czwartek, 23 czerwca 2022

Rdzenni nauczyciele przestrzegają przed ciężkimi konsekwencjami, jeśli nie uzdrowimy naszych więzi z naturą


Indiański lud Arhuaco wraz z plemionami Kogi, Wiwa i Kankuamo zamieszkuje północno-wschodnią odnogę Andów - góry Sierra Nevada de Santa Marta w Kolumbii, kończącą się w Morzu Karaibskim. Te cztery plemiona są bezpośrednimi spadkobiercami wysoko rozwiniętej prekolumbijskiej cywilizacji Tairona.

Zamieszkiwany przez nich bioregion łączy w sobie niemal wszystkie strefy klimatyczne Ziemi w miniaturze – od lodowców wysoko w górach, poprzez górskie łąki po tropikalne plaże i rafy koralowe. Dlatego uważają to miejsce za Serce Świata. Jeżeli coś niedobrego dzieje się w Sercu Świata, to dotyka to cały świat. Bioregion ten jest takim fraktalem świata, wskazującym na kondycję całej planety. Rdzenni mieszkańcy z tych czterech plemion czują się więc odpowiedzialni za to miejsce. Są jego strażnikami.

Polecam niniejszy artykuł Tracy L. Barnett i Hernána Vilcheza

 

 

Tradycyjna odzież Arhuaco tkana z białych włókien maguey reprezentuje czystość. Stożkowe kapelusze symbolizują ośnieżone szczyty Sierra (Źródło: The Esperanza Project)

Kiedy wiadomość o pandemii COVID-19 dotarła do ubranych na biało ludzi z góry Sierra Nevada de Santa Marta w Kolumbii, nikogo to specjalnie nie zdziwiło. Kogi, Arhuaco, Wiwa i Kankuamo - cztery tubylcze grupy zamieszkujące ten region i nazywające siebie Starszymi Braćmi, otrzymały już wcześniej liczne ostrzeżenia o chorobach wirusowych od swoich duchowych przewodników, tzw. Mamos i ich żeńskich odpowiedników Sagas.

 

Ci duchowi mentorzy z Sierra Nevada, szkoleni od maleńkiego w umiejętności odnajdowania wskazówek poprzez uważne obserwowanie przyrody, przewidzieli nadchodzącą pandemię i inne kryzysy już kilkadziesiąt lat temu. Mędrcy Mamos ostrzegali, że Ziemia będzie nękana „nieznanymi chorobami” wraz ze zmianami klimatycznymi oraz niedoborami wody i żywności, jako konsekwencjami destrukcyjnych dla środowiska działań tzw. „Młodszych Braci”, jak nazywają społeczności nowoczesnego świata. Według tych duchowych przewodników ludzkość musi powrócić do Praw Początków -  pierwotnych nauk, jak żyć w harmonii z innymi formami życia na planecie. W przeciwnym razie nasza planeta będzie poddana narastającym kryzysom.

 
Mędrzec Mamo (Źródło: The Esperanza Project)

Pierwsza z czerech pandemii

Od czasu hiszpańskiego podboju Starsi Bracia bronili swojej ziemi graniczącej z karaibskim wybrzeżem Kolumbii i rozciągającej się na szczyty najwyższego nadmorskiego masywu górskiego na świecie -  Sierra Nevada de Santa Marta. Ich kraina jest domem dla raf koralowych, wysokogórskiej tundry i największej liczby endemicznych zagrożonych gatunków na świecie.

 

Od dziesięcioleci Mamos ostrzegali przed niebezpieczeństwami wynikającymi z nadmiernego konsumpcjonizmu, niszczenia środowiska i potencjalnie nieodwracalnych konsekwencji dla społeczności zewnętrznych. W 1990 roku po raz pierwszy otworzyli swoje terytorium dla osób z zewnątrz. Zaprosili ekipę filmową BBC kierowaną przez reżysera Alana Ereirę, do nakręcenia filmu o ich złowieszczych przesłaniach dla planety, zatytułowanego „Z serca świata: Ostrzeżenie Starszych Braci”.

 

Prawie 30 lat później, przebadawszy globalny krajobraz Mamos mówią, że czują, iż społeczności zewnętrzne jeszcze nie przyjęły ich przesłania. Ponownie zaprosili Ereirę, aby nakręcił kolejny film na ten temat zatytułowany „Aluna”, wyświetlony po raz pierwszy w 2021 roku. Założyli również własny kolektyw komunikacyjny, Colectivo de Comunicaciones Zhigoneshi oraz pomogli nakręcić różne filmy dokumentalne, w tym serię Palabras Mayores („Słowa Starszyzny”) w 2009 roku.

 

„Zniszczenie przyrody powoduje choroby, które dzisiaj obserwujemy” – mówi Mamo Camilo Izquierdo (z prawej) komunikatorowi Arhuaco, Amado Villafaña. (Źródło: The Esperanza Project)


„Niestety, Młodszy Brat nie przywiązuje wagi do tych stwierdzeń” – powiedział Amado Villafaña, filmowiec i interpretator kultury pochodzący z ludu Arhuaco, współpracujący z kolektywem komunikacyjnym. Według Villafaña współczesne społeczeństwa poświęcają więcej uwagi błahym tematom niż tak pilnym, jak ochrona różnorodności biologicznej.

 

Teraz Starsi ostrzegają, że COVID-19 to tylko pierwsza z czterech pandemii rozpętanych jako swoisty „dzwonek ostrzegawczy”, aby przebudzić ludzkość z mirażu współczesnej cywilizacji.

 

Mamo Adolfo Chaparro, jeden z duchowych przewodników śledzi pochodzenie chorób od początku historii stworzenia w ich mitologii, kiedy to ludzie zostali poinstruowani, aby przestrzegać Prawa Pochodzenia.

„Przeżywamy pandemię, ponieważ złamaliśmy te zasady”, mówi.

Jest to jednak tylko jeden z kryzysów przepowiedzianych przez Starszych Braci. Z narastającym niepokojem obserwują, jak topnieją śniegi w ich górach, jak ich rzeki kurczą się, ich deszcze słabną, a ich zbiory spadają.

 

Antropolog Felipe Cárdenas od dziesięcioleci współpracujący z ludami Arhuaco i Kogi pamięta, że ​​ słyszał te przepowiednie już w 1980 roku, kiedy zaczął studiować ich praktyki wróżebne.

