takie są reakcje Matki Natury, która mówi nam, że coś jest nie tak.


WR: Dlaczego temat edukacji jest dla Ciebie tak ważny?

JP: Edukacja to podstawowy filar społeczeństwa. System myślowy zaimplementowany w programie nauczania generuje interakcje między ludźmi i ich ekosystemem. Istnieje wiele metod pedagogicznych, które reprezentują różne sposoby myślenia, ale obecny system edukacji jest zmonopolizowany. Zmniejsza to różnorodność możliwości tworzenia lepszego świata dla ludzkości i planety. Obecny model tylko przygotowuje nas do pracy w firmie, a nie uczy nas koegzystencji.

Społeczeństwo musi zapytać, jaki jest cel edukacji. Rzeczywistość społeczeństwa jest odzwierciedleniem jego systemu edukacji. Obecna sytuacja na świecie pokazuje nam, że zmonopolizowana edukacja nie działa. Widzimy to w zmianach klimatu, we wszystkich konfliktach, które mają miejsce, w eksploatacji surowców.

Istnieją pedagogie edukacyjne, których celem jest tworzenie harmonii między ludźmi i środowiskiem. Chociaż stanowią one mniejszość, mogą być skuteczne w obecnych czasach kryzysu, aby zmienić sposób, w jaki żyjemy.

Terytoria przodków są bogate w wiedzę, której nie zna świat zachodni. (Fot. z archiwum Siekopai)
 

Ludność rdzenna od tysięcy lat posiada własną pedagogikę edukacyjną, która pozwoliła ich społecznościom i środowisku naturalnemu rozwijać się cykl po cyklu. Terytoria przodków są bogate w wiedzę, której nie zna świat zachodni. Niestety, ostatnie pokolenie, które posiada tę wiedzę, umiera szybciej niż kiedykolwiek, bez przekazywania jej młodym ludziom, którzy są kształceni w miastach.

Pracowaliśmy nad zachowaniem tej wiedzy poprzez warsztaty środowiskowe, które odniosły taki sukces, że naszym następnym celem jest rozszerzenie ich na alternatywną szkołę. Zaprojektowaliśmy model edukacyjny oparty na własnej kosmowizji, który pozwolił nam przez tysiąclecia rozwijać się w harmonii ze środowiskiem naturalnym. Nasz program nauczania połączy mądrość przodków z aspektami współczesnej wiedzy, aby uwzględnić takie przedmioty, jak permakultura, techniki audiowizualne i technologie komunikacyjne. Celem jest wyszkolenie świadomych ludzi, zdolnych do tworzenia innowacyjnych, zrównoważonych rozwiązań. Mamy nadzieję, że zaszczepimy wartość dla życia, wartość, która uczy ludzi być różnorodnym, myśleć i robić to, co się naprawdę kocha.


WR: W jaki sposób społeczność międzynarodowa może wspierać twoje wysiłki?

JP: Ludzie mogą nam pomóc na dwa sposoby.

Aby otworzyć naszą alternatywną szkołę, musimy zalegalizować naszą organizację Sëra jako organizację pozarządową. Pracujemy nad tym procesem od 2018 r., ale nasze wysiłki zostały zahamowane przez biurokrację i brak zasobów. Zorganizowaliśmy kampanię finansowania społecznościowego, aby zebrać pieniądze na ten cel i będziemy bardzo wdzięczni za wszelkie wpłaty. Bardzo pomocne byłoby również udostępnienie kampanii.

Prosimy również ludzi o śledzenie nas w mediach społecznościowych (Twitter @NSiekopai, Facebook @Siekopai) i Instagram @Nacion.Siekopai) i wypatrywanie nadchodzącej burzy na Twitterze, aby wywrzeć presję na państwo Ekwador, aby formalnie rozstrzygnąło sprawę naszego terytorium przodków w Lagartococha.

Deoji! (Dziękuję!)

Dzieci Siekopai (Fot. Erin Deo)
 

 

Jimmy Piaguaje udzielił wywiadu Beth Pitts, która od 2013 roku pracuje z rdzennymi społecznościami Ekwadoru, zwłaszcza z tymi, którzy bronią swoich terytoriów przed wydobywaniem surowców. Od tych obrońców Beth dowiedziała się, że ekoturystyka kierowana przez społeczność umożliwia im ochronę zagrożonych ekosystemów i unikalnych sposobów życia. To zainspirowało ją do napisania „Księżycowego przewodnika po Ekwadorze i Wyspach Galapagos” (2019) (Moon Guide to Ecuador & The Galapagos Islands), pierwszego międzynarodowego przewodnika po Ekwadorze, który koncentruje się na etycznych podróżach.

Beth jest częścią zespołu Writers Rebel i jest podekscytowana alchemicznymi możliwościami zjednoczenia dwóch sił, które dają jej największą nadzieję na przyszłość: rdzennych obrońców przyrody i Extinction Rebellion.

 

Tłumaczenie: Tomasz Nakonieczny

 

Tekst źródłowy: "Hope in the Amazon: Interview with Jimmy Piaguaje" (12.11.2020)