 

„Istnieje proroctwo pochodzące od mieszkańców Sierra Nevada de Santa Marta” – powiedział Cárdenas, wskazując na analizy duchowych przesłań pochodzących od innych społeczności tubylczych i nauk chrześcijańskich. „Historia, którą posiadają, jest jedną z tych, dla których warto poświęcić uwagę. Ma to wielki sens w kontekście tego, co dzieje się z większym społeczeństwem globalnym, które zachowuje się dość chaotycznie w zarządzaniu środowiskiem i w kontaktach z żywymi istotami."

 

„Być może widzimy, że czasy, w których żyjemy (niektóre systemy eschatologiczne nazwałyby je czasami ostatecznymi) ostrzegają nas, że konieczne jest ponowne przemyślenie naszej kultury i sposobu życia”.

 

Odczytywanie duchowego krajobrazu

Rozpoczynając naukę w dzieciństwie od odosobnienia, starsi uczą Mamos jak rozwijać relacje ze zwierzętami, roślinami, żywiołami i istotami duchowymi zamieszkującymi ich świat religijny. Dla członków społeczności daje to możliwość odczytania i ujrzenia tego, czego wielu nie jest w stanie.

 

„Posiadają zestaw wiedzy o tym, jak czytać naturę niczym książkę, a nie tylko z intelektualnego, racjonalnego sposobu poznania” – Powiedział Cárdenas. „Dla nich natura jest jak wspaniały tekst, wspaniała biblioteka, która wysyła wiadomości i przeobraża ich w mądrego mężczyznę lub mądrą kobietę”.

 

Dla ludów z Sierra istnieje terytorium duchowe, które nakłada się na terytorium fizyczne i posiada świętą geografię, o którą należy dbać i ją utrzymywać. Ci ludzie wierzą, że nacisk współczesnego społeczeństwa jedynie na „zachodni” naukowy sposób poznania przyćmił zasadniczą duchową wizję natury Ziemi i spójnej rzeczywistości całego życia.

 

Różnorodne biologicznie terytorium ludów Arhuaco, Kogi, Wiwa i Kankuamo rozciąga się od ośnieżonych szczytów Andów po białe piaszczyste wybrzeża Morza Karaibskiego (Źródło: The Esperanza Project).


„Młodszy Brat zawsze dokonuje separacji” — powiedział Villafaña. „Ale ostatnio fizyka kwantowa zaczyna dostrzegać, że wszystko jest we wszystkim innym; że nic nie jest oddzielone. Uznaje, że złamanie jednej rzeczy pociąga za sobą reperkusje. W ten sposób wierzę, że fizyka kwantowa zbliża się do sposobu poznania mędrców Mamos”.

 

Zagrożone centrum różnorodności biologicznej

Sierra Nevada de Santa Marta została uznana za najbardziej niezastąpiony rezerwat przyrody na świecie. Jednak według ekotoksykologa Jesúsa Olivero-Verbela niewiele wiadomo na temat tego, w jaki sposób działalność człowieka wywiera znaczący wpływ na ten chroniony obszar bioróżnorodności. Jak napisał Olivero-Verbel w niedawnej „ocenie podatności” opublikowanej w Science Direct, głównymi czynnikami powodującymi presję na Sierra są projekty górnicze, gospodarka wodna, systemy rolnicze, turystyka, konflikty terytorialne i zmiany klimatyczne.

 

„Skumulowana presja wynikająca z takich działalności, jak górnictwo, zmiana użytkowania gruntów i turystyka znacząco przyczyniły się do zmiany homeostazy ekosystemu i ograniczenia świadczonych przez niego usług ekosystemowych” – napisał. „Ze względu na ważny obszar rezerwowy podjęto różne środki w celu ochrony różnorodności biologicznej, jednak ich wdrożenie było niewystarczające.”

 

Dla ludów z gór Sierra Nevada de Santa Marta terytorium duchowe nakłada się na przestrzeń fizyczną, a istotną częścią ich pracy jest dbanie o tę świętą geografię na wszystkich jej poziomach  (Źródło: The Esperanza Project)


Szczególnie niepokojące dla Arhuaco są szybko topniejące lodowce, które zasilają rzeki i dostarczają wodę do lokalnego ekosystemu oraz milionom ludzi w dole rzeki. Od 2010 roku straciły one 20% swojej masy. Według „Raportu o stanie lodowców Kolumbii z 2019” Sierra Nevada jest szczególnie wrażliwa na zmiany klimatyczne.

 

Dla Arhuaco problemy klimatyczne i środowiskowe są ściśle związane z przyczynami obecnej pandemii. W ich światopoglądzie systemy Ziemi i pojawiające się choroby reagują na ludzkie działania i odwrotnie. W obliczu tych wirusowych reperkusji wielu ludzi stanęło w obliczu wieloletnich zaniedbań w podstawowej opiece zdrowotnej dla społeczności tubylczych w Ameryce Łacińskiej. Leonor Zalabata, przywódczyni Arhuaco i delegatka Komisji Praw Człowieka w Kolumbii potępia brak opieki medycznej na tych terytoriach.

 

„Jednym z najpoważniejszych problemów, jakie mamy polegają na tym, że publiczne usługi zdrowotne, których wymaga radzenie sobie z pandemią, zostały pozostawione sektorowi prywatnemu”. – Powiedziała.

 

Arhuacos praktykują zapobieganie chorobom, pijąc napary z roślin z wyżynnych páramos i tropikalnych nizin (Źródło: The Esperanza Project) 

Odpowiedź Arhuaco na pierwszy kryzys

Podobnie jak ludy Kamëntšá i Misak, Arhuaco zaakceptowali ważność standardowych międzynarodowych protokołów prewencyjnych: maski, mycie rąk i dystans społeczny. Jednak ich własne protokoły idą dalej niż protokoły rządu. W miarę możliwości ograniczyli swój własny ruch, zniechęcając do wyjazdów do miast grzywnami i 15-dniową izolacją po powrocie.

 

Społeczność ma własne posterunki bioasekuracji w punktach wejścia na jej terytorium, obsługiwane przez Mamos. Przed wejściem na terytorium ludzie muszą przejść szereg czynności, zaczynając od rytualnego oczyszczenia z negatywnej energii takiej osoby czystymi kosmykami włókien bawełny, które następnie umieszcza się w ogniu. Po tym następuje kąpiel w roztworze zawierającym różne rośliny, których używają Mamos. Muszą następnie przejść ceremonialną działalność, w której chorobę oddają Ziemi. Na koniec otrzymują lekarstwo z wyciągu lokalnych roślin zebranych przez Mamos.

 

„Dla nas zdrowie ciała nie jest najważniejsze” – powiedział Amado Villafaña. „Gwarancją zdrowia organizmu jest natura. Utrata śniegu, ubytek wody, zmiany pogody mają wpływ na uprawy, którymi sami się karmimy. Dla nas to już jest pandemia."

 

Wody wypływające ze źródeł są lekarstwem dla ludów Sierra Nevada. „Nie powinny podlegać zmianom” – mówi Mamo Camilo. (Źródło: The Esperanza Project) 

„Kiedy Młodszy Brat zaczyna ingerować w rzeki, podejmuje działania, które powodują, że śnieg topnieje, a ziemia choruje. To tak, jakbyśmy mieli wyciąć oko, nerkę lub pół wątroby. Ludzkie ciało już nie będzie w porządku. Nie będzie już w nim integralnej funkcji.”

 

Zdaniem Cárdenasa dla takiego zniuansowanego, wielowymiarowego i holistycznego podejścia do zdrowia nie ma miejsca we współczesnym kształcie opieki zdrowotnej. Śledzi on gwałtowny spadek akceptacji tradycyjnej medycyny w obu Amerykach do początku XX wieku spowodowany m.in. pracą takich reformatorów,  jak Abraham Flexner w Stanach Zjednoczonych. Flexner był reformatorem medycyny i politykiem, który niestrudzenie pracował nad wyeliminowaniem konkurencyjnych alternatywnych modeli medycznych, takich jak homeopatia, osteopatia, naturopatia i położnictwo.

 

W latach po opublikowaniu „Raportu Flexnera” w 1910 r. liczba szkół medycznych zmniejszyła się z 650 do 50. Około 10 000 zielarzy wypadło z biznesu, a medycyna tubylcza została usunięta ze standardowej opieki. Wraz z europejskimi rządami kolonialnymi, które promowały podobne poglądy od XV wieku, amerykański model medyczny został szybko wyeksportowany na cały świat. Według Cárdenasa rezultatem jest zanik dialogu międzykulturowego wokół zdrowia i powszechna zależność od opartego na farmaceutykach podejścia do medycyny.

 

Dzisiaj młodzi Arhuacos i Kogi, którzy uczęszczają do szkoły medycznej, gdy wracają do swoich społeczności, praktykując model farmaceutyczny  nie potrafią odnieść się do ziołowej farmakopei swojej starszyzny. Nie są też w stanie tworzyć własnych leków, co tradycyjni uzdrowiciele robili od tysiącleci.

 

„Przybywają do swoich społeczności, aby prowadzić ośrodek zdrowia, podawać pigułki i nie włączają tradycyjnej wiedzy” – powiedział Cárdenas. „Systemy opieki zdrowotnej na poziomie globalnym załamują się, ponieważ zależą od bardzo redukcjonistycznej koncepcji zdrowia, która nie obejmuje elementów zapobiegawczych, w tym tego, jak my myślimy o chorobie”.

 

Dla Mamo Camilo Izquierdo zapobieganie chorobom będzie wymagało przestrzegania Prawa Początków, w tym rzeczywistej zmiany nastawienia. Przełożenie tego prawa przodków na czyn zaczyna się od uznania natury za żywą istotę posiadającą prawa.

 

„To jest tak, jak zostało ustalone od początku i musi zostać spełnione dla dobra wszystkich, nie tylko ludzi, ale i zwierząt - tych, którzy latają i tych, którzy nie latają”. – Powiedział omawiając wpływ topnienia lodowców i pielęgnowanie więzi, które musimy podlewać. „Jeśli woda zniknie, wszystko umrze. Wszystko, co chodzi po Ziemi, jest eksterminowane. My także możemy zniknąć”.

 

Pozostali Mamos zgadzają się i podkreślają, jak wielkie przed nami jest wyzwanie, jako globalnym społeczeństwem. Ostrzegają, że jeśli nie nauczymy się żyć w zgodzie z naturą, pandemia się pogłębi i pojawi się więcej chorób. To ostrzeżenie stało się lekcją dla niektórych młodszych członków społeczności, takich jak Ati Fania Torres, która poważnie zachorowała na COVID-19 podczas wizyty w mieście w północno-wschodniej Kolumbii.

„Młodzi ludzie powinni stosować się do zaleceń Mamos”. – Powiedział Torres, apelując do młodszych pokoleń na całym świecie. „Oznacza to dbanie o przyrodę, drzewa, rzeki i góry. To znaczy dbać o naturę, żeby ona zadbała o nas.”

 

Niniejszy raport jest częścią transmedialnej serii "Kosmologia i pandemia: Czego możemy się nauczyć tubylców z ich odpowiedzi na obecny kryzys zdrowotny". Producentem jest The Esperanza Project przy wsparciu Pulitzer Center on Crisis Reporting, The One Foundation i SGE. Aby obejrzeć zwiastun, kliknij tutaj.


 Tłumaczenie: Tomasz Nakonieczny

 Źródło oryginału: Indigenous guides warn ofrepercussions if we don’t fix our relationship with nature


Zobacz też: Przedstawiciel Arhuaco opowiada o tradycyjnejwiedzy oraz o zagrożeniach i ochronie środowiska gór Sierra Nevada de SantaMarta






 

wtorek, 11 stycznia 2022

Wiedza rdzennych społeczności dla adaptacji klimatycznej

W niniejszym opracowaniu przybliżę przesłanie architektki krajobrazu prof. Julii Watson z uniwersytetów Harvard i Columbia.

Julia Watson przemierzyła w ciągu sześciu lat 18 krajów, aby poszukiwać w nich tradycyjnej wiedzy rdzennych społeczności odnośnie umiejętności adaptacji do skrajnych warunków klimatycznych i przyrodniczych. Zdobytą wiedzę udokumentowała w ponad 400-stronicowej książce  „Lo-TEK: Design by Radical Indigenism”. W tytule autorka nawiązuje do gry słów, gdzie Lo-TEK jest niejako odwróceniem pojęcia „high-tech” (wysoka technologia). Tutaj jest jednak mowa o „low-tech” (niska technologia). TEK zaś to Traditional Ecological Knowledge (Tradycyjna Ekologiczna Wiedza).

Autorka sugeruje, aby oduczyć się naszej zachodniej definicji „low-tech” jako podstawowej lub przestarzałej, a raczej w podobny sposób problematyzować nasze przyjmowanie wszystkich rzeczy „high-tech” i „destrukcyjnych”. Watson mówi, że Lo-TEK reprezentuje szerszy ruch projektowy. Jak pisze: „W przeciwieństwie do jednorodności współczesnego świata, rdzenność jest przeformułowana jako ewolucyjne przedłużenie życia w symbiozie z naturą”.

 

Od 100 lat leśne ogrody kihamba pozwalają zachować wyjątkową różnorodność biologiczną i wyżywić rosnącą populację ludu Chagga w Tanzanii (Photo: Ulrich Doering / Alamy Stock Photo)


Jak zauważa Watson, zachwycamy się starożytnymi cywilizacjami, które pozostawiły po sobie wielkie budowle, takie jak np. piramidy egipskie, czy rzymskie akwedukty. Tym czasem te cywilizacje upadły dawno temu. A co z wciąż funkcjonującymi od setek i tysięcy lat żywymi cywilizacjami, które dzięki tradycyjnej wiedzy zdołały się na bieżąco adaptować do zmiennych warunków? Obecnie jako świat stoimy w obliczu ogromnych przemian wynikających ze zmieniającego się klimatu i postępującego kryzysu ekologicznego. Jak na ironię te grupy ludzi, które najmniej się przyczyniły do zmian klimatu na skutek emisji gazów cieplarnianych i niszczenia lasów, ponoszą największe konsekwencje tych zmian – rozległe pożary lasów, susze, powodzie, zanik lodu i topnienie zmarzliny w Arktyce. A to tylko kilka przykładów. Jako ludzkość zaczynamy już rozumieć tą ironię. Ale mniej oczywistym jest fakt, że te wciąż żyjące prastare społeczności dysponują technikami, filozofią i wiedzą, które mogą zapobiec dalszemu wzrostowi temperatury, niekontrolowanym pożarom i zamieraniu raf koralowych.

W swoich wystąpieniach oraz książce prof. Watson proponuje zmianę sposobu myślenia na promującą równowagę, zaradność i przywracanie należnego centralnego miejsca głosom rdzennych społeczności po wiekach ignorancji i wyzysku. Taki stan rzeczy wynika w dużej mierze z tego, że od epoki Oświecenia postawa Zachodu koncentrowała się na kolonizacji, a nie współpracy. Całkowicie więc pominięto możliwości uczenia się rdzennych praktyk od ludów tubylczych. Obecne zniszczenia środowiska pokazują, że luki w naszej wiedzy są aż nadto oczywiste. Inną ironią jest to, że nigdy nie mieliśmy większego dostępu do edukacji, wiadomości, zasobów i pomysłów, jak obecnie. Jak to ujęła Watson: „W tym wieku informacji wprost toniemy w niej, ale głodujemy na niedostatek mądrości”.

Politycy i korporacje składają obietnice na rok 2050, a naukowcy ostrzegają, że mamy mniej niż 12 lat, aby działać. Oczywiste jest, że technologia “high-tech”, którą wymyśliliśmy, jest niewystarczająca. Słusznie mówi pani Watson że nie możemy znaleźć rozwiązań dla naszych problemów, skoro te rozwiązania wynikają z tej samej ideologii, która te problemy stworzyła.

Pozostaje opcja spowolnienia, ponownego zjednoczenia z naturą oraz wsłuchania się w rdzenne społeczności.

 

Zapraszam do zapoznania się po krótce z rozwiązaniami kilku takich grup, które w swych podróżach odwiedziła Julia Watson dokumentując ich tradycyjną wiedzę.

 

Żywe mosty ludu Khasi. Północnowschodnie Indie

Lud Khasi musi się zmagać z najwyższymi sumami opadów na świecie. Zamieszkują górzyste tereny leśne. Podczas monsunów jednak ich wioski byłyby od siebie odcięte powodziami, gdyby ich niezwykłe mosty, które same rosną z odpowiednio układanych korzeni drzew figowych. Z wiekiem mosty takie stają się co raz trwalsze ze względu na pogrubianie się i umacnianie konarów, które je tworzą. Wiotkie jeszcze końcówki korzeni całe społeczności – mężczyźni, kobiety i dzieci splatają tak, aby rosły w most wysoko ponad rzeką, która silnie wzbiera w porze monsunów. Most taki może przetrwać setki lat. Tradycja hodowli żywych mostów ludu Khasi liczy sobie 1500 lat. A jak długo przetrwały nasze najstarsze mosty. Czy mamy ich dużo?

Metody prowadzenia żywych mostów w pozostałych regionach świata mogą być inspiracją do tworzenia różnych struktur o innym już przeznaczeniu. W Polsce np. tworzone są altany wierzbowe. Wierzba w naszych warunkach może zastąpić drzewo figowe. Być może konstrukcje o podobnych właściwościach, co mosty Khasi można wykorzystać do tworzenia zacienionych zielenią ulic i deptaków w wielkich miastach, jako element adaptacji do zmian klimatu, aby m.in. zmniejszyć efekt miejskiej wyspy ciepła.

Żyjący most ludu Khasi. (Fot. PJeganathan)


Kultura wody ludu Ma’dan. Bagna południowego Iraku

Arabski lud Ma’dan zamieszkuje mokradła u zbiegu Tygrysu i Eufratu od 6000 tysięcy lat.

Na przestrzeni wielu pokoleń nauczyli się radzić sobie z nieregularnymi powodziami tak charakterystycznymi dla Dolnej Mezopotamii.

Z jednego tylko gatunku trzciny Qasab wznoszą monumentalne domy przypominające katedry. Są lekkie, a buduje się je w trzy dni. Z trzciny tej wykonują także liny oraz budują łodzie i pływające wyspy, na których lokują swoje wioski. Wyspy takie wytrzymują ponad 25 lat. Materiał do budowy jest powszechnie dostępny, darmowy, biodegradowalny. Trzcina Qasab dostarcza także pożywienia specjalnej odmianie wodnego bydła oraz mąki dla ludzi. W odnogach rzek i rozlewiskach ludzie łowią ryby.

Przy okazji mokradła te pełnią ogromną rolę ekologiczną. Stanowią miejsca odpoczynku podczas przelotów oraz zimowisk dla ptactwa wodnego z Euroazji. Mają także wpływ na rozkład opadów w okolicznych pustynnych regionach Mezopotamii, Arabii i Wyżyny Irańskiej.

Konstrukcja z trzciny Qasab Arabów z bagien. (Fot. David Stanley)

Wnętrze domu gościnnego (Fot. Hassan Janali)


Lud Ma'dan na bagnach (Fot. David Stanley)

Kalkuta. Bengal Wschodni.  Indie

Poważnym problem 15 milionowego miasta Kalkuty jest produkcja ogromnej ilości ścieków.

Jednak na obrzeżach miasta wciąż funkcjonują równiny zalewowe, na których istnieje 300 stawów rybnych. Pomimo, że tereny te okalają wielopasmowe drogi i wysypiska śmieci, stawy rybne na podmokłych równinach stanowią od dawna znaną technikę miejscowej ludności służącą produkcji żywności, a konkretnie hodowli ryb. Przy okazji oczyszczają wodę z zanieczyszczonej rzeki. Kombinacja żyjących w symbiozie bakterii i glonów, ciepła i dużego nasłonecznienia sprawia, że woda jest oczyszczana w ciągu 30 dni, nim trafi do Zatoki Bengalskiej.

Co ważne, wiele miast Europy i Azji już zaczęło wdrażać podobną metodę dla oczyszczania wód.

 

Stawy wokół Kalkuty. W głębi widać płonące wysypisko śmieci - powszechny problem wokół Kalkuty (Fot. Biswarup Ganguly



Tofinu. Zalew Nokoue u ujścia rzeki Oueme do Zatoki Gwinejskiej. Benin, Afryka

Lud Tofinu stworzył największe „miasto na jeziorze” w Afryce. To miasto Ganvie, co znaczy „przetrwaliśmy” złożone jest z domów na palach zbudowanych wokół systemu kanałów, po których ludzie przemieszczają się na czółnach. Przy „głównym placu” znajduje się około 3000 domów na palach, w tym bank, poczta i meczet. Wszystko otoczone 12 tys. pojedynczymi wybiegami dla ryb.

Ta sztuczna rafa, wolna od chemii, zajmuje prawie połowę laguny i dostarcza pożywienia milionowi mieszkańców wokół zalewu.   

Rejon zalewu pomimo gęstego zaludnienia charakteryzuje się także wysoką różnorodnością biologiczną.

Ważną przesłanką dla technicznego świata jest tutaj umiejętność adaptacji ludu Tofinu do permanentnego podtopienia oraz cyklicznych powodzi.

 


Osady na wodzie ludu Tofinu. Zalew Nokoue. (Fot. Ji-Elle)



W Australii autorka będąc świadkiem rekordowych pożarów wokół Sydney zauważyła, że ogień nie zniszczył tych starych lasów, które od wieków były zarządzane przez Aborygenów. Tubylcy wypalali te lasy sunąc po ściółce rozżarzonym patykiem (fire stick). W efekcie mały kontrolowany ogień wypalał posusz czyniąc lasy odpornymi na wielkie i niekontrolowane pożary.

Podobną gospodarkę w lasach prowadzili kalifornijscy Indianie. Obecnie tamtejsze władze nawiązują współpracę z miejscowymi plemionami we wspólnej prewencji przeciwpożarowej w lasach z zastosowaniem tradycyjnych znanych tam od wieków metod.

 

Julia Watson odwiedziła także lud Chagga zamieszkujący stoki Kilimandżaro w Tanzanii.

Stosowane przez nich tradycyjne metody leśnego rolnictwa – leśne ogrody kihamba  nie tylko zapewniają żywność szybko rosnącej populacji, ale też pozwalają utrzymać różnorodność biologiczną na stokach najwyższej góry Afryki.

 

Wymienione w książce Julii Watson różnorodne społeczności rdzenne łączy ważna cecha – głęboka symbiotyczna relacja z otaczającym je środowiskiem przyrodniczym. Postrzegając siebie jako integralną część przyrody, a nie coś od niej odrębnego, nie mają w sobie zadatków, by ją niszczyć. Często nawet wzbogacają swoje środowisko przyrodnicze, czego nie można powiedzieć o naszej cywilizacji.

W wielu przypadkach istnieje duchowa więź z przyrodą. Na przykład drzewo figowe jest dla ludu Khasis święte. Amazońscy Indianie Kayapo wierzą zaś, że ich przodkowie uczyli się od pszczół, więc posiadają roje pszczele, które produkują miód, zapylają ich uprawy i podtrzymują różnorodność biologiczną w otaczającym ich lesie deszczowym. Jak zauważa Watson, podejście plemienia Kayapo w obliczu zanikania rodzin pszczelich na całym świecie, powinno stanowić inspirację dla projektantów, jak współpracować z przyrodą.

Julia Watson zauważa, że odpowiedzią technicznej cywilizacji na kryzys jest odgradzanie się. Stal beton i szkło służą nam do wznoszenia fortec przeciwko przyrodzie. Jej badania nad starożytnymi technologiami i rdzennymi systemami pokazują coś zgoła innego – że możemy zasiewać kreatywność w czasie kryzysu. W zanadrzu mamy dostępną starożytną, wciąż żywą wiedzę. Słuchając społeczności tych Starych Ludów, wdrażając sposób myślenia oparty na symbiozie z naturą będziemy mogli sprostać wyzwaniom 21 wieku.

 

Opracowanie: Tomasz Nakonieczny

 

Do stworzenia niniejszego opracowania posłużyłem się artykułem z czasopisma Vogue pt. „How IndigenousArchitecture Can Change the Way We Live on Earth” autorstwa Emilly Farra oraz wystąpieniem Julii Watson na TED 2020 pt. „How to build a resilient future using anscient wisdom”.


Zobacz też:

Raport ONZ wskazuje na doniosłą rolę ludów rdzennych w ocaleniu świata

poniedziałek, 23 sierpnia 2021

Rdzenni mieszkańcy są największymi ekologami na świecie, ale rzadko to im się przypisuje

Ponad 30 procent Ziemi jest już chroniona dzięki rdzennym mieszkańcom i lokalnym społecznościom.

 

Terytorium Pangasananan na Filipinach jest od wieków chronione przez rdzenną ludność Manobo.
(Dzięki uprzejmości Glaiza Tabanao / ICCA Consortium)

W bujnym kompleksie lasów tropikalnych na wschodnim wybrzeżu Mindanao - drugiej co do wielkości wyspie Filipin, można ujrzeć rzadkiego wspaniale upierzonego zimorodka rdzawego lub przy odrobinie szczęścia usłyszeć przenikliwy krzyk dużego orła filipińskiego, gatunku krytycznie zagrożonego.

Dzika przyroda jest tu obfita nie dlatego, że region został nietknięty dzięki zamknięciu go w jakimś obszarze chronionym lub zabezpieczony przez międzynarodową organizację ekologiczną. Jest tak dlatego, ponieważ terytorium znane jako Pangasananan było od wieków zamieszkiwane przez lud Manobo, który od dawna żył z ziemi uprawiając zboże, polując i łowiąc ryby oraz zbierając zioła. Używają oni wielu metod, aby chronić ziemię – poczynając od ograniczania dostępu do świętych obszarów, przez wyznaczanie sanktuariów dzikiej przyrody, po okresy ochronne poza sezonem polowań. Po części jest tak dzięki tradycyjnemu przekonaniu, że natura i jej zasoby są strzeżone przez duchy.


Pangasananan jest jednym z wielu obszarów na świecie, które pozostają nienaruszone ekologicznie dzięki praktykom ochronnym rdzennej ludności lub społeczności lokalnych. Chociaż miejsca te nie są szeroko udokumentowane przez naukowców, według nowego raportu Konsorcjum ICCA (Indigenous and Community Conserved Area – Obszary Chronione przez Społeczności Rdzenne i Lokalne), grupy opowiadającej się za ochroną przyrody przez rdzennych mieszkańców, około 21 procent wszystkich lądów na Ziemi zachowuje wysoką wartość przyrodniczą właśnie dzięki rdzennym wspólnotom.


Oznacza to, że ludy tubylcze i społeczności lokalne chronią znacznie więcej powierzchni Ziemi niż takie parki narodowe. (Obszary chronione i nadzorowane przez państwa, z których część pokrywa się z terytoriami tubylczymi, według raportu obejmują zaledwie 14 % wszystkich gruntów na Ziemi). Konsorcjum twierdzi, że jego raport jest pierwszą próbą zmierzenia zasięgu obszarów chronionych przez ludy tubylcze i społeczności lokalne, znane jako ICCA lub terytoria życia...


Spotkanie społeczności na terytorium Pangasananan w celu omówienia planów odbudowy i hodowli. (Dzięki uprzejmości Virgilio Domogoy / Matricoso)


Pomimo ogromnej roli, jaką ludy tubylcze odgrywają w ochronie przyrody, ich wkład jest często pomijany. Współczesny ruch na rzecz ochrony przyrody został zbudowany na fałszywej idei mówiącej, że prawdziwa natura to ta „nieskazitelna” i nietknięta przez ludzi, jak napisała dziennikarka środowiskowa Michelle Nijhuis. To sprawiło, że wiele wczesnych wysiłków ruchu na rzecz ochrony przyrody, polegających m.in. na tworzeniu obszarów chronionych, kłóciły się z tubylczymi metodami gospodarowania gruntami – tymi samymi działaniami, które stworzyły wiele krajobrazów, o ochronę których teraz zabiegają kraje.


Jesteśmy niedoceniani” – powiedział Voxowi Reno Keoni Franklin, emerytowany przewodniczący indiańskiego plemienia Kashia Pomo z Kalifornii. „Wiedza plemienna w zakresie ochrony ziemi jest często wykorzystywana i cytowana, ale rzadko ma znaczenie, dopóki nie powie tego biały człowiek. Niestety, taka jest prawda o ostatnich 100 latach ochrony terenów w USA”.


Stawka nie mogła być dzisiaj wyższa. Ponad 50 krajów, w tym Stany Zjednoczone i inne bogate kraje tworzące G7, zobowiązały się do ochrony co najmniej 30% swoich ziem i wód do 2030 roku. Niektórzy rdzenni aktywiści obawiają się, że osiągnięcie tego celu, znanego jako "30 na 30", może nastąpić kosztem praw rdzennej ludności do ziemi.

Ale widzą też okazję do zmiany paradygmatu ochrony na taki, w którym ogromny wkład rdzennej ludności jest rozpoznawany i wspierany. Raport Konsorcjum może pomóc w rozkręcaniu tej zmiany. Stwierdza, że jeśli weźmie się pod uwagę obszary chronione przez społeczności tubylcze i lokalne, oprócz obszarów formalnie chronionych, ponad 30 procent ziemi na świecie jest już chronione.


Ziemie tubylcze chronią bioróżnorodność

Ogromna ilość ziemi jest własnością lub jest zarządzana przez ludy tubylcze lub społeczności lokalne, które Konsorcjum definiuje jako grupy, których kultura i źródła utrzymania są głęboko zakorzenione w ziemi. Szacunki są różne, ale według Konsorcjum liczba ta wynosi co najmniej 32% na całym świecie.


Większość z tych obszarów jest zachowana i znajduje się w „dobrym stanie ekologicznym”, zgodnie z analizą Konsorcjum i Światowego Centrum Monitorowania Ochrony Przyrody ONZ.


Dla rdzennych mieszkańców i ich sojuszników to odkrycie jest intuicyjne. „Postrzegamy siebie jako część [natury], ponieważ podtrzymuje ona życie” – powiedział Vox Aaron Payment, przewodniczący Sault Tribe of Chippewa Indians w Michigan. „Nasze życie zależy od życia w równowadze ekologicznej z naszymi zasobami naturalnymi”.


Raport stwierdza, że ​​„potencjalne ICCA (obszary chronione przez społeczności rdzenne i lokalne)” obejmują ponad jedną piątą wszystkich lądów na Ziemi. Ta liczba wynosi około 17 procent, jeśli uwzględni się tylko ICCA, które znajdują się poza obszarami chronionymi lub chronionymi przez kraje i podmioty prywatne. (Konsorcjum używa słowa „potencjalny”, ponieważ te obszary są aproksymowane w dużej mierze na podstawie analizy dużych zbiorów danych; tylko niektóre z nich to udokumentowane ICCA).


Badania naukowe potwierdzają, że zachowana jest duża część naturalnego środowiska na ziemiach rdzennych mieszkańców. Na przykład jedno z badań wykazało, że terytoria tubylcze posiadają większą różnorodność biologiczną niż obszary chronione w Brazylii, Australii i Kanadzie. Inne badanie odkryło, że co najmniej 36 procent pozostałych na świecie nienaruszonych krajobrazów leśnych, czyli ciągłych połaci lasów i innych naturalnych ekosystemów, znajduje się na terytoriach rdzennych.


Badania wykazały również, że w niektórych regionach rdzenna kontrola gruntów wydaje się zmniejszać wylesianie w takim samym stopniu, jak formalna ochrona, a nawet bardziej. „Bioróżnorodność spada wolniej na obszarach zarządzanych przez rdzenną ludność i społeczności lokalne, niż gdzie indziej” – argumentowało ponad 20 badaczy w niedawnym artykule w czasopiśmie Ambio.


Chociaż różne grupy tubylcze i lokalne posiadają różne kultury i praktyki, mają one tendencję do podzielania holistycznego i uwzględniającego człowieka poglądu na naturę, który jest nasycony wartością kulturową lub duchową. To właśnie ten pogląd po części stanowi podstawę dla rdzennego zarządzania ziemią, które często obejmuje ochronę świętych jezior lub lasów lub tworzenie przepisów przeciwko eksploatacji niektórych gatunków.


Rolnik z terytorium Pangasananan niesie kłęby włókien roślinnych na sprzedaż do miasta.
(Dzięki uprzejmości Glaizy Tabanao / PAFID)


Nie oznacza to, że rdzenni mieszkańcy nie zmieniają środowiska i nie wypierają populacji zwierząt, ani nie ponoszą odpowiedzialności za niszczenie gatunków chronionych. Ogólnie jednak koncepcja ochrony wydaje się być bardziej osadzona w tradycjach tubylczych w porównaniu z kulturami zachodnimi.


To z pewnością wydaje się prawdziwe w Pangasananan, gdzie stare słowo Manobo oznacza „miejsce, w którym pozyskuje się żywność, leki i zaspakaja inne potrzeby”, mówi Glaizy Tabanao, konsultant Filipińskiego Stowarzyszenia na rzecz Rozwoju Międzykulturowego, które przyczyniło się do sporządzania raportu ICCA Consortium. Przez lata służyło jako schronienie podtrzymujące życie. Na przykład podczas II wojny światowej lokalne rodziny wycofały się do lasu, aby uciec przed japońskimi żołnierzami. A w ostatnich czasach polegali na nim jako źródle pożywienia, ponieważ niektóre z ich źródeł utrzymania załamały się w wyniku pandemii koronawirusa.


To właśnie zyskujemy dzięki ochronie naszego terytorium i rosnących na nim lasów” – powiedział Hawudon Sungkuan Nemesio Domogoy, przywódca Manobo. „Na pewno przetrwamy tę pandemię”.



Niektóre ludy tubylcze ryzykują życiem dla ochrony przyrody

Niemniej jednak wartość, jaką te społeczności wnoszą do globalnych wysiłków na rzecz ochrony przyrody, w niektórych przypadkach chroniąc swoje ziemie za cenę własnego życia, jest często ignorowana.


Większość ich wkładu jest nieuznawana i lekceważona” – napisała Vicky Tauli-Corpuz, członkini ludu Kankana-ey Igorot na Filipinach i była specjalna sprawozdawczyni ONZ ds. praw ludów tubylczych, wraz z kilkoma współautorami w artykule opublikowanym w zeszłym roku w World Development.


Franklin, przywódca plemienia Kashia Pomo, powiedział Voxowi o lokalnym przykładzie tego problemu. W niedawnym apelu w celu omówienia działań ochronnych w hrabstwie Sonoma, urzędniczka hrabstwa (której podania nazwiska odmówił) wspomniała o działalności dwóch lokalnych organizacji ochrony przyrody, ale już nie o plemieniu Kashia Pomo. Jego plemię chroniło tysiące akrów ziemi poprzez parki i pomoc, powiedział Franklin. „Po prostu całkowicie nas zignorowała” – powiedział.


Ogólnie rzecz biorąc, większość obszarów chronionych przez ludność rdzenną nie jest uwzględniana przez organizacje ekologiczne w zestawieniach obszarów chronionych na Ziemi, chyba że należą one do obszarów formalnie chronionych. A tam, gdzie te regiony pokrywają się z obszarami chronionymi, ludy tubylcze często są de facto opiekunami tamtejszej bioróżnorodności – ale według Konsorcjum ICCA rzadko formalnie zarządzają tymi obszarami.


Rdzenni mieszkańcy i społeczności lokalne chronią więcej, niż oficjalne obszary chronione przez państwo i wykonują lepszą pracę niż  one.” – powiedziała Holly Jonas, globalny koordynator Konsorcjum ICCA. „Absurdem jest nie mieć dla nich wyraźnego uznania”.


Rzeka na terytorium Pangasananan. (Dzięki uprzejmośćci Glaizy Tabanao / PAFID)


Rdzenna wiedza na temat gospodarowania gruntami jest również często lekceważona, powiedziała Victoria Reyes-García, profesor badań na Universitat Autonoma de Barcelona i główna autorka pisząca z perspektywy Ambio. W krajach takich jak Australia, Indie i Bali rdzenni mieszkańcy i społeczności lokalne od dawna używają narzędzi, takich jak kontrolowane wypalanie, wypas i budowa kanałów, aby się utrzymać i podtrzymać ekosystemy. Jednak formalne obszary chronione czasami kładą kres tej działalności i powodują zanikanie ekosystemów, powiedział Reyes-García. W niektórych przypadkach może to powodować problemy, takie jak rozprzestrzenianie się gatunków inwazyjnych.


Co gorsza, społecznościom tym brakuje władzy politycznej, zwłaszcza na szczeblu krajowym, gdzie wdrażana jest większość polityk związanych z bioróżnorodnością, powiedział Reyes-García. Zwolennicy rdzennej ludności obawiają się również, że nowe cele dotyczące rozszerzenia obszarów chronionych na mocy ważnego międzynarodowego traktatu o różnorodności biologicznej, które są obecnie negocjowane, nie będą wyraźnie wspominać o prawach rdzennej ludności i społeczności lokalnych oraz ich wkładzie.


Być może najbardziej niepokojący jest problem, który wykracza daleko poza temat bioróżnorodności: lokalne społeczności mają prawa tylko do niewielkiej części ziemi, na której żyją. Według Inicjatywy Praw i Zasobów (Rights and Resources Initiative - RRI), organizacji promującej prawa do ziemi, kraje uznają prawa własności ludów tubylczych, społeczności lokalnych i potomków Afrykańczyków na zaledwie 10 procentach ziemi. (RRI jest w trakcie aktualizacji tych liczb.)


Niektórzy rdzenni obrońcy obawiają się globalnych działań ochronnych „30 na 30”

Brak szacunku i uznania wkładu rdzennej ludności ma druzgocące konsekwencje. 

W przeszłości rządy często wykluczały społeczności tubylcze w procesach tworzenia obszarów chronionych lub ograniczały ich tradycyjną działalność. Według niektórych szacunków 10 milionów ludzi w krajach rozwijających się zostało przesiedlonych z obszarów chronionych.


Praktyki te mają miejsce i obecnie. W Pangasananan obszar chroniony wyznaczony przez rząd Filipin pokrywa się z prawie połową terytorium. Według Tabanao jest to postrzegane przez społeczność jako problematyczne, częściowo dlatego, że „kryminalizuje” tradycyjne czynności, takie jak polowanie i rybołówstwo.


Rzeczywiście, „nasze farmy i odłogi pokrywają się z obszarem chronionym”, powiedział Hawudon Danao, myśliwy z terytorium Pangasananan. „Poluję w lasach otaczających nasze gospodarstwa. Mój syn łowi ryby w strumieniach w pobliżu naszych gospodarstw. Teraz, kiedy to nie jest dozwolone, jak będziemy żyć? Skąd, ich zdaniem, czerpiemy jedzenie i pieniądze na nasze potrzeby?


Hawudon Tinuy-an Alfredo Domogoy, wódz Manobo, został nazwany na cześć wodospadu Tinuy-an (na zdjęciu za nim). (Dzięki uprzejmości Glaiza Tabanao / ICCA Consortium)


Dlatego niektórzy zwolennicy społeczności rdzennych obawiają się tego, co może przynieść plan ochrony co najmniej 30 % Ziemi, powiedział Kundan Kumar, dyrektor programu azjatyckiego w RRI. Jednym z najgorszych scenariuszy jest to, że kraje i organizacje ochrony przyrody naruszą prawa ludów rdzennych do ziemi, kiedy masowo rozszerzą światową sieć obszarów chronionych, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że wiele gorących punktów różnorodności biologicznej znajduje się na ziemiach tubylczych. „Ludzie się boją” – powiedział Kumar.


Możliwy jest jednak również alternatywny scenariusz: kraje mogą wykorzystać ten moment, aby wesprzeć finansowo lub w inny sposób rdzenną i prowadzoną przez społeczność lokalną ochronę przyrody. Zasadniczo wiązałoby się to z finansowaniem tych społeczności, aby robiły to, co już robią, i wspieraniem ich wysiłków na rzecz wzmocnienia własności ziemi, powiedział Reyes-García.


Według Konsorcjum ICCA, kraje mogą osiągnąć swoje cele "30 na 30", włączając obszary chronione przez ludy tubylcze i społeczności lokalne. Coraz więcej badań pokazuje, że jednym z najlepszych sposobów promowania ochrony przyrody jest przyznanie rdzennej ludności prawa własności do ziemi. Reyes-García powiedział, że również byłyby pomocne po prostu przyznanie, że wiele nienaruszonych siedlisk na świecie istnieje dzisiaj dzięki, a nie pomimo obecności tam ludów tubylczych


Niektóre kraje zaczynają robić postępy. Według RRI od 2002 r. co najmniej 14 krajów uchwaliło przepisy, które uznają prawa ludności rdzennej do ziemi. W Stanach Zjednoczonych również rośnie wysiłek dla repatriacji ziemi plemionom. Grupy ekologiczne, w tym Sierra Club, zaczęły liczyć się ze swoją mroczną przeszłością i założycielami, którzy mieli rasistowskie poglądy na amerykańskich Indian.


Administracja prezydenta Joe Bidena ze swojej strony uwzględnia potencjalny wkład w ochronę przyrody przez plemiona indiańskie w swoich projektach planów na „30 na 30”. „Narody plemienne służą jako opiekunowie swojej ziemi od niepamiętnych czasów”, mówi Gina McCarthy, krajowa doradczynie ds. klimatu w Białym Domu, na apelu prasowym ogłaszającym inicjatywę, znaną jako piękna Ameryka. 

Campaign for Nature, grupa stojąca na czele globalnego celu 30 na 30, również wezwała kraje do integracji i poszanowania praw rdzennych mieszkańców podczas realizacji celu.


Społeczność ochrony przyrody nie może realizować programu ochrony, który pozbawia prawa społeczności plemienne” – powiedział w kwietniu dla Vox Brian O’Donnell, dyrektor Campaign for Nature. „Ich prawa i podejście muszą znajdować się w czołówce programu "30 na 30”.


Benji Jones

Tłumaczenie: Tomasz Nakonieczny


Tytuł oryginału: 

Indigenous people are the world’s biggest conservationists, but they rarely get credit for it


Zobacz też:

Najwyższy czas włączyć tradycyjną tubylczą mądrość ekologiczną do ochrony przyrody

„Uprawa krajobrazu”- czyli czego możemy nauczyć się od ludów rdzennych w zarządzaniu ekosystemami

Raport ONZ wskazuje na doniosłą rolę ludów rdzennych w ocaleniu świata